Raz Budař postanowił, że założy zespół.

Raz  Budař  postanowił, że założy zespół.
W ogóle nie przypuszczał, jak to się robi, tylko wiedział,
że musi  postarać się o jakichś partnerów.
Minimalnie o jednego.
Więc chodził w różny sposób po Pradze i wszystkim tłumaczył,
że zakłada zespół.
Zadziwiające, ale to chwyciło i zgłosiło się pierwszych czterech chłopaków i jedna dziewczyna,
że na to przystają.  W Teatrze na Zábradlí (Na poręczy) robili potem próby całymi dniami i przez całe noce.
Budařowi się to trochę wciąż nie podobało, sam to najbardziej psuł.
1-go maja, w Święto Pracy, mieli premierę. Zupełnie narwany Teatr na Zábradlí
drżał z niecierpliwości. Grali trochę fałszywie, za to z wielką ochotą.
Schneider walił w perkusję,Prakeschowi pękła struna,Šváb basował tak, aż rozwaliło skrzynie,Boušková grała w taki sposób, że wszyscy cały czas patrzyli tylko na nią, włączając Budařa,
który w takim razie od czasu do czasu dość wyraźnie przeszkadzał.
Aňa Geislerová siedziała w trzecim rzędzie, obok siedział
Pepa Fojt.
Oboje się do nich śmiali, aby im dodać odwagi.
Po koncercie przyszedł za nimi
Josef Vomáčka i mówi:
„To nie było złe. To nie było złe. W ogóle nie.“
Budař się o mało co nie rozpłakał ze szczęścia i zaraz umówił się na tournée.
Najpierw pojechali do
południowych Czech, potem do wschodniej  Polski,
potem na  
Węgry, teraz przygotowują się do Žižkowa, a potem pojadą do Niemiec.
I znów będą się cieszyć jak po raz pierwszy. A bać się będą też i tak.