Jan Budař (WNUK) i Antonín Dočekal (DZIADEK) [PL]











Największa tajemnica Leopolda Bumbáca

            oraz

Bajka z Piekła pod Beczką


                         ***

Jan Budař (WNUK) i Antonín Dočekal (DZIADEK)


Największa tajemnica

Leopolda Bumbáca

          &

Bajka z Piekła pod Beczką


Illustrated by David Fišer and Antonín Dočekal


                                    Mladá fronta



Text © Jan Budař, 2013
Illustrations © David Fišer, 2013

ISBN 978-80-204-3155-4

From Czech into Polish translated by

© Magdalena Budkowska


                                             Warszawa 2014


Drogie Dzieci,

książka, którą teraz trzymacie w swoich rękach - a to zwrócenie się skierowane jest też i do dorosłych, ponieważ też jesteście wciąż trochę dziećmi, tylko że wasze dzieci tego może się nie domyślają, a więc: ta książka, drogie dzieci, jest niezwykła.
     Napisał ją wnuk i jego dziadek.
     Każdy z nich na innym brzegu czasu, w innej łodzi życia, na innej drodze przez kosmos. Dzięki temu jesteśmy obaj wspólnie połączeni, jak tylko dziadek i wnuk mogą być.
     Dziadek Antonín Dočekal napisał bajkę o niebie i piekle, a jego wnuk Jan Budař o tym, co możecie znaleźć pomiędzy niebem, piekłem i ziemią. A więc, drogie dzieci, pięknie się rozsiądźcie i z odwagą zanurzcie w lekturze bajek. Wy, rodzice - czytając na głos zapomnijcie o zmęczeniu - wierszy na stronach nie ma wiele, literki są duże, a obrazków sporo. Zaczytajcie się pięknie z uczuciem i miłością. Macie tych najpiękniejszych słuchaczy, którzy jeszcze wciąż wierzą w to, że prawda i miłość są silniejsze od kłamstwa i nienawiści. 



     Jan Budař

    

Z dedykacją dla wszystkich dzieci.

                              ***


                           Rozdział pierwszy


                              W drogę!

Zaraz za wsią Pysznice niedaleko Niebohovic jest duże pole. Rosną na nim więcej niż trzysta lat dwie ogromne, rozłożyste lipy. Sadził je wtedy drobny, piegowaty chłopiec o imieniu Ludwik i oprócz tych dwóch drzew nic po nim nie zostało. Jego daleka krewna - cioteczna siostra siostrzenicy teściowej od strony matki, urocza przeorysza Denisa, kazała postawić pomiędzy tymi lipami Bożą Mękę z napisem, dawniej pozłacanym: "Boże, chroń wszystko co żywe." Lipy i Boża Męka dają teraz przyjemny cień odpoczywającemu, zmęczonemu, ale szczęśliwemu mężczyźnie - Leopoldowi Bumbácowi - artylerzyście, a zatem teraz już byłemu.
   Jest wiosna, wszystko budzi się do życia, z gleby przedziera się młoda pszenica, a słońce nie oszczędza na cieple. Pruski mundur Bumbáca, brudny, podarty, tę zdrową zieleń trochę narusza. Ale jemu to nic a nic nie przeszkadza, cieszy się, że żyje i wdycha upajające powietrze do płuc. Błogo oddaje zarośniętą i brudną twarz słonecznym promieniom, które przedzierają się do niego tu i tam przez korony drzew. Jest niedziela w maju 1866 roku i właśnie skończyła się bitwa pomiędzy Prusakami i Austriakami. Jeśli dla was Prusak i Austriak brzmi dosyć podobnie i mówicie do siebie, dlaczego ci dwaj mieliby się bić między sobą, kiedy nazywają się prawie tak samo, jesteście mądrymi dziećmi, a ja się cieszę, dlatego że ta bajka jest właśnie dla was. Leopold Bumbác też nad tym się teraz zastanawia, czyż ta bijatyka była warta. Wszędzie na polu są jeszcze resztki pojazdów, broni i mundurów, w glebę nie wsiąkła jeszcze cała przelana krew, a deszcz i wiatr nie zatarły w ziemi głębokie blizny. Jak to już na wojnach bywa, i tutaj też ludzie walczyli głupio i niepotrzebnie. W ogóle wojny to jest dziwna rzecz, mężczyźni tracą w nich zdrowy rozsądek, kobiety mężów, a dzieci rodziców. Pomimo to walczyło się, walczy i prawdopodobnie walczyć będzie. Przy tym wystarczyłoby tylko trochę nieposłuszeństwa! Tak, nieposłuszeństwa! Jeśliby wszyscy żołnierze przestali słuchać rozkazów swoich generałów, nie miałby razem kto z kim walczyć. Generałowie mogliby jedynie zagrać w kręgle, ale na to my dorośli jesteśmy zbyt chciwi i wystraszeni. Żadna wojna, niech już byłaby gdziekolwiek, nie dbała o to, żeby wszyscy żołnierze i generałowie myśleli, co chcą.   
   Kiedy tak Bumbác rozkłada się w korzeniach lipy, zauważa, że coś na niego błysnęło z młodej pszenicy. Wyciągnie po to rękę, jest to mała ustna harmonijka. Obok niej leży jeszcze brudna, wojskowa czapka, kawałek dalej czerwona chusta z wyszywanym serduszkiem i skórzany pasek. Czapka i pasek nie nadają się do niczego, natomiast harmonijka i chusta wyglądają na niezniszczone. Bumbác obwiąże sobie pyszałkowato chustę wokół szyi, z harmonijki zdmuchnie ziemię, z powrotem usiądzie przy korzeniach, zamknie oczy i wydobędzie niepewny dźwięk, który rozlegnie się w szerokiej okolicy. Stado szpaków przeleci dookoła, aby tu posłuchać przeciągłej melodii. Wiosenne słońce kłuje w oczy, jest czas wyruszyć w drogę. Bumbác włoży harmonijkę do kieszeni płaszcza, wstanie, plecak przerzuci przez ramię i wyruszy w dalszą drogę. Dokąd? Nawet on sam nie wie.

                          Rozdział drugi

                                Spotkanie

Chyba po godzinie Bumbác dotarł do zatopionego kamieniołomu. Na skałach kulą się sosny, z nimi o miejsce na słońcu przepychają się małe brzozy i akacje. Bumbác zanurzy się w lodowatej wodzie, aż jęknie; wreszcie zmyje z siebie wszystek kurz z ostatnich dni. Z radością płynie na wszystkie sposoby, aż woda tryska, a echo załamuje się o skalne ściany. Zauważa, że na przeciwległym brzegu biwakuje jakaś niezwykła grupa. Pomiędzy sznurami na bieliznę widzi mężczyznę, kobietę i jakąś młodą dziewczynę, też obity barakowóz i konia. Dziewczyna ma kruczoczarne włosy, a ruchy tak wdzięczne, że Bumbác, z nosem blisko nad lustrem wody, nie może od niej oderwać oczu. Nie zauważa, że z brzegu, gdzie ma mundur i plecak, jest potajemnie śledzony. W gąszczu chowa się mały, rudy chłopczyna, a kiedy Bumbác rozkoszuje się pięknem dziewczyny, naraz chłopiec wyskoczy, w ciągu sekundy jest przy mundurze Bumbáca, rzuci mundur daleko do wody, chwyci plecak i zniknie.
   "Hej! Co robisz?!" Bumbác krzyknie z wody i jak najszybciej popłynie do brzegu. Kiedy się wreszcie wygrzebie z wody, podbiegnie z gołym tyłkiem za złodziejem. Ale tamten już gna po polu, aż się za nim kurzy.
   "Stój, ty smarkaczu!" zahuczy w kamieniołomie. Bumbác wyłowi mundur z wody, szybko się ubierze i zauważy, że go ten mężczyzna z obozu obserwuje. Dopnie guziki przemoczonych spodni i uda się do niego. Jak tylko tak zachmurzony pędzi po kamienistym brzegu, woda z niego ciurka na wszystkie strony.
   "Wróćcie mi, coście ukradli!" już z oddali krzyczy do mężczyzny.
   Mężczyzna przygląda się mu badawczo.
   "Nie sądź nas tak surowo, żołnierzu. My nic ci nie ukradliśmy," odpowie spokojnie. Bumbác trochę się zawstydzi, dlatego że nawet nie pozdrowił, i przyjrzy się temu krzepkiemu chłopu z siwą brodą. Płaszcz ma cały w łatach, spodnie dokładnie takie same, wokół szyi kolorową chustę, kamizelka haftowana. W ogóle wygląda to tak, jakby każdy kawałek jego ubrania pochodził z różnej epoki, a pomimo to jest to zadziwiająco gustowne. Bumbác zastanowi się, czy jest to koczowniczy komediant albo Cygan, albo to i to. Dużo zaufania w nim nie budzi.
   "Tak czy owak, to był ktoś od was. Taki smarkacz rudy, nawet właśnie tak duży, szybki." Bumbác pokaże ręką metr nad ziemią.
   "A co ci zabrał?"
   "Plecak z całym żołdem! Moje wszystkie pieniądze!"
   "Dużo ich było?"
   "Dwa lata wojny!"
   Bumbác wygląda komicznie, stoi tu jak zmokła kurka, woda kapie z niego na miękką trawę.
   "Dwa lata?" pyta się chłop. "A ile na tej wojnie zabiłeś ludzi?"
   To bezpośrednie pytanie zdziwi Bumbáca, ale odpowie bez wahania.
   "Nie wiem. Jestem artylerzystą. Kule latały, ja ładowałem. Ośmiokalibrowe działo z zasięgiem kilku kilometrów, jeśli wiesz, co to oznacza. Tyś kiedy przeżył wojnę, że się tak głupio pytasz?"
   "Nie," mężczyzna odpowie sucho.
   "Żołnierz to żołnierz. Spełnia swój obowiązek," Bumbác wypnie pierś. Mężczyzna musi się uśmiechnąć - ten żołnierzyk poważnie wygląda zabawnie.
   "To na pewno. Po to są wojny, żołnierzu. A więc wszystko straciłeś?"
   Bumbác sięgnie do kieszeni i wyjmie mokrą harmonijkę.
   "To mi zostało. Dzisiaj ją znalazłem."
   "Umiesz na niej grać?"
   Bumbác zadmucha w nią, ale bardzo to nie brzmi, raczej wyparska trochę wody.
   "Jak trochę poćwiczysz, da radę," uśmiechnie się mężczyzna. "Jeśli chcesz, możesz jechać z nami. Harmonijkę jeszcze utrzymamy. Jedzenie dostaniesz, a jakieś drobne też jeszcze zarobisz."
   Bumbác przyjrzy się całej tej dziwnej grupie i entuzjazmem nie pała. Ale potem zauważy tę dziewczynę o dużych oczach, którą oglądał już z wody. Właśnie zdejmuje ze sznura bieliznę i miło się do niego uśmiecha. No, powie sobie Bumbác, że jednak to tylko spróbuje.

                         Rozdział trzeci

                           Baron i Romeo

Kolorowy barakowóz ciągnięty przez konia powoli trzęsie się drogą między polami. Mężczyzna siedzi na koźle, obok niego jego towarzyszka Zuzanna, a na brzegu Bumbác. Zuzanna jest przystojną kobietą w swoich najlepszych latach, badawczo przygląda się Bumbácowi. Spojrzenie ma przenikliwe, chyba zbyt surowe, ale jest w niej jakiś tajemniczy spokój. Czarne gęste włosy opadają wzdłuż jej uroczej twarzy. Bumbác tymczasem dostał stary sweter i podarte spodnie, mundur suszy się obok niego.
   "Do mnie mówi się Baron i nie pytaj się mnie, dlaczego," mówi mężczyzna z brodą. Nie mam szlacheckich przodków, mimo że mógłbyś według majątku pomyśleć coś innego." Pyszałkowato powali w obtłuczony barakowóz i hałaśliwie się zaśmieje.
   "Właściwie ten ogierek jest takim naszym małym majątkiem. Ma na imię Romeo. Kupiłem go od jednego węgierskiego wdowca za dwie kozy, owcę i świętą Biblię. Jest to koń z rodowodem!" Bumbác uśmiechnie się - będzie z niego wesoły chłop, z tego Barona.
   "Wierz lub nie, tak to jest. Jego tata pochodził z Hiszpanii, a mama była Angielką! Nieprawdaż, Zuzanko?"
   "Na pewno," Zuzanna się uśmiechnie. Zna to gadanie już na pamięć. Baron kontynuuje.
   "A ojciec Zuzanki był prawdziwym cygańskim baronem!"
   "On natomiast myślał, że królem," dodaje Zuzanna z uśmiechem.
   "Przede wszystkim jak się napił. Ten chłop umiał żyć. Bumbác, byłeś kiedyś kimś innym niż żołnierzem?"
   "Jestem wyuczonym garncarzem," mówi  Bumbác skromnie. Z barakowozu wyjrzy ta ładna dziewczyna z pełnymi gracji ruchami.
   "Dzień dobry," wesoło pozdrowi.
   "To jest nasza księżniczka Sara," Baron ją przedstawi. Bumbác zaoferuje swoją ogromną prawicę.
   "Leopold Bumbác, artylerzysta. Były," przedstawi się dumnie.
   "To imię wymyśliłeś, prawda?" powie Sara z rozbawieniem. Baron nią pokieruje.
   "Nie bądź bezczelna. Raz nam uciekła z domu."
   "Nie uciekła. Chciałam lody," rzuci Sara i z powrotem zniknie w barakowozie.
   "No, z domu... z tej naszej karawany szczęścia. Chleb ją w zęby kole. Ale wróciła, dziwożona," opowiada Baron, potem nachyli się do Bumbáca i ściszy głos.
   "To sierota, przeżyła swoje, dziewczyna. Znaleźliśmy ją, jak miała dziesięć lat. Już wtedy miała buzię wygadaną, nieprawdaż, dziwożono!" Ostatnie zdanie Baron wykrzyknie do wnętrza barakowozu.
   "Tak, tatusiu!" odezwie się z wnętrza jej uprzejmy, dziewczęcy głosik.
   "Ale to dobra dziewczyna. Z twojego powodu jest chyba trochę nerwowa," mrugnie Baron.
   "Dziękuję panu, że wzięliście mnie do siebie," mówi Bumbác.
   "Leopoldzie Bumbácu, witaj w naszej królewskiej rodzinie." Baron klepnie Bumbáca po plecach i zaśmieje się dźwięcznie. Horyzont tonie w zachodzącym słońcu, a barakowóz przepływa powoli przez przedwieczorną krainę.

                     Rozdział czwarty

                Wawrzyniec Chrząszczyk - wójt

W gospodzie "Pod armatnią kulą" we wsi Krutice, dokąd wszyscy przywędrowali o zmroku, dzisiaj wieczorem jest bardzo tłoczno. Jeśli nie, grupa Barona, wzmocniona o nowego członka, gra do tańca. Kuli się na małym podium, muzykują jak o życie, a pomiędzy nimi Bumbác, zadowolony, już znowu w mundurze, stara się dmuchać w harmonijkę. Do drugiej ręki dostał ozembuch, wali nim dosyć poza rytmem, ale z werwą. Obok niego Baron gra na gitarze, Sara na tamburynie, Zuzanna na skrzypcach. Wszyscy śpiewają. Na parkiecie tańczy się, zapełniona karczma żyje bujnym życiem. Bumbác prawdę mówiąc więcej pije niż gra i musi się uśmiechnąć z tego, że z artylerzysty stał się muzykantem. Ale cieszy się, że po tych wszystkich wojennych utrapieniach może patrzeć na świat trochę innymi oczami. Nie rzucając się w oczy ogląda Sarę, jej młode ciało zgrabnie kołysze się w tańcu. Ona poczuje jego spojrzenie i zabuja biodrem trochę bardziej swawolnie. Z drugiej strony karczmy, przy stole, który jest trochę wyżej niż pozostałe, siedzi Wawrzyniec Chrząszczyk, miejcowy wójt i ziemianin. Rozkłada się sam na ławce dla trzech, upasiony jak dobrze odżywiony hipopotam. Wszyscy się go boją, ale nikt nie odważy się powiedzieć tego głośno. W tym czasie, kiedy jest wójtem, nakradł tyle, że już sam zapomniał, że wszystko ukradł, a więc wreszcie uwierzył w to, że jest mniej więcej uczciwym człowiekiem. W najdroższych ubraniach z bogatym haftem, wstążkami i falbanami siedzi na tronie na czele stołu i nudzi się. Wokół niego plątają się jego trzej poganiacze - chudzi słudzy, którzy wiernie mu służą za marną pensję. Zachmurzoną osobą, która siedzi naprzeciwko Wawrzyńca, jest wiecznie niezadowolona pani wójtowa Růžena Chrząszczykowa. Wawrzyniec uderzy po głowie jednego z poganiaczy, który właśnie przyniósł mu piwo.
   "Gdzieżeś był tak długo? Piana opadła!"
   Tymczasem na podium przypląta się do Barona oberżysta, który z rękami pełnymi pustych szklanek, spieszy do kurka od beczki.
   "Zróbcie przerwę, ludzie do tego przywykli."
   "Oczywiście, proszę pana," powie Baron uprzejmie i podwójnym machnięciem zakończy piosenkę. Muzykanci zakończą granie i idą na powietrze.
   Niebo za karczmą błyszczy od gwiazd, żaby z pobliskiego stawu popiskują do nich.
Bumbác siedzi, duma i przypatruje się wyblakłej i wytartej karcie - królowi kier. Aby lepiej widzieć wyeksponuje ją na światło księżyca. Król wygląda jak dziwny skrzat z szerokim uśmiechem i kłującymi oczami. Palce Bumbáca delikatnie gładzą pożółkły papier. Uważnie patrzy w oczy króla i nagle wydaje mu się, że król mrugnął! Czy to możliwe? Bumbác niedowierzając podetknie kartę aż pod nos, ale obrazek oczywiście jest nieruchomy. Potem usłyszy dziewczęcy głos.
   "Nie przeszkadzam?"
   "Fe, ale się przestraszyłem!" Bumbác drgnie.
   "Jak mogłeś być żołnierzem, jeśli jesteś taki lękliwy," Sara roześmieje się i bez pytania przysiądzie obok Bumbáca, aż dotkną się ramionami.
   "Co tu masz?" Sara wskaże kartę w jego dłoni.
   "Kartę, króla kier."
   "Ta jest bardzo stara."
   "Wspomnienie o jednym koledze," powie Bumbác i wetknie kartę do kieszeni płaszcza.
   "Pierwszy raz się stało, że Baron wziął do nas kogoś, kto na niczym nie umie grać," dokuczy mu Sara. 
   "Przecież gram na harmonijce!"
   "Dobrze, a więc pierwszy raz Baron wziął do nas kogoś, kto tak potwornie gra na harmonijce," roześmieje się Sara. Śmiech jej pasuje.
   "Słuchaj, Saro... Dla wszystkich mężczyzn jesteś taka surowa, czy tylko ja mam szczęście?"
   "Ty masz szczęście," uśmiechnie się Sara. "Masz jakąś żonę?"
   Bumbác spoważnieje.
   "Miałem."
   "Zostawiła cię?"
   Bumbác zmierzy Sarę z rozbawieniem. Podoba mu się.
   "Powiedz mi, Saro... Taka bezczelna się urodziłaś? Czy ktoś cię tego nauczył?"
   "Życie mnie nauczyło..." powie Sara wprost i patrzy mu w oczy,"... że urodziłam się bezczelną," dodaje, podejdzie i uśmiechnie się.
   Przez chwilę na siebie patrzą i żadne z nich nie wie, co dalej powiedzieć. Tylko żaby przekrzykują się w pobliskim stawie, potem Bumbác zbierze się na odwagę.
   "A ty masz... jakiegoś zalotnika?"
   "Zalotnika?" powtórzy Sara. Jawnie ją bawi, że Bumbác z jej powodu jest trochę zakłopotany.

   "Albo narzeczonego?"
   "Nie mam... Ale dużo sobie nie wyobrażaj, żołnierzu. Jestem wybredna," uśmiechnie się Sara i jest przy tym czarująca. Wciśnie Bumbácowi czapkę na oczy i odejdzie jak królewna. Jeszcze przez ramię dorzuci: "Nastrój harmonijkę, znowu idziemy grać!"
   I poszli. Zespół pod kierunkiem Barona wkrótce wszystkich porwał, parkiet zapełnił się w kilka minut.
   Wszyscy dobrze się bawią. Wawrzyniec Chrząszczyk śledzi przy swoim stole maskaradę i zespół, i zauważa, że zawsze, kiedy patrzy na  Bumbáca, tak jakby dźwięk harmonijki piłował jego uszy. Ten ton jest tak nieprzyjemny, że aż głowa mu pęka. Kiedy odwróci wzrok od Bumbáca, dźwięk zespołu i harmonijki znowu są w porządku. Co dzieje się z tą harmonijką? zastanawia się wójt. Wypróbuje tego kilka razy, czy mu się tylko nie zdawało. Nie, nie, nie zdawało! Ta harmonijka jakby go drażniła. Nagle jeden z poganiaczy przypląta się do niego, coś mu zaszepcze i wskaże na Bumbáca. Wawrzyniec stanie się bystrzejszym, wstanie i zaprowadzi spokój.
   "Cisza!" wrzaśnie na całą karczmę. Zespół natychmiast przestaje grać. Wawrzyniec podejdzie na parkiet, nikt nawet nie piśnie.
   "Ty podobno walczyłeś pod Niebohovicami!" zawoła Wawrzyniec do Bumbáca. Jego wypolerowane buty z cholewami skrzypią, kiedy powoli kroczy. Nikt nawet nie piśnie.
   "Ja?" Bumbác rozgląda się wokół siebie, jakby szukał jeszcze innego żołnierza. Ale Wawrzyniec nie ma poczucia humoru.
   "Ty," wyceluje w niego swój gruby paluch.
   "Walczyłem. A co?" przeciwstawi się Bumbác.
  "I nie przeszkadza ci, że walczyłeś po złej stronie?"
   "A która strona według pana była tą odpowiednią?"
   "Nasza!" Wawrzyniec uderzy się pięścią w pierś i zatrzyma się. Ktoś się zaśmieje.
   "Czy ktoś ma coś przeciwko?" Wawrzyniec wrzaśnie w kierunku, skąd dobiegł śmiech.
   "Za zdrowie naszego pana wójta!" odezwie się jakiś pochlebca, przyłączy się do niego kilku gorliwców, ale tylko tak niepewnie.
   "Ja mam coś przeciwko!" mówi Bumbác i dmuchnie w harmonijkę, aż piłuje w uszach. Wawrzyniec patrzy na niego, straci pewność. Trzech jego poganiaczy też się przeciwstawi dla pewności. Baron szepnie Bumbácowi: "Zostaw to." Ale Bumbác nie słyszy albo raczej nie chce słyszeć.
    "Jeśli się nie mylę, proszę pana, więc wasza strona przegrała." W Bumbácowi obudzi się jego żołnierska duma. Baron ratuje sytuację.
   "Bumbác, nie prowokuj, my mamy grać, a nie rozstrzygać wojnę, która jest już w dodatku dawno przegrana! Właściwie wygrana... wszystko jedno. Usiądź i nie dyskutuj!"
  Tymczasem Wawrzyniec też się burzy. "Co sobie pozwalasz? Wiem, kim jestem?"
   "Prawdopodobnie jakiś emerytowanym żołnierzem jak ja," powie spokojnie Bumbác, Baron szepcze, ale raczej już chrypi. Chwyci Bumbáca za rękaw.
   "To jest wójt!"
   Ale Bumbác uwolni się z uchwytu Barona, powoli uda się na parkiet do Wawrzyńca i kontynuuje pyszałkowato i odważnie.
   "Ale może nie jest pan żołnierzem. Może tylko panem, który myśli, że wie, czym jest wojna, ale nigdy na niej nie był. Panem, który myśli, że wszystko do niego należy. I żołnierze, i ludzie, którzy tańczą i rozmawiają, a teraz milczą jak grób, gdyż się boją. Chyba dlatego, że tu z panem muszą żyć. Ale ja nie muszę, panie wójcie. Jest pan wójtem, czyż nie tak? Raczej dlatego mówi pan na ty też do ludzi, których w życiu pan nie widział, ale ostatecznie mnie to nie przeszkadza, chętnie się zapoznaję. Spokojnie możemy mówić sobie na ty. Witaj, wójcie, jestem Leopold Bumbác, emerytowany artylerzysta, który walczył po tej odpowiedniej stronie, niech mówi kto chce i co chce!"
    Bumbác przyszedł aż do Wawrzyńca. Kłania się teatralnie i wyciąga do niego prawicę. Wawrzyniec stoi osłupiały jak ściana - takiej bezczelności nigdy nie przeżył. Wzrokiem sprawdza, czy jego słudzy zabezpieczają mu tyły - stoją mniej więcej dwa metry za nim.
   "Hm..." parsknie Wawrzyniec.
   Baron, Sara i Zuzanna śledzą z napięciem, jak to wypadnie. Zresztą cała karczma nie spuszcza z tych dwóch oczu. Teraz dwaj poganiacze wybrali się każdy na jedną stronę, żeby dostać się na tył Bumbáca, i obchodzą go powoli jak dwa wynędzniałe drapieżniki. Bumbác to rejestruje, ale nawet się nie poruszy, wciąż stoi z wyciągniętą prawicą. Trzeci poganiacz dale kryje plecy wójta.
   "Zdrajcy, który nie wie, za kogo ma walczyć, nie będę podawał ręki, i do tańca też mi grać nie będzie! Chyba że zdjąłby mundur!" Wawrzyniec zrobi grymas.
   Poganiacze za plecami Bumbáca przybliżą się o krok. Ktoś się zaśmieje.
   "Dlaczego nie... ale to musiałbyś mnie najpierw, wójcie, rozebrać," odpowie Bumbác.
   Tym razem śmiech jest trochę dłuższy, to Wawrzyńca rozdrażni i gestem da on znać poganiaczom, aby w takim razie Bumbáca złapano. W sekundzie obstąpią go z obu stron, mocno capną i powalą na ziemię, prosto do nóg Wawrzyńca. Sara jęknie z przerażenia. Przez chwilę wydaje się, że Bumbáca łatwo pokonano. Patrzy on na wypucowane buty Wawrzyńca z cholewami z błyszczącymi klamrami i nie może się nawet poruszyć. Wawrzyniec szyderczo dotknie czubkiem buta do nosa Bumbáca. Ale nie powinien tego robić. W Bumbácu krew się wzburzy, zaprze się z całych sił, ryknie i razem z dwoma chudymi poganiaczami, którzy go stale mocno trzymają, podniesie się na nogi. Wawrzyniec odskoczy,
trzeci poganiacz chce chwycić Bumbáca z przodu, ale żołnierz ruszy i ciśnie obydwoma człowieczkami, którzy go nieustannie trzymają, w ich trzeciego kompana, tym samym ich wszystkich powali jak kręgle. Kilka pań odetchnie ze zdumieniem, kilku mężczyzn syknie ze wzruszeniem, zdumiony Wawrzyniec wrzaśnie: "Łapcie go!", a sam chętniej wycofa się do swojego stołu. Ale już i inni mężczyźni zaczynają się sprzeczać, kto więc rzeczywiście na tej nieszczęsnej wojnie wygrał. Jedni wykrzykują, że Prusacy, drudzy, że Austriacy. Kobiety próbują uspokajać, ale na próżno. Już się potrącają, obrażają i biją po głowie, póki się nie rozpocznie bijatyka. Bumbác z poganiaczami bije się jak o życie. Oberżysta pospiesznie ratuje szkła od kurka z beczki, przy tym rozpaczliwie wykrzykuje:
   "Zostawcie to, proszę! Wojna się już skończyła! Ludzie, miejcie rozum!"
   Przez powietrze ze świstem przemknie półlitrówka, rozbije się o ścianę za nim, oberżysta ledwo odskoczy.
   "Szkło nie!" krzyknie do tłumu, ale nie da się już tego zatrzymać. Bijatyka się rozpoczęła. Bumbác walczy jak lew, Baron pakuje instrumenty, Sara się obawia, aby nikt nie doznał obrażenia. Zuzanna tylko wzruszy ramionami i schowa swoje skrzypce. Wawrzyniec bierze kapelusz i chce zniknąć niepostrzeżenie, ale Bumbác to zauważa.
   "Dokąd to, wójcie? Już lulu?"
   Wawrzyniec widzi, że drzwiami nie da rady. Cofa się przed Bumbácem, ten stale za nim. Ale później jeden z poganiaczy skoczy na plecy Bumbáca, a więc go
na chwilę zatrzyma. Wójt zauważy otwarte okno i cały spocony karkołomnie wydostanie się na zewnątrz. Mężczyźni dalej biją się z przyjemnością, oberżysta uwija się chaotycznie i ratuje, co się da. Pod stołem schowali się dwaj mali chłopcy...
   "Jesteś Plusak czy Austliak?" ten mniejszy pyta tego starszego.
   "Jestem tym, kim tata," wyjaśnia przyjaciel.
   "A kim on jest?"
   "Był Flusakiem, ale jest już Pfusakiem, bo ci wyflali."
   Bijatyka, im dalej, tym bardziej jest nieprzejrzysta. Już bije się każdy z każdym. Wawrzyniec, cały zdyszany, złazi przez okno z karczmy, runie na kurz jak wór i patrzy szybko, czy nikt go nie ściga. Nikt, okno jest puste. Odważy się więc pogrozić do okna tłustą pięścią.
   "Tego ci nie daruję, ty... Ty pruska kanalio!"
    Banda wyrostków, którzy gapią się za karczmą, teraz patrzy na niego zdumiona.
   "Dzień dobry... Wieczór..." mówi pierwszy z nich, ale kolega go cicho poprawi.
   "Noc."
   "Dobranoc," chłopiec doda szybko. Wawrzyniec czerwienieje.
   "Co tu robicie? Gdzie są wasi rodzice?" ofuknie ich.
   Chłopiec wskaże okno, skąd odzywa się bijatyka. Właśnie wylatuje z niego kapelusz. Ładny, kremowy, odświętny, niestety teraz już w denku naderwany.
   "No... A więc wytrzymajcie," mówi Wawrzyniec i odchodzi sztywno w noc. Stara się stąpać dostojnie jak jest to tylko możliwie. Najmniejszy chłopczyna zapyta:
   "Dlaczego wracał do domu przez okno?"
   "Może uciekł bez płacenia," zgaduje drugi.
   "Wójt?" dodaje trzeci, wszyscy śledzą znikającego Wawrzyńca i zastanawiają się nad zagadką, nie przejmując się tym.



                           Rozdział piąty


                                Tchórze

Pół godziny później nareszcie wszystko się trochę uspokoiło. Baron, Zuzanna i Sara stoją przed karczmą, przy nogach mają bagaże. Zachmurzony oberżysta wynosi dwie ostatnie walizki cedząc lodowato:
   "A więc, proszę państwa, tu są państwa walizeczki. Pan wójt nie życzy sobie, aby państwo spali w jego gospodzie. Jeśli chcą państwo dostać zapłatę, a więc do jutra ponownie o ósmej, ale już bez waszego żołnierza. Jego pan wójt zabronił."
   Ale to rozdrażni Sarę.
   "W ten sposób nie. Albo wszyscy, albo ja też nie gram. Bumbác się przecież tylko bronił!"
   W tej chwili Bumbác wyleci drzwiami przed karczmę, upadnie na kurz, w ręku trzyma odłamaną nogę od stołu.
   "Tchórze! Chodźcie bić się na zewnątrz, kto ma odwagę!" krzyczy jak w ferworze. Grozi kawałkiem stołu jak jakiś husyta buzdyganem.
   "Bumbác, już to zostaw," przekonuje go Baron. Sara pomaga Bumbácowi wstać na nogi.
   "Nic ci nie jest?" obawia się.
   "Nie! Już przeżyłem gorsze salwy, piękna," uśmiecha się Bumbác do Sary. Potem pogładzi ją delikatnie po twarzy. "Dziękuję ci."
   "Chodźcie," zarządzi Baron, weźmie dwie walizki i wyruszy w ciemność. Bumbác odwróci się do oberżysty:
   "I niech pan się wstydzi! Piwo jest ciepłe, parówki zimne, a wódka rozcieńczona. Poleciłbym też zmienić nazwę na Gospoda U Tchórza. Będzie pana. Powodzenia," poda mu z miłym uśmiechem nogę od stołu, oberżysta ją weźmie, nie mrugnie przy tym ani okiem. Pozostali chwycą resztę bagaży i wyruszą za Baronem.
   Chmura zakrywa księżyc. Wójt Wawrzyniec stoi w drzwiach swojego domu i obserwuje barakowóz, odjeżdżający przez cichą wieś. Poganiacz dolewa mu wódki do kieliszka.
   "Pójdziesz za nimi i powiesz mi, gdzie rozbiją obóz," zleci Wawrzyniec i obróci do siebie kieliszek.
   "Dobrze, proszę pana. A jeśli będą jechać długo?" pyta się sługa.
   "Więc pójdziesz długo," odetnie się Wawrzyniec i nie spuszcza oczu z barakowozu.
   "A gdyby jechali całą noc?"
   "Więc przyjdziesz rano. Znikaj!"
   Poganiacz ukłoni się usłużnie, poda swojemu panu butelkę i pobiegnie w noc - spełnić to, co mu zlecił.

                           Rozdział szósty


                                 Szczury


Tymczasem grupa Barona dotarła do cmentarza. Księżyc oświetla groby, sylwetki krzyży i nagrobków sterczą w księżycowym świetle, na nich migocze kilka świeczek. Konik Romeo zatrzymał się przy cmentarnym murze.
   "Tu się prześpimy," ogłosi Baron.
   Sara zupełnie nie jest pełna zapału. "Przy cmentarzu?"
   "Przynajmniej tu będzie spokój." Baron schodzi z kozła. W świetle księżyca groby wyglądają strasznie. Na mur cicho jak duch wyskoczy chuderlawy kocur i zamiauczy płaczliwie.
   "Boisz się duchów?" Bumbác szepnie Sarze do ucha.
   "Trochę. A ty?"
   "Najpierw musiałbym uwierzyć, że istnieją," uśmiechnie się Bumbác. Sara myśli, że rzadko się widuje tak piękny uśmiech.
   Poganiacz ukryty w ciemnościach niedaleko od nich stwierdził, co potrzebował i udał się w drogę powrotną do wsi. Liście pod nim zatrzeszczą, aż Sara się przestraszy i złapie się Bumbáca.
   "Co to było?"
   "Albo kot... albo szczur."
   "Szczur?" Sara  wytrzeszczy oczy w ciemności.
   "Jest ich tu dosyć... albo kuna... albo mały wilk."
   "Zostaw to," roześmieje się Sara i klepnie go po ręce.
   "Już myślałem, że jesteś tak bezczelna, że się niczego nie boisz," Bumbác czuje się silny.
   "A ty czego się boisz?"
   Bumbác przez chwilę rozmyśla.
   "Boję się o tych, których kocham," powie i z czułością popatrzy na Sarę. W tym czasie w barakowozie Zuzanna na małym stoliku wróży z kart. Baron pije herbatę z melisy na dobry sen i z okna obserwuje Bumbáca, który na dworzu przy ogniu układa się do snu.
   "Nie wiem, czy był to dobry pomysł, żeby wziąć go ze sobą," mówi Zuzanna i położy na stole treflowego waleta.
   "Jest to trochę gwałtowny charakter," zgadza się Baron, "ale serce ma dobre." Ale Zuzanna bardzo go nie słucha, studiuje karty przed sobą i raczej dla siebie coś zamruczy:
   "Coś mi się tu nie wydaje..."
   "Sara mu się podoba. Nie może oderwać od niej oczu," Baron obserwuje Sarę, jak przy ogniu figlarnie szczebiocze z Bumbácem. On jest w niej zakochany po same uszy.
   "Dusze pomiędzy światami..." Zuzanna stuknie palcem po trupiobladej siódemce.
   "I chyba on jej się też podoba," Baron mówi raczej sam do siebie.
   "Dusze pomiędzy światami... Co to może być?" rozmyśla Zuzanna głośno. Baron się do niej obróci:
   "Jesteśmy przy cmentarzu, więc co się dziwisz. Chodź już spać, moja ty piękna baronowo."
    Czule pocałuje Zuzannę we włosy, ale ona go nie zauważa, obrazy z kart tańczą przed jej oczami.
   Na dworzu przy ogniu Sara i  Bumbác mają o czym opowiadać.
   "Jak żona mogła cię zostawić, skoro jesteś taki odważny?"
   "Czy to dlatego, że nie boję się duchów?"
   "Nie, dlatego że nie wystraszyłeś się tego wójta."
   "Pobić się w karczmie nie jest znowu takim bohaterstwem," Bumbác zarumieni się i szturchnie kijem w ogień, aż rozpryśnie się gejzer iskier.
   "Żonę odbił mi rodzony brat. Zostawiła mnie z jego powodu."
   "Przykro mi," mówi Sara. Bumbác pogrążył się we wspomnieniach, przez chwilę tylko trzaskają płomienie.
   "Od tego czasu nie rozmawiałem z nim, to już dziesięć lat."
   "A gdzie teraz jest?" Sara dotknie nieśmiało jego ręki.
   "Nie wiem. Wyjechali razem gdzieś do Pragi."
   Bumbác dorzuci kija do ognia, iskry zatańczą.
   "Jestem tylko głupim garncarzem. Brat ukończył szkoły, czytał książki, jeździł po świecie. Inteligent!" westchnie, jakoś zrobiło mu się naraz smutno. "Ale wszystko jedno, to minęło," doda.
   "Minie, jeśli mu wybaczysz. Odszukałbyś go i pogodził się z nim," powie Sara cicho wpatrując się w płomienie. Bumbác odsapnie z uporem:
   "Ty nie możesz tego rozumieć."
   Sara westchnie i uśmiechnie się smutno.
   "Bądź zadowolony, że masz przynajmniej jakąś rodzinę."
   Bumbác się trochę zawstydzi, pogłaszcze ją po włosach.
   "Jest mi jakoś zimno. Idę spać. Dobranoc, Bumbác."
   "Dobranoc, Saro."
   Bumbác osamotnieje, gwiazdy nad głową przyjaźnie do niego zamrugają. On owinie się w kudłate koce i przysunie bliżej ciepła. Nie przeczuwa, że dzisiejsza noc się jeszcze nie kończy.



                                      Rozdział siódmy



                                              Leśne cienie

Wawrzyniec, zalany jak śliwka, stara się cicho stąpać. Przed nim idą jego trzej poganiacze. Pierwszy, który trzyma latarnię, wypowiada półszeptem, co leży mu na sercu już przez długą chwilę.
   "Panie wójcie, zostawmy to. Ja myślę, że byśmy..."
   "Co?" Wawrzyniec przerwie mu niecierpliwie.
   "Że jest to... że nie jest to dobry pomysł," jąka się poganiacz, Wawrzyniec przystanie, po pijanemu zamamrocze:
   "Cicho bądź. Obraził osobę urzędową! Za to jest ciężkie więzienie! W dodatku obraził... dotknął... mój żołnierski honor! Jest to nie-apte-kto... nie-a-ce-pto... niedopuszczalne! Idź naprzód. Teraz ty pójdziesz pierwszy."
   "Dlaczego ja?" poci się poganiacz.
   "Za karę. I milczeć! A ty poświeć."
   Szturchnie sługę z latarnią i uda się znowu chwiejąc się po kamienistej drodze. Mężczyźni patrzą na siebie rozpaczliwie, po kilku krokach jeden z nich szepnie:
   "Panie wójcie, myślę, że nie jest pan zupełnie w formie, przecież tylko wypił pan..."
   "Co sobie pozwalasz?" burknie Wawrzyniec.
   "Przepraszam," szepnie wystraszony mężczyzna, biały jak ściana.
   "A co jeśli mają psa?" przyłączy się ten z latarnią.
   "Dosyć! Idę!" Wawrzyniec zakończy debatę i goleniem załomocze w latarnię, aż ta zadzwoni.
   Grupka doplącze się cicho aż do obozu przy cmentarzu. Wszystko tam jest ciemne, przy wygasłym ognisku Bumbác odpoczywa z zadowoleniem.
   "Śpi?" szepnie Wawrzyniec.
   "Ale może się obudzić," znowu obawia się poganiacz.
   "Idziesz pierwszy."
   "Ja?! Pierwszy idzie Bořek," wkaże na towarzysza.
   "I idziesz już ty. I zamknijcie gębę!"
   Wszyscy czterej zakradną się wokół Bumbáca aż w kierunku konia, który jest przywiązany do barakowozu - stoi spokojnie i śpi.
   "Odwiążcie go!" rozkaże Wawrzyniec.
   "Ja z końmi za bardzo obchodzić się nie umiem," broni się Bořek. Najchętniej by uciekł.
   "Nie pleć a rób. A ty idź dalej, niech światło go nie spłoszy. Szybciej!" Niecierpliwy Wawrzyniec popycha wystraszonych mężczyzn. Obaj poganiacze zbliżają się ostrożnie do konia. Jego potężna sylwetka zarysowuje się na tle ciemnego nieba. Teraz się nawet poruszył! Poganiacze odskoczą.
   "Ustąpcie... Wy głupcy."
   Wawrzyniec przytoczy się do konia i bezczelnie zacznie go odwiązywać. Koń parsknie. W barakowozie wszyscy śpią z zadowoleniem, Bumbác też słodko odpoczywa śniąc.
   "Nóż!" zasyczy Wawrzyniec, poganiacz poda mu mały scyzoryk, Wawrzyniec przerżnie lejce i po cichu odprowadzi konia w ciemności.
   "No, widzicie, wy partacze... Nie rozumiem, dlaczego was żywię."
   Ale potem się stało. Koń stanie dęba i kopnie Wawrzyńca tak, ten że wyleci dobre trzy metry aż w błoto. Bumbác we śnie przewróci się na bok i wydaje się, że hałas go obudzi, ale nie. Chrapie dalej. Wawrzyniec zasyczy wściekle:
   "Złapcie go!"
   Poganiacze szybko doskoczą do konia i złapią go za uzdę.
   "A teraz precz," mówi wystraszony Bořek i w ciemności prędko odprowadzi konia. Wawrzyniec wstanie i cały w błocie zatoczy się za nimi.
   "Hołota niezdolna..."
   Chmura zasłoni księżyc i wszystko ucichnie, jakby nic się nie stało.


                             Rozdział ósmy


                              Romeo zniknął!


Na horyzoncie zarysowuje się nowy dzień. Zadowolony Wawrzyniec zamyka stajnię, gdzie umieścił ukradzionego konia. Na tabliczce na drzwiach pisze kredą jego nowe imię - Królewicz. Poklepie ogiera z zadowoleniem. 
   "Witaj w nowym domie, ogierku." Przeczesze mu grzywę, koń parsknie, Wawrzyniec promienieje zadowoleniem.
   Słońce przestrzeli poranne promienie przez szpary w drzwiach, będzie to dzień jak malowany.
   W obozie przy cmentarzu Bumbác powoli się rozbudza, uśmiecha się do niego piękny poranek, ale potem stwierdzi, że jest tu coś niedobrze. Coś tu nie pasuje. Wtargnie do barakowozu, nawet nie zapuka.
   "Koń zniknął!"
   Baron usiądzie, Zuzanna obok niego też.
   "Dokąd by zniknął?" burknie Baron.
   "Nie wiem, ale nie ma go."
   Przed barakowozem, gdzie Romeo był uwiązany, Baron, Bumbác i Sara oglądają przecięte lejce. Niedaleko w błocie Sara znalazła klamrę, którą teraz pokazuje Bumbácowi. Bumbác ogląda ją, długo się zastanawia. Tę klamrę przecież już gdzieś widział! Gdzie ją widział?
   "Wczoraj w karczmie! Miał ją na cholewie ten gospodarz!" przypomni sobie wreszcie.
   "Wójt?" zapyta Baron.
   "Tak! Ten łotr! Tego mu nie daruję!"
   Bumbác nie czeka na nic i już pędzi w kierunku wsi.
   "Idź za nim, albo znowu coś spłata," szepcze Sara do Barona, który udaje się za nim.
   W barakowozie Zuzanna wróży z kart, zapisuje coś na kawałku papieru, szkicuje i podkreśla, próbuje zrozumieć, ale raczej tylko tak niedomyślnie kręci głową.
   Bumbác i Baron stoją już przed domem Wawrzyńca i walą w drzwi. Otworzy im sam wójt i źle ich zmierzy.
   "Co chcecie?" warknie.
   "To jest twoje, jeśli się nie mylę."
   Wawrzyniec spojrzy na klamrę i bez zawahania skłamie.
   "To nie jest moje. Co mi zawracacie głowę? Zmykajcie, żebracy!"
   Już już zamyka drzwi, ale Baron pokaże na jego zabłocone buty z cholewami.
   "Przepraszam pana, ale na jednym bucie brakuje dokładnie takiej klamry."
   Wszyscy patrzą i tak to wygląda, że na jednym bucie jest klamra, a na drugim nie ma. Baron uklęknie i przyłoży sprzączkę do buta.
   "Tak... No, a więc chyba będzie moja," wyjąka Wawrzyniec, a potem z irytacją wyszarpnie Baronowi klamrę z ręki.
   "A teraz mógłby pan nam w rewanżu zwrócić naszego konia, co pan na to," Baron się uśmiechnie.
   "W rewanżu? Konia, mówi pan?" Świńskie oczka Wawrzyńca zamrugają kwaśno.
   "Konia, któregoś nam w nocy ukradł!" dodaje Bumbác. Wawrzyniec przez chwilę się im przygląda z rozbawieniem, a potem powie z przewagą:
   "Macie rację. To się wie. Niewątpliwie, konia... Na pewno! Więc wytrzymajcie..."
   Wyjdzie na dwór, wygląda jakby szedł do stajni, Bumbác uśmiechnie się z zadowoleniem, ale Wawrzyniec nie idzie po konia. Przyszedł do klatki, gdzie ma dwa olbrzymie psy myśliwskie. Otworzy klatkę i wypuści je.
   "Tutaj macie konia! Nawet dwa!" wójt pogrozi pięścią.
   Bumbác i Baron na więcej nie czekają, uciekają, a wściekłe psy za nimi.
   "Bierz ich, Romad
ůr! Szarp!" Wawrzyniec wrzeszczy triumfalnie.
   "Szarp, Rolf!"
    Bumbác i Baron zmykają do wsi, aż kurz się wznosi, z rozwścieczonymi psami w nogach.

                                    Rozdział dziewiąty




                                Pech


Bumbácowi i Baronowi udało się wreszcie psy strząsnąć. Cali zadyszani dotarli do obozu, przysiedli się przy ogniu i smutno wzruszyli ramionami - konia nie mają. Zuzanna i Sara warzą w kociołku nad ogniem jakiś napój.
   "Dzieją się dziwne rzeczy. Miałam bardzo żywy sen," Zuzanna mówi poważnie i zamiesza to niezwykłe lekarstwo.
   "Przyszły do mnie trzy dusze," kontynuuje, " i powiedziały mi, że wędrują z nami od tego czasu, kiedy się do nas przyłączyłeś, Bumbác. Te dusze powiedziały mi też, że uwięzły pomiędzy światami. Nie są ani żywe, ani martwe, a są bezradne i zrozpaczone."
   Baron chce przez moment trzymać kobietę w ryzach, ale potem zdecyduje zachować spokój. Dzisiejszy dzień jest już dość napięty.
   "Zuzanko, zostaw dusze w spokoju, zjemy śniadanie i wymyślimy, co dalej," mruknie tylko. Sarze to wyobrażenie martwych duszy wcale się nie podoba, z przerażeniem się rozejrzy. Ogień zapłonie.
   "Teraz też są? Gdzieś tutaj?"
   Bumbác połamie kilka gałęzi, którymi pożywi płomienie. Zuzanna kontynuuje.
   "Powiedziały mi też, że jedynym, który może im pomóc, jest Leopold Bumbác, a jeśli tego nie zrobi, nigdy już się od nich nie uwolni. Będą ci, Bumbác, jak mówią, szkodziły, tak jak nam i tobie dotychczas szkodziły."
   "Wójt wam szkodzi, on wam ukradł konia! Niech on im pomaga," mruknie Bumbác. "Mnie nie interesują jakieś dusze, które chodzą w twoim śnie."
   "Powinny, Bumbác, dlatego że są to dusze trzech martwych żołnierzy, których zabiłeś na wojnie."
   Płomienie zatrzeszczą, w kociołku zabulgocze. Wszyscy patrzą na Bumbáca.
   "Tak to się na wojnie dzieje, że są martwi. Po to są wojny, aby był na świecie system, wy, cywile, nigdy tego nie zrozumiecie, dlatego że nie przeżyliście wojny!" mówi Bumbác urażony, pogrzebie kijkiem w węgielkach.
   "A w takim razie co Bumbác miałby robić?" zapyta Baron Zuzanny.
   "Uwolnić je z królestwa pomiędzy światami i w ten sposób pomóc odejść do martwych." Zuzanna wskaże na cmentarz, Sara się zatrzęsie, jak jej po kręgosłupie przejdzie chłód.
   "To wszystko ci wyjaśniły we śnie?" zapyta Baron powątpiewająco. Bumbác się przyłączy:
   "Co to za bajeczki? Jak miałbym to też zrobić?"
   "Musisz iść za nimi. Pomiędzy światami," wyjaśnia Zuzanna, ale dla Bumbáca to nie ma żadnego sensu, umyślnie oddaje się ogniowi.
   "A ty wiesz, jak się tam dostać?" szepnie Sara.
   "To też mi dusze powiedziały we śnie," mówi Zuzanna.
   "Jak wyglądały?" to wyobrażenie przeraża Sarę coraz więcej i więcej. Ale Zuzanna nie zwraca na nią uwagi, wydaje się, że sytuacja jest poważna.
   "Podczas zachodu słońca wdrapiesz się na najwyższą górę w okolicy, tam rozniecisz ogień, wrzucisz do niego te zioła..."
   Zuzanna pokaże Bumbácowi lniany woreczek, pełen suszonych ziół, który już mu przygotowała, i położy obok niego na krześle.
   "W tym ogniu musisz spalić swój mundur, potem wypić lekarstwo z makówek, marzanki i grzybów."
   Zuzanna przeleje płyn z kociołka do małej manierki, położy ją obok lnianego woreczka.
   "Potem przeczytaj to zaklęcie."
   Do rzeczy doda zwinęty papier obwiązany pędem z kwiatostanem jakiejś rośliny.
   "A potem poczekasz, aż pojawi się strażnik bramy."
   "Kto to jest?" zapyta Bumbác, obejrzy wszystkie te niezwykłe, czarodziejskie przedmioty i jest mu przez nie smutno.
   "Twój przewodnik pomiędzy światami. Jego postać ty masz mu dać. Pokaż, co masz w kieszeniach."
   Bumbác wyjmie z kieszeni harmonijkę, chustę z serduszkiem i króla kier, wszystko położy na krześle obok rzeczy.
   "To będzie twój przewodnik," Zuzanna wskaże na karcie czerwonego skrzata, który wesoło stroi grymasy.
   "Jak zrobisz to wszystko, co powiedziałam, przyciśniesz tę kartę do piersi i poczekasz, co się będzie działo."
   "No..." Bumbácowi już się nie chce dalej słuchać.
   "Wszystko to może byłoby możliwe, jakaś karta, zioła do ognia, herbatka do spania, dajmy na to. Ale spalić mundur? Taką głupotę może powiedzieć tylko baba." Zaśmieje się trochę spazmatycznie, mrugnie przy tym do Barona.
   "Chyba nie myślicie poważnie? Czy wy, cywile, w ogóle rozumiecie, czym jest dla nas, żołnierzy, mundur?
Jest to coś jak dla was... nie wiem... przypuśćmy ten barakowóz. Wasze życie! Powiem wam też, co dzisiaj mi się śniło, tak? Przyszły do mnie trzy dusze małych prosiąt i podszepnęły mi, że rano napilibyśmy się białej kawy i wszystko podobno będzie zaraz weselsze. Tak jakoś mi powiedziały... Trzy małe prosięta, różowe, przemiłe."
   Bumbác zaśmieje się z własnego dowcipu, ale jest jedyny. W ogniu zatrzeszczy.
   "Właśnie tak, szanowni - nie spalę munduru. Nigdy! Przeszedł ze mną piekło i ochraniał mnie. Nie mogę go spalić!"
   Uderzy się dumnie w brudny filc. Trochę wzniesie kurz.
   "Bez tego nie dostaniesz się pomiędzy światy, Bumbác, a dusze będą ci dalej szkodzić," mówi Zuzanna życzliwie, ale Bumbác już traci cierpliwość.
   "Żadne martwe dusze nie będą mi mówiły, co muszę albo czego nie muszę! Na zły sen pomaga herbata z dziurawca, Zuzanko, ale jeśli przynoszę wam pecha, chętnie pójdę swoją drogą."
   "Bumbác, nie obrażaj się," mówi Zuzanna życzliwie, ale Bumbác jest już w gorącej wodzie kąpany.
   "Dziękuję za wszystko," mówi, ucałuje Sarę długo i  zbiera się do odejścia. Nagle jest mu jakoś smutno, aż serce mu się ściska. "Szkoda, że nie zdążyliśmy się więcej poznać, piękna. Do widzenia."
   "Bumbác, nigdzie nie odchodź," uściska go Sara, ale on już zdecydował. Baronowi i Zuzannie poda rękę, a z krzesła weźmie swoje rzeczy - harmonijkę, chustę i kartę.
   "Zniknę z waszego pola widzenia, aby przypadkiem nikt nie ukradł też jeszcze tego barakowozu. Gdzie są te czasy, kiedy ludzie szanowali żołnierzy!" trajkocze z obrazą i odchodzi. Zuzanna zawoła za nim:
   "Bumbác, jeśli im nie pomożesz, rozniesiesz ze sobą wszędzie nieszczęście!"
   "Przecież już znikam!  Już znikam! Parszywy żołnierz!" szumi Bumbácowi przez ramię, ale idzie, nawet się nie obejrzy.
   "Kapuściana głowa," nie rezygnuje Baron i zniknie w barakowozie. Sara i Zuzanna patrzą za odchodzącym żołnierzem.
   "Powróci?" szepnie Sara.
   "Nie wiem," mówi Zuzanna.
   "A co mówią twoje karty?"
   "Że wszystko będzie dobrze. A jeśli nie, tak już się to ułożyło," Zuzanna uśmiechnie się i delikatnie pogłaszcze Sarę po głowie.


                           Rozdział dziesiąty


                                   Poznanie

Bumbác daleko nie odszedł. Siedzi smutny na starym wozie drabiniastym na polu zaraz za wsią i obserwuje zachód słońca. Trzyma w ręku w połowie już wypitą butelkę gorzałki. Zeskoczy na ziemię i zarozumiale zakrzyczy do nieba.
   "A więc gdzie jesteście, moi przyjaciele! Dusze ani żywe, ani martwe! Podobno jesteście tu ze mną! A więc pokażcie się!"
   Odpowiada mu cisza. Tylko słońce zachodzi. Bumbác parsknie pogardliwie. Ale potem niedaleko na polnej drodze zawiruje kurz.


Mała chmurka zbliża się do Bumbáca, on patrzy na nią po pijanemu. Chmura się powiększa, aż przygna wprost na niego. Silny poryw wiatru uderzy go w twarz i zrzuci czapkę. Bumbác jest trochę zaskoczony. Porządnie pociągnie sobie z butelki i wrzeszczy.
   "To mają być dusze? Wiaterek powieje? Nic lepszego nie umiecie, duchy moje, niż dmuchnąć w moją czapkę? Co?"
   Włoży sobie czapkę, gdy w tym momencie spadnie mu na głowę wielka gradowa bryła lodu. Aż zagrzmi.
  "Au!" zasyczy Bumbác i podniesie z ziemi kawałek zamarzniętego lodu. Patrzy ze zdumieniem na niebo, które staje się czarne od ciężkich chmur. Ale już na niego spadają całe bryłki gradu, staczają się na ziemię wprost na niego. Bumbác zdąży tylko schować się pod wóz drabiniasty, na który z łoskotem spadną w następnej sekundzie bryłki gradu. Bumbác zakryje sobie głowę rękami, po chwili rozejrzy się ostrożnie. Grad wprawdzie piętrzy się wszędzie dookoła wozu, ale nie spada na niego. Bumbácem odczuje niepokój, ale robi tak, jakby nic się nie stało. Pociągnie z butelki i roześmieje się.
   "Grad. No, Boże. Tak jakbym nigdy nie widział gradu. Otóż właśnie! To mają być martwe dusze?!"
   W tej chwili jakby zamknięto kurek w niebie, grad przestanie padać i znowu nastaje cisza. Bumbác słyszy tylko własny oddech. Ale nie na długo. Z nieba zaczynają spadać jakieś małe, ciemne pestki i bębnią w wóz, pod którym Bumbác się kuli. Dla żołnierza jest to już za dużo. Znowu mocno się przygnie i wyciągnie rękę po jedną z pestek. To jest guzik! Właśnie taki, jaki on sam nosi na mundurze, metalowy, matowy, z dwoma sztyletami. Z nieba spadają guziki o różnej wielkości, matowe, błyszczące, od wszystkich możliwych mundurów! Bumbác znowu się mocno napije i tym razem już dla pewności nawet nie piśnie. Guziki znowu popadają do końca, tak jakby uciął, a z lewej strony odezwie się jakieś oddalone syczenie, które się zbliża. Nagle Bumbác boi się tam patrzeć. Brzmi to jakby trzydzieści wściekłych, prychających kotów. Przed zdumionymi oczami Bumbáca pojawi się wielki piorun kulisty. Powoli obraca się w powietrzu od lewej do prawej. Bumbác śledzi go z przestrachem. Piorun przeleci obok niego i uda się prosto do wsi, gdzie wleci do najbliższej stodoły, która w ciągu chwili zapłonie silnym płomieniem. Bumbác śledzi z przerażeniem, jak pożar się wzmaga, wieśniacy zbiegają się i próbują go gasić. A potem odezwą się głębokie, przerażające głosy.
   "Bawi cię prowokowanie nas!?"
   Bumbác się przestraszy, upuści butelkę, a głową rąbnie o dno wozu.
   "Kto to mówi?!" zachrypie w ciemności.
   Z innego kierunku zabrzmi kolejny głos.
   "Ty wiesz, kto mówi!"
   "Co chcecie?" Bumbác jęknie, a zza jego pleców zagrzmi trzeci duch.
   "Ty dobrze wiesz, co chcemy!"
   Przerażony na śmierć Bumbác kręci się jak wystraszony gołąb na wszystkie kierunki, skąd dochodzą głosy.
   "Zostawcie mnie w spokoju!" poprosi.
   Szybko rzuci w kierunku, skąd rozległ się ostatni głos, garść opadłych guzików i bryłek gradu. Spadną niepotrzebnie na pole.
   "Dlaczego nie chcesz nam pomóc?" zagrzmi jeden z duchów.
   "Jak?" Bumbác znowu bąknie.
   "Ty wiesz, jak! Jeśli nam nie pomożesz, nieszczęście już nigdy cię nie opuści i dosięgnie nie tylko ciebie, ale też wszystkich, których spotkasz, pocałujesz, pogłaszczesz," grzmią duchy mocnymi głosami jeden przez drugiego. "Nieszczęście cię nie opuści aż do końca twoich dni!"
   "Ale dlaczego?" Przerażony Bumbác prawie już płacze. Czegoś takiego jeszcze w życiu nie przeżył.
   "Ty wiesz, dlaczego!" zagrzmi mu z tyłu.
   "Pomocy!!!" wykrzyknie Bumbác i zatka sobie uszy. Zupełnie działa teraz jak mały, przerażony chłopiec.
   Przez chwilę nic się nie dzieje, a potem ostatni raz zasyczy sugestywny i zapewne smutny głos duchów.
   "Wysłuchaj nas! Ty jedyny możesz nam pomóc! Jesteśmy połączeni z tobą."
   Po czym nastała cisza. Lodowata cisza. Bumbác wrzaśnie i za jednym zamachem dopije resztę gorzałki, ale ciszy tym nie zatrzyma. Potem runie jak worek. Upadnie obok wozu na zaspę guzików.


                                    Rozdział jedenasty


                                    Z powrotem na wieś!

Świta, kogut zapieje i wita nowy dzień. Bumbác obudzi się - głowa mu pęka. Usiądzie ostrożnie i rozejrzy się. Ani śladu po guzikach i gradzie, wszędzie tylko rosi mokra trawa. Bumbác odetchnie z ulgą i uśmiechnie się. Wszystko to mu się więc tylko wydawało! Ale potem uśmiech zamrze mu na ustach. Zobaczy stodołę. Cała jest nadpalona, jeszcze dymi się z belkowania. Bumbác nie czeka na nic, podskoczy i ze złym przeczuciem biegnie jak najszybciej z powrotem do wsi.
   W obozie przy cmentarzu na krześle przy ogniu znajdzie rzeczy do rytuału - woreczek z ziołami, manierkę z napojem i papier z zaklęciem. Cicho podejdzie do uchylonego okna barakowozu i zajrzy do środka. Strach ściśnie jego serce. Sara leży w łóżku, ma gorączkę. Przy niej siedzi Zuzanna i Baron. Zuzanna wyciera jej czoło mokrym ręcznikiem, Baron łyżeczkami podaje jej gorącą herbatę. Sara ledwo otwiera usta i jest rozpalona. Bumbác oprze się o barakowóz tuż obok okiennicy i kilkakrotnie głęboko wciągnie powietrze. A jeśli dusze piekielne mają rację? A piękna Sara, która nie jest temu winna, cierpi teraz z ich powodu? A winny jest za to on - Bumbác! Zuzanna wychyli się przez okno.
   "Co tu robisz? Uciekaj."
   "Co jej jest?"
   "W nocy dostała gorączki."
   "To przeze mnie?" Bumbác szepnie.
   "Lepiej już idź." Zuzanna zamknie okiennicę i zaciągnie zasłony. Bumbác stoi jak rażony piorunem. W barakowozie Sara spróbuje usiąść na łóżku.
   "Gdzie jest Bumbác?" zapyta głosem jak w gorączce. Nagle bardzo się boi. Baron ją pogłaszcze.
   "Poszedł swoją drogą, Sarusiu. Odpoczywaj."
   Zuzanna wstanie. "Przyniosę trochę wody." Wyjdzie na zewnątrz i zauważy, że krzesło przy ognisku jest puste. Zniknęły rzeczy przygotowane na rytuał dla Bumbáca. Zuzanna uśmiechnie się z ulgą i skieruje się do pompy po tę wodę dla ochłodzenia skroni Sary zmęczonych gorączką.


                         Rozdział dwunasty


                                   Groza

Bumbác wchodzi na wysoką górę, myśli o Sarze, boi się o nią. Czoło błyszczy mu od potu. Myśli nie uda się zatrzymać. Pędzi zwinnie na strome zbocze. Kiedy dotrze na szczyt, słońce właśnie zachodzi, rozpala horyzont do ciemnoczerwonych odcieni. Wygląda to zupełnie majestatycznie. Bumbác rozpala ogień i zdejmuje płaszcz. Patrzy na wzmagające się płomienie i zbiera się na odwagę spalić swój mundur.
   "Nie gniewaj się, mój miły, wierny mundurze. Jest mi szkoda, wierz mi, ale to jest zadanie. Możliwe nawet, że też rozkaz, prawdopodobnie bez tego nie można. Wybacz mi, proszę cię."
   Łzy napłyną mu do oczu, przytuli mundur do serca, jakby się żegnał z kochanką.
   "Zawsze znajdziesz miejsce w moim sercu. Jesteś dla mnie... Nie chcę być patetyczny, ale jakbym miał spalić kawałek siebie. Do diabła, chyba się tu rozpłaczę."
   Wrzuci płaszcz do ognia, wir iskier posypie się do nieba, aż zatrzeszczy.
   "Już przez to głupieję! Gadam z kawałkiem łachmana."
   Zdejmie spodnie, pasek i czapkę, i też je wrzuci w płomienie. Stoi na pagórku tylko w kalesonach, na nadgarstku przywiąże chustę z monogramem, na szyi powiesi harmonijkę, a w dłoni ściśnie kartę króla kier. Według wskazówek Zuzanny wsypie zioła do ognia, który wypluje wysokie płomienie, aż Bumbác odskoczy.
   "Strażniku bramy, przyjdź do ognia mojego," powoli czyta zaklęcie z kartki.
   "Jestem gotów wejść pomiędzy światy. I pomóż mi wnieść światło do ciemności."
   Wrzuci papier do ognia, usiądzie i oprze się o skałę, napije z manierki, twarz mu wykrzywi, tak jest to gorzkie. Patrzy na kartę ze skrzatem i przyciśnie ją do piersi. Boi się.
   "Więc chodź, ty zjawo."
   Napije się jeszcze czarodziejskiego napoju i już czuje, jak go jego moc otępia. Głowa opadnie Bumbácowi na pierś i wreszcie mu ulży.
   Nastała noc. Po ogniu pozostały już tylko rozżarzone węgielki. Bumbác śpi jak zabity. Najprawdopodobniej coś mu się śni, drga delikatnie powiekami. Tu nagle ogień zabłyśnie. Bumbác zadrży, aż się obudzi. Ogień płonie płomieniami wysokimi na metr, a za nimi wygląda czerwony skrzat. Wygląda tak samo jak na karcie, którą Bumbác ściska w dłoni. Coś pomiędzy błaznem, gnomem, królem i hobbitem. W ręku ma obite lustro i z zadowoleniem się w nim przegląda. Mówi szybko, raczej tylko tak dla siebie. Jest to dość komiczne, dlatego jednocześnie budzi dziwny respekt.
   "No patrzcie, tak, tak... Lepiej. Zdecydowanie lepiej. Piękne włosy..."
   Ręką pogrzebie w nastroszonych, rudych włosach.
   "Wyglądam dobrze, trzeba to przyznać. Lepiej niż zeszłym razem... Tak, tak..."
   I obróci się do przerażonego Bumbáca.
   "Zeszłym razem wyglądałem jak stukilowa, bezzębna baba. Potrafisz to sobie wyobrazić?"
   Bumbác pokręci głową. Jest zupełnie wystraszony.
   "Nie dziwię się tobie. Ale tym razem wyglądam dobrze. Tak... Można prawie powiedzieć - przystojniak, nie uważasz? Pan elegant... Co mówisz?"
   Podskakuje dookoła ognia i nie może napatrzyć się na siebie, pogłaszcze swój czerwony płaszczyk, ręką nastroszy swoje włosy, palcem przejedzie po zębach. Bumbác piśnie nieśmiało:
   "Na pewno."
   "Zawsze wyglądam inaczej, wiedziałeś o tym?"
   "Nie," szepnie Bumbác.
   "No, jakbyś mógł o tym wiedzieć," skrzat się roześmieje. "Przecież widzimy się po raz pierwszy i mam nadzieję, że ostatni. W takim razie do tego czasu, zanim się ze mną wybierzesz..."
   Wskaże płomienie, przy tym się chytrze wykrzywi.
   "...na tamten świat. Znowu mnie potem spotkasz, chcą nie chcąc, przyjacielu."
   Skrzet zachichota.
   "A kim naprawdę jesteś?" odważy się Bumbác.
   "Wiesz, mają dla mnie różne imiona, takie rozmaite... ale najczęściej mówią do mnie: "śmierć"..."
   Ogień zatrzeszczy.
   "Jeśli to słowo cię przeraża, spokojnie mów do mnie: "przewodniku", albo panie przewodniku? Jak będziesz chciał... " Skrzet zachichota właściwą sobie mową.
   "Przewodnik brzmi wprawdzie trochę podróżniczo, ale mnie to nie będzie przeszkadzać. No... albo byłoby możliwe też szef wyprawy... w każdym razie za każdym razem inaczej wyglądam, ale nie jest to taka zabawa, jakby mogło się wydawać od pierwszego wejrzenia... kiedy naprzykład ważysz kwintal, to nie jest nic wesołego. Kiedyś ważyłeś kwintal?"
   "Nie."
   "Bądź zadowolony! Albo raz wyglądałem jak mała, włochata panda. Jest to taki karłowaty niedźwiedź, który w ogóle się nie uśmiecha. Też była to dość nuda," skrzat zrobi grymas. "No, krótko mówiąc, jestem zadowolony, że wyglądam z tobą całkiem przyzwoicie, Leopoldzie."
   Wsunie lustro do płaszcza.
   "Wzywałeś mnie, więc co byś chciał?"
   Bumbác wciągnie powietrze i wypowie:
   "Muszę dostać się pomiędzy światami."
   Skrzat odpowie jakby udawał Greka:
   "To na pewno, jestem tu po to. Ale dlaczego tam się pchasz? Życie ci zbrzydło?"
   "Chyba mam znaleźć jakieś trzy dusze, które tam utknęły i uwolnić je."
   "Trzy dusze... Aha... tak, tak, widzę je, chłopcze... Stale je nosisz ze sobą. Och... I nie są dla ciebie akurat miłe, nieprawdaż? No tak... To ty, Bumbác, wysłałeś je w tą długą podróż?"
   "Tak, ja."
   Skrzat trochę teatralnie oceni sytuację:
   "Ojejej. Ojejej... No, więc wyruszamy! Do świtu musisz być z powrotem, a więc od tej chwili będziesz robić wszystko, co ci mówię... Spodnie też mam ładne."
   Z zadowoleniem obejrzy swoje bryczesy.
  

 "Do przejścia przez bramę pomiędzy światami musisz mieć w ustach ziemię, w ręku ogień, w oczach wodę, a we włosach wiatr."
   Bumbác patrzy i w ogóle nic nie rozumie.
   "No tak! Przystańmy do tego... Ziemia się obraca, a słońce zawsze piecze tylko z jednej połowy... Wszechświat składa się z dwóch połówek... a tobie juz nic nie będzie piekło, jeśli nie zrobisz tego, co masz zrobić, Leopoldzie Bumbácu... A więc szast, szast... Do ust ziemia, do ręki ogień..."
   Podczas swojej paplaniny skrzat wziął kawałek zgasłego węgielka, uczernił sobie dwa palce i namalował Bumbácowi smugi na obu policzkach i na czole. Sobie też. Przypominało to indiańskie barwy wojenne. Skrzat się roześmieje, Bumbác się zdziwi.
   "Czy to jest też konieczne?" zapyta się.
   "To nie jest konieczne, ale wygląda dobrze."
   Bumbác bierze z ognia płonący kij i dla siebie głośno powtarza metodę.
   "Do ręki ogień..."
   Drugą ręką nabierze garść pyłu.
   "Do ust ziemia... ale nie ma tu wody i żaden wiatr nie wieje."
   "Ja zatroszczę się o wodę i wiatr. Kiedy ci powiem, rozpędzimy się i wskoczymy do tutaj do tej przepaści."
   Skrzet wyciągnie z ognia płonące polano i wrzuci je do przepaści. Bumbác patrzy za nim. Polano spada dobrych sto metrów, na dole roztrzaska się w gejzerze iskier. Bumbáca przechodzą dreszcze.
   "Przecież się zabijemy!"
   "Żebyś przeszedł przez bramę pomiędzy światami, musisz pokonać strach i zaufać mi, żołnierzyku."

   "Skąd wiesz, że jestem żołnierzem?"
   "Dałeś mi swój mundur," skrzat zrobi grymas i mrugnie jednym oczkiem. Dopiero teraz Bumbác zauważy, że to, co skrzat ma na sobie, to rzeczywiście jego mundur, tylko jakby przyrośnięty do dziwacznych rysów skrzata i proporcji. Jest on cały czerwony, tak jakby skurczony i bardzo poszarpany.
   "Tylko jeszcze jedno małe uściślenie, " skrzat podniesie doniośle palec.
   "Jak już tam, dokąd idziemy, zobaczysz cokolwiek, za żadną cenę nie wolno ci zamykać przed tym oczu. Zrozumiano?"
   "Tak," kiwa głową Bumbác.
   "Jeśli nie uwolnisz dusze do świtu, nigdy już nie powrócisz do świata żywych."
   Bumbác już gotuje się do skoku, potem ogarnie go straszna panika.
   "Wiesz co, zostawmy to do jutra... Potrzebuję jeszcze coś załatwić... Troszkę byśmy to jeszcze przesunęli... Po niedzieli znowu bym się tu zatrzymał... Nie widziałem brata od lat..."
   Stara się ukryć swój strach trochę majacząc, skrzat przez chwilę złośliwie cieszy się z jego nieszczęścia, potem błyskawicznie chwyci go za rękę i zanim się Bumbác spodziewa, rozbiegnie się z nim na skraj przepaści.
   "Nie zapomnij włożyć do ust ziemi, inaczej będziesz żałować!" w biegu krzyczy do Bumbáca, ale on zaledwie zdąży włożyć ziemię do ust, kiedy się obaj odbiją i rzucą do przepaści. Bumbác trzyma się kurczowo rękawa skrzata, w drugiej ręce trzyma płonący kij, ich włosy rozwiewają się, skrzat śmieje się piskliwie. Ostre skały zbliżają się prędko, już wygląda na to, że obaj roztrzaskają się o nie, kiedy dosłownie skały rozproszą się tutaj i zmienią w lustro wody, a więc obaj zanurzą się w niej. Znikną na chwilę w gejzerze baniek. Bumbác patrzy wokół siebie, próbuje się zorientować, nie udaje się. Stwierdza tylko, że kijek w jego ręku wciąż się pali, ze zdziwienia otworzy on usta, z których natychmiast wyleci ziemia, wznosząca się jak jasna chmurka wokół jego głowy, póki nie przywędruje do płonącego kijka. Płomień zaiskrzy się wszystkimi kolorami, a woda rozkołysze się osobliwie. Odezwie się oddalone grzmienie. Wydaje się, że się coraz bardziej zbliża. Na dole pod nimi w ciemnych głębinach pojawi się promień oślepiającego światła i tak jak się drze płótno, świetlna wyrwa się powiększa i wciąga do swego wnętrza Bumbáca i skrzata. Wir wzmaga się, a dwa ciała opadają do głębin coraz niżej.


                                    Rozdział trzynasty

                          Kilka sekund do wystrzału


Nagle zapanuje zupełna cisza. Nawet nie słychać stada gęsi lecącego wysoko na niebie. Ale potem zaczyna się zbliżać dziwne osobliwe grzmienie i huczenie, a na niebie ukaże się blizna, jakby się rwał niebieski aksamit. Zwiększa się i przez to niepohamowanie wzmaga też hałas. Dopiero przez szczelinę w niebie wytryśnie woda, a wraz z nią Bumbác i skrzat spadną w dół. Obaj upadną prosto na środek szalejącej bitwy. Wszędzie dookoła dym, szable, bagnety, armaty, konie i krzyk. Skrzat wstanie pierwszy, pokaże wielkie działo i wykrzyknie:
   "Nabij to działo!"
   Bumbác jest zakłopotany, mokry jak mysz, rozgląda się wokół siebie i nie rozumie w ogóle, gdzie się znalazł. Kij w jego ręce stale się pali!
   "Zrób to albo ktoś nas zabije!" krzyczy skrzat.
   Bumbác bierze kulę i nabija działo.
   "Zapal lont!!!"
   Bumbác zapali lont kijkiem. Skrzat posypie lufę jakimś proszkiem z buteleczki, którą ma na sznurku na szyi. Buteleczka przypomina klepsydrę. Skrzat podniesie się wprost przed lufę działa, chyba metr od niej i wrzaśnie:
   "Podnieś się za mną i chwyć się mocno! Zrób to!"
   "Zabije cię to, wycofaj się!" woła Bumbác, podczas gdy lont trzaska, a ogień szybko go trawi.
   "Bumbác, zrób to, podnieś się za mną i chwyć się mnie!"
   Bumbác się boi, nic nie rozumie. W prawo, w lewo szaleje bitwa. Pozostaje kilka sekund do wystrzału.
    "Zrób to!"
   Żołnierze dokoła zauważyli już tę osobliwą parę, patrzą na skrzata, jak stoi przed nabitym działem i wrzeszczy do Bumbáca:
   "Musisz mi wierzyć! Złap się mnie, szybko!"
   Tylko chwilę przed tym, zanim lont się dopali, Bumbác doskoczy za skrzata i obejmie go mocno. Iskra zapali proch strzelniczy, odezwie się ogłuszający strzał. Ktoś wykrzyknie. Kula armatnia wyleci z lufy wprost na pierś skrzata, ta sekunda wydaje się być niekończąca. Wygląda na to, że kula przez swoją śmiercionośną siłę uderzy w skrzata, ale jak tylko go dotknie, zanurzy się w jego ciele, które nagle jest jak z gumy i Bumbác, i skrzat wessą się w tę kulę, i wystrzelą w niebieskie niebo. Jest to tylko chwila. Nagle bitwa znika z tymi wszystkimi okrzykami, wystrzałami i prośbami. Na dole jest cichy las. Kula tnie drogę przez powietrze i leci pod prądem czasu. Po chwili pojawi się przed nimi jakaś mglista zasłona. To jest śnieg! W czasie jednej chwili Bumbác i skrzat przeobrażeni w kuli wlecą ze świecącego lata prosto do mroźnej zimy. Kraj pod nimi zasypuje śnieg. Dzieci jeżdżą na stoku na sankach, jeżdżą na łyżwach po stawie rybnym, ale to tylko chwila i już kula wyleci z płatków śniegu, a kraj na dole zabarwi się jesienią. Na polach płoną ognie, chłopcy pieką ziemniaki i puszczają papierowe latawce. Kula armatnia zbliży się niebezpiecznie do jednego latawca, minie go tylko o włos, póki go wir powietrzny nie wprawi dziko w ruch, ale kula już leci dalej od deszczu, a potem do wiosennego słońca, aż zniknie z pola widzenia.


                                Rozdział czternasty



                                           Inny człowiek

Na małym placu wiejskim panuje południowy spokój. Jest upalne lato, powietrze gęstnieje, a ptaki są leniwe, aby latać w tym skwarze. Kula armatnia przypędzi z nieba z przenikliwym świstem i spadnie na kurz tuż obok szkoły. Kilka razy podskoczy i w ostatnim skoku rozpadnie się na dwie części. Wstanie z niej znowu skrzat i Bumbác. Obaj polecą jeszcze kawałek, w kurzu wywrócą kilka koziołków, aż wreszcie się zatrzymają. Skrzat podskoczy zwinnie na nogi.
   "To była jazda, co?" ucieszy się. "Masz harmonijkę?"
   Bumbác namaca ją, wciąż wisi mu na szyi i jest w porządku.
   "Mam!"
   "A więc trzymaj ją i nie puszczaj!"
   Skrzat odkurzy się, a z płaszcza wyciągnie swoje obtłuczone lustro, podejdzie do Bumbáca i wetknie mu je przed twarz. Bumbác patrzy w niego, a tam, niech świat się dziwi, stoi zupełnie inny człowiek!
   "Fe, co to jest? Co zrobiłeś ze mną? Kim jestem?" Bumbác się przestraszy.
   "Zanim powiem ci, kim jesteś, muszę ci wyjaśnić, co cię tutaj czeka, Leopoldzie Bumbácu," skrzat mówi powoli i doniośle. Ale Bumbác go nie słucha, wyrwie mu lustro z ręki i bezsilnie przejedzie dłonią po obcej twarzy.
   "Ja w ogóle nie wyglądam jak ja! Głos też mam inny!"
   "Zachowaj spokój, żołnierzu. Teraz tylko przez chwilę będziesz kimś innym, ale naprawdę to wciąż ty jesteś," skrzat umyślnie trajkocze w kółko to samo.
   "Jak to mogę być ja, jeśli wyglądam jak ktoś zupełnie inny?"
   Bumbác spogląda rozpaczliwie w lustro, zatrzęsie nim, jakby mogło to pomóc.
"Wróć mnie z powrotem do mnie!" wykrzyknie.
   Skrzat wyszarpnie mu lustro z ręki.
   "Dosyć! Daj to tu. Ciało, drogi Bumbácu, jest tylko skrytką, więc przestań się tak awanturować. Wy, ludzie, ceregielujecie się z waszym wyglądem," wsadzi lustro z powrotem do płaszcza i kontynuuje.
   "Teraz uważaj dobrze. Trzy dusze, które masz uwolnić i które tutaj spotkasz ze mną, odeszły ze świata żywych z twojego powodu. Zabiłeś je, zanim zdążyły wybaczyć same sobie. Nie zdążyły pogodzić się same ze sobą, rozumiesz? Dlatego teraz nie są ani martwe, ani żywe, uwięzły tutaj - pomiędzy dwoma światami."
   "A co ja mam robić?" Bumbác nie rozumie.
   "Zrobisz to, czego oni nie zdążyli. Wybaczysz im!"
   "Ja ich nie znam. Co mam im wybaczyć?"
   "Winę," mówi skrzat i mrugnie podstępnie.
   "Winę?" połknie Bumbác.
   "Znasz tę waszą grę, "winny, niewinny, nagroda, kara" i tak dalej. Na pewno ją znasz."
   "Tak?"
   "Z całą pewnością. Wy, ludzie, wymyśliliście ją sobie."
   Bumbác nie rozumie, co skrzat ma na myśli.
   "Grę?"
   Na pewno! Dziwna to jest gra. Najpierw winę sami sobie stworzycie, żebyście się ukarali..."
   Niespodziewanie da Bumbácowi po głowie.
   "...prawdopodobnie myślicie, że przez to będziecie lepsi."
   Da mu jeszcze raz po głowie.
   "Au!"
   "... i potem nie tęsknicie za niczym innym, aniżeli ta wina była wam wybaczona, aż wreszcie stwierdzicie, że wy samu musicie wybaczyć ze wszystkiego najbardziej."
   Uderzy Bumbáca jeszcze raz.
   "I tak ciągle w kółko. Nie wiem, kto was tego nauczył, ale jesteście w tym najlepsi. Z wszystkich istot żywych, które kiedykolwiek spotkałem, tylko człowiek jest zdolny ukarać się za jedno przewinienie powtórnie. Co? Patrzysz na mnie, jakbyś chyba tego nie znał."
   Bumbác jeszcze raz dostanie po głowie.
   "No, dobrze, dobrze, już dosyć,  już mnie nie wal! Ale dlaczego wyglądam jak obcy człowiek?"
   "Tym trzem duszom musi wybaczyć ktoś, kto je kocha. Zwłaszcza wtedy przebaczenie ma tę prawdziwą siłę, rozumiesz?"
   "A w takim razie kim, do wszystkich świętych, jestem?"
   "Nazywasz się Antonín Mach. Tutaj w szkole pracuje jako nauczyciel twój brat Olda. Oto on, widzisz go?"
   Skrzat i Bumbác podejdą do okna i zajrzą do środka. Rzeczywiście chudy nauczyciel Oldřich Mach pakuje tam rzeczy do plecaka. Działa trochę słabo.
   "Chodź," skrzat złapie Bumbáca za rękę i już go ciągnie do szkoły.
   "A co mam mu wybaczyć?" Bumbác zdąży jeszcze pisnąć.
   "Siedem lat temu odbił ci żonę," mówi skrzat sucho, Bumbác się zatrzyma.
   "Chyba tego nie!"
   "Od tej pory razem nie porozmawaliście."
    Skrzat popycha Bumbáca przed małą szkółkę, aż się zatrzyma przed izbą nauczyciela.
   "Mnie mój brat też odbił żonę i od tej pory z nim nie rozmawiam," mówi Bumbác powoli.
   "Ja wiem," skrzat mrugnie podstępnie i doda: "Wszyscy jesteśmy połączeni bardziej niż myślisz." Potem zastuka do drzwi izby.
   "Zaczekaj!" Bumbác zblednie. W ogóle się mu nie chce.
   "Ja tam będę z tobą, ale tylko ty mnie zobaczysz! A więc raczej nie mów do mnie, żebyś nie wyglądał jak wariat," skrzat zdąży jeszcze nadmienić i zastuka ostatni raz.
   Odezwie się cichy głos nauczyciela.
  "Proszę!"
   "Zaczekaj, ja nie mogę tam..." Bumbác chwyci skrzata za rękę.
   "Ty musisz tam, mój drogi Bumbácu," skrzat poklepie go uspokajająco po plecach. I doda:
   "Dokąd najbardziej nie chcesz, tam najbardziej spoglądasz." Potem zamruga oczkami podstępnie i otworzy drzwi.

                                       Rozdział piętnasty


                                        Pierwsze wybaczenie

Bumbác wszedł powoli do pomieszczenia, potem zaraz za nim ciekawy skrzat, którego jednakże nikt inny oprócz Bumbáca nie widzi. Nauczyciel przestanie pakować swój plecak i ze zdziwienia zdrętwieje, Bumbác też stoi jak rażony piorunem. Patrzą na siebie niemo i bezradnie.
   "Pozdrów," radzi skrzat.
   "Bywaj zdrów," szepnie Bumbác. Skrzat poradzi szepcząc:
   "Bracie..."
   "... Bracie," powtórzy Bumbác.
   Oldřich Mach wciąż nie wierzy własnym oczom.
   "Ty też bywaj zdrów, bracie. Ale niespodzianka."
   Stara się, aby brzmiał pewnie siebie i rozluźniony, ale nie udaje mu się to bardzo.
   "Dlaczego przyszedłeś?"
   Bumbác patrzy na brata z przerażeniem. Nabiera powietrza, ale potem zasyczy do skrzata.
   "Ja nie mogę."
   Skrzat przewróci źrenicami.
   "Bumbác, musisz wybaczyć swojemu bratu! I nie mów do mnie, wyglądasz jak wariat."
   "Co mówiłeś?" zapyta Olda.
   "Nic," bąknie Bumbác.
    "Co ci mogę zaproponować? Żona upiekła babkę," wycedzi z siebie brat.
   Zatrzyma się, uświadomi sobie, że jest na cienkim lodzie. Słowo "żona" widocznie zabolało Bumbáca.
   "Usiądź," Olda zaproponuje Bumbácowi krzesło.
   "Dziękuję. Ja chyba chętniej postoję. Ja naprawdę już muszę pomału iść," wymawia się Bumbác.
   "Przecież teraz przyszedłeś," zdziwi się brat.
   "Nigdzie nie idziesz i usiądź! Zrób, co musisz," mówi skrzat i poszturcha Bumbáca do stołu.
   "Zostaw mnie," sprzeciwi się Bumbác, Olda myśli, że niemniej jednak to odnosiło się do niego.
   "Jeśli chcesz, spokojnie postój," doda. Też jest mu tak jakoś smutno.
   Skrzat posadzi Bumbáca. Ruchy Bumbáca wydają się Oldzie trochę niezwykłe, ale nie komentuje tego. Patrzy na brata i czuje wielkie wzruszenie.
   "Nie mamy na to całej nocy!" napomknie skrzat.
   "Całej nocy?" powtarza Bumbác.
   "Tej właśnie nie mamy, więc weź się za to!"
   "Jeśli chcesz zostać tu przez całą noc..." Nie bardzo rozumie Olda.
   "Nie, nie!" mówi Bumbác szybko, skrzat szturchnie go w plecy.
   "Poczęstuj się babką, to wypada," szarpnie jego ręką w kierunku babki, ale Olda widzi tylko dziwny ruch Bumbáca. Teraz obaj bracia siedzą naprzeciwko siebie, patrzą na siebie i nie wiedzą, co powiedzieć. Bumbác wyciągnie rękę po kawałek babki, uśmiechnie się do Oldy, ugryzie.
   "A więc nie męcz mnie, bracie," wreszcie nie wytrzyma Olda. "Siedem lat wystarczy! Nie ma dnia, żebym nie pomyślał o tobie."
    Bumbác odpowie lodowato:
   "A więc mamy tak samo, bracie. Jak ma się..."
   Łypnie oczami na babkę. Błysk tych oczu podpowie Oldzie, kogo Bumbác ma na myśli.
   "Andulka?" dopowie.
   "Tak. Twoja żona," Bumbác zrobi kwaśną minę, chociaż wie też, że zachowuje się jak głupiec.
   "Ma się dobrze." A potem Olda odważy się, wypowie to, co już dawno potrzebował wypowiedzieć.
   "Wiem, że zawsze będziesz ją kochać, bracie. Przecież ona ciebie też, kilka razy mi to powiedziała, zawsze, gdy mnie chciała rozzłościć."
   Bumbác uśmiechnie się po raz pierwszy, Olda niespodziewanie też.
   "Są też dni, kiedy najchętniej bym ci ją zwrócił, braciszku."
   Bumbác roześmieje się jeszcze bardziej, nagle wyda mu się to wszystko absurdalne.
   "No, babka też mogłaby być lepsza, przez te lata..." napomknie między kęsami i zwróci niedojedzony kawałek z powrotem na talerz. Olda się roześmieje.
   "Stara się."
   Obaj bracia patrzą na siebie, wydaje się, że napięcie wreszcie trochę zelżało. Tyle lat się nie widzieli! Olda wyjmie harmonijkę z kieszeni i cicho powie.
   "Nie przejdzie dzień, w którym by mi ciebie nie brakowało, wierz mi! Pamiętasz tę harmonijkę? Kiedyś podarowałeś mi ją, pamiętasz?"
   Jest to ta sama harmonijka z monogramem, którą Bumbác znalazł na polu bitwy.
   "Jeśli możesz, wybacz mi, bracie. Proszę," mówi nauczyciel Olda, a w jego oczach zaświecą łzy.
   Bumbác z przestrachem biega oczami z harmonijki na Oldę, naraz przychodzi mu na myśl, że Olda jest tą duszą, którą zabił. Zblednie i stara się złapać oddech. Patrzy na skrzata, który tylko smutno wzruszy ramionami dając znak.
   "Czy coś się stało?" Olda zauważy niepokój brata. Bumbác
nie ma słów, przełyka blady jak śmierć.
   "Braciszku..."
   Bumbác wreszcie to wypowie.
   "Wybaczam ci, z całego serca ci wybaczam, że odbiłeś mi moją żonę."
   Skrzat pokiwa głową z zadowoleniem i spojrzy na Bumbáca zachęcająco. Oldzie napłyną łzy do oczu, wstanie powoli, przejdzie do Bumbáca i obejmie go. To gorące objęcie przyniesie wreszcie obojgu uspokojenie i ulgę.
   "Dziękuję ci. Nie potrafisz sobie wyobrazić, jaka wina na mnie ciążyła," mówi Olda. Skrzat się uśmiechnie, z buteleczki odsypie na dłoń trochę czarodziejskiego proszku i wyrzuci go w powietrze. Wszystko zacznie się przeobrażać. Bumbác zamknie oczy, na jego policzkach zalśnią łzy. Powoli wraca jego własna postać. W oddali zabrzmią bębny.

                                  Rozdział szesnasty


                                                  Wojna

Kiedy Bumbác znowu otworzy oczy, znów ma swoją postać i zamiast nauczyciela obejmuje skrzata, który szepcze mu do uszka: "Dobra robota." Bumbác wzdrygnie się i oderwie.
   "Patrz, już go biorą na wojnę," mówi skrzat, a Bumbác stwierdzi, że nie stoi już w izbie nauczyciela, ale na wiejskim placu. Skrzat pokazuje na kościół, gdzie właśnie dwaj piechurzy robią swoją brudną robotę. Jeden z nich bębni, drugi w spisie kontroluje nazwiska rekrutów i usadza ich na wóz. Między nimi jest też nauczyciel Olda, właśnie żegna się ze swoją żoną Andulką. Olda wspina się na wóz, siada pomiędzy innych świeżych żołnierzy. Bumbác patrzy na to z przestrachem.
   "Musimy go zatrzymać! Zrób coś! Proszę!" potrząśnie skrzatem.
   "Nic nie mogę zrobić," skrzat wzruszy ramionami.
    "Jak to, nie? Zrobiłeś ze mnie jego brata, przeniosłeś ponad czasem, musisz coś zrobić! Zatrzymaj to, nie wolno im zabrać go na wojnę! Jeśli go nie zabiorą, ja nigdy go nie zabiję. Proszę, proszę, zrób to!"
   "To niemożliwe. Bumbác, patrzysz już na to, co ścięto. Nie mam już tam żadnej władzy," wyjaśni mu skrzat. Wóz unosi wolno Oldę, jak też pozostałych mężczyzn. Piechurzy bębnią dokładnie i bez litości. Olda trzyma w ręku swoją harmonijkę, potem patrzy w kierunku Bumbáca, jakby go chyba mógł widzieć, uśmiechnie się smutno i zniknie za kościołem. W oddali odezwie się salwa wystrzałów, aż Bumbác się przestraszy.
   "Co to było?"
   "Wojna, Bumbácu, przecież dobrze ją znasz," mówi skrzat.
   "Ja wiem, ale - skąd się tutaj bierze?"
   "Chodź, musimy wyruszyć." Skrzat nie czeka na nic i udaje się w dalszą drogę. Mimo że Bumbácowi się nie chce, musi za nim iść. Odezwie się następna salwa. Przejdą zaułkiem pomiędzy domami na koniec wsi i prosto pomiędzy kłosami aż do złocistego zboża. Skrzat przedziera się przez pszenicę i wrzeszczy na Bumbáca.
   "Chodź, chodź, musimy tam być na czas."
   Otworzy magiczną buteleczkę i odsypie trochę proszku na grzbiet dłoni. Jednym tchem zażyje go do obu dziurek nosa. Następna salwa tym razem zahuczy  już o wiele bliżej. Jest oczywiste, że strzelają za horyzontem. Właśnie tam obaj nasi wędrowcy torują drogę przez zboże. Skrzat weźmie rękę Bumbáca i na jej grzbiet nasypie też trochę proszku z buteleczki.
   "Wdychaj to!"
   "Po co?"
   "Jeśli nie chcesz być martwy, daj to do nosa. I złap w dłoń tę chustę i za żadną cenę jej nie puszczaj!"
   Zabrzmi następna salwa, czerwoną chustę Bumbác ściśnie dla pewności jeszcze bardziej wokół dłoni.
   "Wojna to wojna, dzięki niej na świecie panuje porządek. Tak jakoś to powiedziałeś albo się mylę?" skrzat zrobi grymas. Bumbác zażyje proszku, aż go zaszczypie w oczy. Obaj dojdą wreszcie na krawędź pola, właśnie w tej chwili, kiedy szereg pruskich żołnierzy przyklęknie do następnego wystrzału. Lufy wszystkich broni celują prosto do nich. Bumbác się przestraszy, chwyci skrzata za rękaw, jakby to chyba mogło pomóc.
   "Bumbác, prawidłowo, trzymaj się mnie i za żadną cenę nie zamykaj oczu, jasne?"
   Ale ledwo skrzat to wypowie, Bumbác zakryje sobie oczy drugą ręką. Widok na celujących żołnierzy przestraszył go bardziej niż oczekiwał.
   "Bumbác, otwórz oczy," wrzaśnie skrzat.
   Potężny dowódca podnosi właśnie szablę do rozkazu "PAL!" Żołnierze nacisną spusty.
   "Otwórz oczy!!!" krzyczy skrzat. Bumbác, przestraszony na śmierć, otworzy oczy. W tej chwili dowódca zamacha szablą, palce na spustach zaskoczą i kulki jak rój szerszeni wylecą z luf. Jedna z nich poleci prosto na nos Bumbáca i jak tylko go dotknie, skrzat i Bumbác staną się nią, i jak piorun wystrzelą w niebo. Polecą nad krajem coraz wyżej aż do chmur. Przez chwilę pędzą przez gęstą mgłę, aż dostaną się ponad chmury. Bumbác, uwięziony w kulce, nie zdąży nadziwić się temu przepychowi. Potem znowu obaj zaczynają opadać na ziemię i powoli odróżniają pole, łąki, małą wioskę, w niej domy, mały kościółek. Świst kulki spłoszy z dachu stado gołębi. Bumbác i skrzat są u celu ich drugiego postoju.


                               Rozdział siedemnasty


                                                                      Blaženka

Przez otwarte okno kościoła kulka wleci prosto przed ołtarz, gdzie z niej znowu staną Bumbác i skrzat. Ostatni podskoczy na nogi, wyjmie z płaszczyka lustro i z rozciągniętym uśmiechem podetknie je Bumbácowi pod twarz. Tym razem Bumbác widzi w nim ładną, młodą kobietę w sukni ślubnej z bukietem. Miłym, kobiecym głosem oświadczy skonsternowany:
    "Tego już za wiele... Baba? Teraz zrobiłeś ze mnie babę?"
   Skrzat rechocze jak dziecko, nie może się powstrzymać.
   "Masz chustę?"
   "Mam!" Bumbác zirytowany pomacha chustą.
   "Dlaczego się śmiejesz?"
   "Nie wiem, jakoś mnie to rozbawiło... Po prostu jestem dobry! Udałeś się! Wyglądasz doskonale."
   Skrzat śmieje się i śmieje.
   "Dziękuję bardzo. Baba i jeszcze w tym!"
   Trochę niezgrabnie nastroszy białą suknię ślubną. Obraca się wokół jak cukrowa laleczka, stara się dowiedzieć, jak ma się naprawdę w tym poruszać, przydepnie sobie tren, straci równowagę i klapnie na ziemię. Skrzat się śmieje, aż zrywa boki ze śmiechu.
   "Nie śmiej się!" Bumbác go ofuknie. "Nie da się w tym chodzić."
   "Cicho, cicho, żebyś nas nie wydał," skrzat dusi się od śmiechu. Kiedy się wreszcie trochę uspokoi, kontynuuje:
   "Tym razem nazywasz się Blažena Tláskalov
á."
   "
Blažena Tláskalová? To jeszcze! Dlaczego Blažena?" zajęczy Bumbác dziewczęcym głosem.
   "Tam oto, widzisz?" Skrzat wskaże zakrystię. Przez uchylone drzwi Bumbác widzi taką samą pannę młodą, jaką jest właśnie on sam. Panna młoda siedzi na krzesełku i płacze, aż jej gile lecą z nosa. Wygląda jak zawalona kupa bitej śmietany.
   "Widzisz, dzisiaj miałaś wesele," szepcze skrzat Bumbácowi do uszka.
   "Nie mam już?"
   "Nie." Skrzat weźmie Bumbáca za rękę i prowadzi go do drzwi kościoła, uchyli je, obaj ostrożnie wyjrzą na zewnątrz.
   "Pan młody jest zazdrośnikiem," wyjaśnia skrzat, "uwierzył w oszczerstwo, a ślub odwołał w ostatniej chwili. Widzisz go? Oto on, ma na imię Venca."
   Pokaże Bumbácowi przez szparę w drzwiach krzepkiego mężczyznę w czarnym garniturze ślubnym - Vencę. Stoi on przed długim, nakrytym stołem, otoczony przez gości weselnych, obrażony i niezachwiany. Jego matka jest załamana, ojciec się złości. Teściowa i teść tak samo.
   "Venco, nie wygłupiaj się!" matka załamuje ręce.
   "Przecież nie zrobiłbyś tego tej dziewczynie," przyłącza się ojciec.
   "Biegnij za nią!" radzi teść.
   "Nie bądź głupiec," uzupełni teściowa. Rozmyślają jeden przez drugiego. Skrzat i Bumbác obserwują to z kościoła.
   "Widzisz tam oto tego łysego mężczyznę? Tego, który właśnie pije?" pokazuje skrzat.
   Trochę z boku stoi ponury mężczyzna. Pociąga mocno z małej piersiówki.
   "To jest Broněk. On wmówił twojemu Vencowi, że zdradziłaś go z Lojzą."
   "Kim jest Lojza?" Bumbác nie rozumie.
   "To nie jest istotne. Jest to rzeźnik z sąsiedniej wsi."
   "Rzeźnik? Zdradziłem Vencę...  zdradziłam... z rzeźnikiem?"
   "Aleś nie zdradziła! Przecież ci mówię, że jest to oszczerstwo!"
   "A więc co się wygłupia ten Venca?"
   "Wiesz, miłość..." skrzat wzruszy ramionami i
zrobi minę bardzo aluzyjną.
   "Nie kończąca się praca," Bumbác westchnie.
   "Kiedy wy, ludzie, chcecie posiadać też, czego posiadać nie można. Odwołał ślub, zazdrośnik, a potem będzie sobie do śmierci zarzucać, że cię skrzywdził... Zatem skrzywdził swoją ukochaną Blaženkę, rozumiesz mnie?" Skrzat wskaże zakrystię.
   "Rozumiem."
   "Bumbác, Venca jest następną duszą, którą przyszedłeś uwolnić."
   Bumbác westchnie. "Co mam zrobić?"
   "Iść za nim i załatwić, aby się z tobą ożenił. Zatem z tą
Blaženą."
   "Ja? Przecież jestem facetem! Mimo że tak wyglądam,"
Bumbác patrzy na białą górę materiału, którą ma na sobie.
   "Może tak będzie lepiej. Czego nie podołała biedaczka Blaženka, zapewne ty dasz radę. Wyperswadować temu osłowi jego zazdrość. Powodzenia."
   "A kiedy nie dam rady? Kiedy mnie... jej nie weźmie?"
   "Potem jego dusza uniesie jego winę dalej i zostanie uwięziona pomiędzy światami. I ty z nią," skrzat wzruszy ramionami.
   "Nic lżejszego tam nie masz?"
   Skrzat klepnie Bumbáca po dziewczęcych plecach.
   "Stale byś marudził! Jesteś jak baba! Biegnij."
   Wypchnie Bumbáca za drzwi kościoła.
   Goście weselni zauważą, że panna młoda wyszła na zewnątrz, wszyscy stopniowo ucichną. Obrażony Venca źle patrzy na nią. Bumbác podkasa suknię ślubną i zdecydowanym, wojskowym krokiem idzie szybko prosto do niego. Kilku gości weselnych coś do siebie szepnie, wszyscy są napięci, co się będzie dalej działo. Skrzat drepcze obok Bumbáca, który jedyny może go widzieć.
   "Idź do niego ostrożnie, to jest wielki raptus," radzi skrzat doniośle.
   "Ja też jestem... Nie bój się, tym się nie może pochwalić."
   "Nie spal początku. I nie maszeruj! Idziesz jak żołnierz, jesteś panna młoda, trochę się wyprostuj... Wypnij piersi... bardziej harmonijny chód jest potrzebny! Bardziej harmonijny!"
   "Cicho... Nie denerwuj mnie."
   Obaj zbliżają się do zdumionych gości weselnych. Venca spogląda lodowatym wzrokiem.
   "Jak ma na imię?" zasyczy Bumbác.
   "Kto?"
   "Ten mój pan młody."
   "Venca. Vendelín. Raczej mów mu Venca. Albo
Venoušku? Hm, to już jest chyba dużo."
   "Milcz już... I nie, że znowu mnie będziesz szturchać!"
   "Ja chcę ci pomóc. Poczekaj! Obróć się!"
   Skrzat zatrzyma
Bumbáca i obróci go tyłem do gości weselnych. Wyciągnie skądś czerwoną szminkę i pomaluje mu pomimo jego protestów usta.
   "Zostaw to... Co robisz?" wścieka się Bumbác.
   "Tylko trochę... Abyś się podobał."
   "Już dość!"
   "A więc. Teraz jesteś zupełnie zniewalająca. Ja też bym się zakochał!" wytrzeszczy oczy skrzat. Bumbác się obróci i z trochę przesadnie namalowanymi ustami przymaszeruje wreszcie przed Vencę. On patrzy na swoją pannę młodą, coś mu w niej nie pasuje, ale zupełnie nie wie dokładnie, co. Goście weselni wokół nawet nie pisną. Skrzat przerwie pauzę, przypuszcza, że Bumbác zapomniał...
   "Venca..."
   "Wiem!" syczy Bumbác, wytrze ręką bezsensownie pomalowane usta i zacznie:
   "Venco... Popatrz... Jesteś mężczyzną. A ja jestem... kobietą." Bumbác obejrzy siebie, poprawi się.
   "Dziewczyną. Piękną dziewczyną, muszę powiedzieć..."
   "Tak," bąknie Venca, nie wie za bardzo, jak obejść się z tą dziwną sytuacją.
   "Faceci będą się wokół mnie kręcić, ci, którzy będą żyć, więc przyzwyczajaj się do tego," kontynuuje Bumbác.
   "Nie drażnij go niepotrzebnie," szepcze skrzat.
   "Cisza!" powstrzyma go Bumbác, ale Venca myśli, że to odnosiło się do niego.
   "Ja nic nie mówię," powie płochliwie, Bumbác nie bierze tego pod uwagę, dalej obstaje przy swoim.
   "Jesteś też przystojniak, a kobiety na ciebie polecą, chociaż będą zamężne, to wiadomo. Jesteś moim mężem... A więc, miałeś być i wciąż mam nadzieję, że będziesz..."
   "Jesteście razem siedem lat," skrzat dalej radzi, ale Bumbácowi na tym nie zależy.
   "Nie musisz mi o tym mówić..." kontynuuje, ale przypomni sobie w środku zdania, że nikt skrzata nie widzi, a więc mówi dalej do Vency, jak gdyby nigdy nic. "Nie musisz mi mówić, że mnie kochasz, ja to oczywiście wiem... Jesteśmy razem siedem lat. Przez ten czas poznaliśmy, jak jest dobrze, jak jest źle i wiem, że jesteś dobrym człowiekiem..."
   Skrzat szepnie do Bumbáca.
   "Jutro wstępuje do wojska."
   "Dlaczego nie powiedziałeś mi tego wcześniej?" Bumbác zwróci się do skrzata niepostrzeżenie, jednakże Venca myśli, że to znowu odnosiło się do niego. Wszyscy dookoła mogą sobie ukręcić głowy, kiedy śledzą tę dziwną rozmowę.
   "A co miałem ci wcześniej powiedzieć?" zapyta Venca, skrzat mówi dalej do Bumbáca.
   "Teraz ci to mówię. Jutro wstępuje." Bumbác postawi oczy w słup, potem odwróci się z powrotem do Vency.
   "Dlaczego wcześniej mi nie powiedziałeś, że... Że... że nie chcesz mnie poślubić? Dlaczego jesteś takim tchórzem, że mówisz mi to dopiero w dzień naszego ślubu?"
   "Tchórzem?" bąknie Venca, Bumbác wpadł w zapał.
   "Tak, tchórzem! I w dodatku głupcem, jeśli wierzysz w to, co ci ktoś o mnie naopowiada, jak może ten tam oto..."
   Wskaże
Brońka, który chowa się niedaleko.
   "Jak ma na imię?" zapyta skrzata.
   "Broněk
."
   "Tam oto jest miły pan Broněk, który się chowa jak mały chłopiec, dlatego, że wie, że to były jego słowa, którymi popsuł nam wszystkim dzisiejszy piękny, uroczysty dzień. Dlaczego mnie oczernił, tego nie wiem, chyba kocha mnie potajemnie, zdecydowanie jest to żmija i zasłużył on na to, żeby mu porządnie wrzepić w ten jego gruby, leniwy tyłek... A wrzepić ty mu miałbyś, za ten jego zjadliwy język."
   Już matce opadnie też broda i kilku innym gościom weselnym także. Broněk zabierze z krzesła kapelusz i niepostrzeżenie odchodzi. Ulatnia się jak kamfora. Bumbác powoli kończy swoją mowę.
   "Drogi Venco, nigdy nie będę mogła udowodnić, jak bardzo cię kocham. Nawet swojej wierności. Należy to do miłości i z tym my, mężczyźni..." pokaże na siebie i Vencę, ale potem sobie uświadomi, że jest kobietą.
   "... wy, mężczyźni i my, kobiety, musimy się pogodzić. I czy mnie poślubisz, czy nie. Ale kiedy mnie nie poślubisz, tutaj i dzisiaj, do śmierci będziesz sobie zarzucać, że zamiast swojej ukochanej wybrałeś strach. Strach przed tym, że cię nie kocham wystarczająco. Ale ja cię kocham wystarczająco, drogi Venco. Jesteś miłością mojego życia i albo tę miłość weźmiesz tutaj, albo pozwolisz jej odejść."
   Przez chwilę panuje drętwa cisza, potem jakaś gruba ciocia zaklaszcze ze wzruszenia.
   "To wszystko, co chciałam ci powiedzieć. I też to, że wybaczam ci twoją głupią zazdrość, ty kapuściana głowo jedna."
   Bumbác majtnie bukietem ślubnym w Vencę, on go ledwo złapie, aż przy tym stęknie.
   "A więc jeśli się rozmyślisz, będę czekać tam oto."  Pokaże kościół.
   "Pozbieram się tam jeszcze troszkę, jakoś się chyba przypudruję... albo coś..."
   Skrzat pokiwa głową z pochwałą. To dokładnie jest to, co robią panny młode, kiedy przygotowują się do powiedzenia "tak."
   "Czołem."
   Bumbác odwróci się i wojskowym krokiem ruszy do kościoła, skrzat drepcze za nim.
   "Dziewczyny dużo nie mówią 'czołem', ale poza tym prowadziłeś wspaniale!" pochwali go skrzat.
   "Szszszsz..." ucisza go Bumbác. Osłupiały Venca i wszyscy goście weselni śledzą pannę młodą, jak się od nich oddala, przy tym syczy, dziwnie drga, jakby rozmawiała sama ze sobą, póki za nią nie zatrzasną się drzwi kościoła. Jeden z wieśniaków nie daruje sobie półgłośnego komentarza:
   "Ona to ma jaja."
   Pan młody stoi jak rażony piorunem i wszyscy są naraz znowu mądrzy, zaczynają mówić jeden przez drugiego:
   "Idź za nią."
   "Venoušku, a więc słyszałeś..."
   "Pięknie powiedziała!"
   "Venco, nie wygłupiaj się..."
   A Venca tylko stoi i patrzy. Bumbác i skrzat zamknęli drzwi kościoła i wbiegają po schodach do chóru. Bumbác potyka się, tak jak nie umie chodzić, tym bardziej biegać w sukni ślubnej.
   "Szybko..." pogania go skrzat. W czasie pędu Bumbácowi znowu się zmieni postać i suknia. Na chór wbiegnie już jako on sam - dzielny żołnierz w kalesonach. Skwituje to z wdzięcznością. Obaj przykulą się na poręczy i czekają.
   W kościele panuje cisza, tylko kurz unosi się pomiędzy świętymi. Potem z zakrystii powoli wyjdzie zapłakana panna młoda. Przed ołtarzem wytrze jeszcze zaczerwienione oczy, smarknie i zatrzyma spojrzenie na witrażach nad sobą. Z pokorą i wzruszającą żarliwością poprosi cicho:
   "Boże, pozwól, aby ten mój Venca zmądrzał..."
   Skrzat i Bumbác w napięciu prawie nie oddychają. Klamka przy drzwiach do kościoła szczęknie w ciszy, aż Blaženka zadrży. W drzwiach stoi Venca, z daleka nie jest już tak pewny siebie i nieokrzesany, przychodzi potulny jak baranek. Skrzat zaklaszcze w piąstki, cieszy się jak mały chłopiec.
Blaženka uśmiechnie do Vency nieśmiało,  próbuje czytać w jego oczach. Venca obejmie ją z miłością.   
   "Wybacz mi, Blaženko."
  
Blažence napłyną łzy do oczu. Venca też jest wzruszony.
   "Wyjdziesz za mnie?" szepnie.
   "Przecież wiesz, że tak, Venoušku," Blaženka rozbłyśnie ze szczęścia. Skrzatowi na chórze też zbiera się na płacz, nawet się z tym nie kryje. Szepnie do Bumbáca:
   "Gratulacje z okazji wesela." Bumbác uśmiechnie się ze szczęścia.



Pod kolorowymi lampionami tańczy się, pije i biesiaduje. Venca i Blaženka tańczą solo, wszyscy klaszczą, tupią do rytmu, obejmują się. Bumbác i skrzat obserwują wszystko z boku i uśmiechają się z zadowoleniem.
   "Są tak szczęśliwi. To szczęście oglądać szczęście. Chyba dlatego wy, ludzie, stale chcecie być szczęśliwi," rozmyśla skrzat. Bumbác zapyta:
   "Wyjaśnij mi jedną rzecz... Jeśli są tak szczęśliwi, dlaczego jutro musi odprowadzić Vencę na wojnę?"
   "Dlatego że to wszystko, co widzisz, zrobiłeś ty, drogi Bumbácu. Tutaj pomiędzy światami dusza może znaleźć spokój... Dusza Vency, jak widzisz, znalazła spokój. Dzięki tobie."
   Venca uśmiecha się promieniująco i z miłością do pięknej

Blaženki, ona pocałuje go czule.
   "Ale nic z tego w rzeczywistości się nie stało."
   "Jak to nie?" zdziwi się
Bumbác.
   Skrzat wzruszy ramionami, odsypie w dłoń trochę czarodziejskiego proszku i dmuchnie go na wesołych gości weselnych, zaczną oni znikać jeden za drugim. Znika też jedzenie, obrusy i lampiony, póki nie pozostaną tu tylko gołe stoły przed opuszczonym kościołem. Ostatnia zniknie też piękna Blaženka i Venca osamotnieje z butelką gorzałki. Jest ciemno, tylko księżyc patrzy smutno na opuszczonego, płaczącego pana młodego. Skrzat nachyli się do Bumbáca.
   "Venca nie pokonał swojej pychy, nie poślubił Blaženki i nie wrócił już z wojny, dlatego że go zabiłeś. Jego ciała już nie uratujesz... Ale mogłeś uwolnić jego duszę i to udowodniłeś."
   Skrzat zamknie swoją czarodziejską buteleczkę i wszystko powróci do olśniewającego wesela. Venca znów tańczy z
Blaženką, lampiony świecą i gra muzyka. Skrzat uśmiechnie się do Bumbáca.
   "Ciało jest tylko powłoką, którą wszyscy musimy zwrócić. Byłem też kangurem, oprócz pandy, a więc wiem, o czym mówię." I roześmieje się zaraźliwym śmiechem.
   "Kan... Co?"
   "Wszystko jedno," poklepie Bumbáca po plecach, a Venca z Blaženką dalej tańczą zakochani tej czarodziejskiej nocy. Patrzenie na nich sprawia radość.
  



                                 


                                       Rozdział osiemnasty



                            Wybaczenie po raz drugi


Nastąpiła noc i świeżo upieczeni nowożeńcy, pijani miłością, szykują się do spania. Venca niesie właśnie Blaženkę przez próg do swojego domu. Panna młoda śmieje się wdzięcznie, pan młody o mało nie stuknie głową o futrynę, Blaženka zapiszczy ze szczęścia. Bumbác i skrzat leżą na miedzy pod gwiazdami i cicho obserwują tę szczęśliwą parę.
   "Cieszę się, że jeszcze teraz nie zostawiłeś mnie w jej ciele," rzuci Bumbác, skrzat mrugnie do niego łobuzersko:
    "Ale byś skorzystał z tego..."
    Bumbác roześmieje się i niedowierzająco pokręci głową.
   "Coś ty za zjawa!"
   "Śmierć, chłopcze. To nie jest święte nic."
   W chacie Vency zgaśnie światło i nagle czas przyspieszy, jakby był z gumy, po niebie przelecą gwiazdy, też z księżycem, i ledwo Bumbác zdąży się temu nadziwić, już na wschodzie przejaśnia się nowy dzień. Kogut zapieje krzykliwie i do tego jak smutne bicie serca wmieszają się bębny piechurów. Doniośle maszerują drogą pomiędzy domami, aż do domu Vency. Już od karczmy obserwuje ich potajemnie dwóch małych chłopców, którzy ukrywają się za płotami i kurnikami, proce w jednym ręku, kamienie w drugiej. Skrzat pokazuje w kierunku domu Vency. Z plecakiem, Venca wychodzi właśnie na zewnątrz, na szyi ma czerwoną chustę z wyszywanym serduszkiem, tę, którą Bumbác ma obwiązaną wokół dłoni. Venca pogłaszcze chustę smutno, Bumbác przykryje oczy ręką. Skrzat znowu ją przesunie w dół.
   "Tylko patrz... Po to tu jesteśmy..."
   Piechurzy zbliżają się bezustannie, chłopcy z procami znaleźli już dobre miejsce do strzelania. Starszy z nich umieści kamień, naciągnie gumę i wyceluje. Skrzat szepnie do Bumbáca:
   "Teraz weź do ręki kartę, mocno ją trzymaj i nie puszczaj, póki się nie obudzisz na szczycie góry! Ta karta cię stąd wydostanie. Słyszałeś mnie?"
   Bumbác przytaknie, sięgnie do kieszeni, popatrzy na króla kier i ściśnie go w dłoni, aż się sztywny papier pogniecie. Chłopiec starannie celuje w czapkę piechura i zbiera się na odwagę do wystrzału. Pałeczki opadają na skórę bębna. Venca stoi i czeka, aby go odprowadzili. Chłopiec zamknie oczy i wreszcie wystrzeli. Kamień ominie tuż tuż głowy piechurów i leci dalej - prosto na Bumbáca! Skrzat dmuchnie w dłoń i chmura jego czarodziejskiego proszku rozejdzie się przeciwko zbliżającemu się kamieniu. Bumbác wytrzeszczy oczy, kiedy kamień trafi go prosto w czoło. W tej chwili skrzat, jak też Bumbác staną się nim i prędko wylecą nad krajem. Znowu jakby czas nie istniał. Palące słońce spadnie za horyzont i zamiast niego usiądzie na widnokręgu w ciągu kilku sekund blady księżyc. Kamień jak strzała minie góry, jeziora i doliny, i przypędzi do małej wsi prosto przed karczmę. Przez chwilę leży w kurzu, potem odezwie się przytłumione stęknięcie.
   "No..."  

Kamień podskoczy i zabrzmią dalsze dziwne dźwięki, kiedy skrzat próbuje wydostać się z niego na zewnątrz, ale nie daje rady. Kamień machnie sobą jeszcze kilka razy, póki wreszcie z niego nie wypadnie Bumbác ze skrzatem.
   "Uf..." skrzat odkurzy się. "Kamień to jest inny materiał," napomknie i wyjmie lustro, które podtrzyma znowu Bumbácowi przed twarzą.
    "Co się stało? Coś się popsuło?" zapyta zdumiony Bumbác. W lustrze widzi mianowicie samego siebie, tylko ma inne ubranie.
    "Nie, wszystko w porządku..."
   Bumbác rozejrzy się wokół siebie.
   "To tutaj znam, jesteśmy u nas na wsi!"
   "Chodź, nie wolno nam marnować czasu," skrzat go popędzi, weźmie za rękę i posypie ich głowy czarodziejskim proszkiem. Obaj znikną i pojawią się w karczmie, w małej zadymionej izbie nad lokalem. Panuje tu lodowata cisza, tylko talie kart szeleszczą w dłoniach. Dookoła stołu siedzi czterech skupionych mężczyzn i jednym z nich jest też Bumbác.
   "Dlaczego to tam pokazujesz, znam to dobrze, ja nie potrzebuję tego widzieć," szepcze Bumbác do skrzata, kiedy widzi samego siebie spoconego za stołem.
   "Możesz spokojnie mówić głośno, nie słyszy nas, ani nie widzi... Naprawdę to znasz? Tylko patrz."
   Oprócz Bumbáca przy stole siedzi jeszcze jego przyjaciel, sympatyczny, krzepki facet - ma na imię Otmar, a dwóch następnych graczy - Ivan i Saša. Saša jest to gruby sklepikarz z Hoslovic, a Ivan miejscowy grabarz. Wszyscy obserwują grę z natężoną uwagą, w banku jest duży pakunek. Wychodzi Ivan, potem Bumbác, wreszcie Saša. Ostatni wygrywa i zagarnie kupkę banknotów.  Bumbác i Otmar przegrali właśnie dosyć pieniędzy, Saša
drży z radości.
   "Nie chcę na to patrzeć... Tę noc chcę zapomnieć. Nie męcz mnie," poprosi
Bumbác
oparty o mur.
   "Tym razem możesz rzeczy widzieć z innego punktu widzenia. Chodź..." skrzat weźmie go za rękę i podejdzie z nim za grabarza Ivana.
   "Popatrz pod stół."
   Bumbác
schyli się i odkryje, że Ivan ma od spodu przylepione na blat cztery karty.
   "Ta żmija..." zasyczy
Bumbác,
Saša podniesie się.
   "Panowie. Był to przyjemny, powiedziałbym nawet płodny wieczór, ale myślę, że jest czas iść do łóżka."
   "Chwileczkę, chwileczkę..." zatrzyma go Ivan. "Powiedziało się, ostatnie trzy gry,
Sašo... Ta była druga."
   "Jest późno. Zostawmy to do jutra."
  
Bumbác, zdenerwowany cały, uderzy w stół.
   "Trzy gry, potem jest po wszystkim."
   "Sašo... Usiądź," Ivan patrzy surowo na
Sašę, on się przez chwilę waha, ale potem usiądzie.
   "Dobrze... Ale aby gra była warta świeczki, każdy z nas gra o wszystko. Albo o wszystko, albo o nic. Jesteście za?"
  Przez chwilę wszyscy się namyślają. Pot im błyszczy na skroniach.
   "Dobrze,"
Bumbác pierwszy się zgodzi i cały wzruszony przesunie swoją małą kupkę pieniędzy, która mu jeszcze została, na środek stołu. Jego przyjaciel Otmar i Saša się przyłączają. Ivan ostatni przesunie swoje pieniądze do wielkiej sterty pośrodku.
Saša weźmie paczkę, poda ją Otmarowi.
   "Rozdaj."
   Przy murze za Ivanem
Bumbác zasyczy do ucha skrzata:
   "Nie chcę tego widzieć, chodźmy stąd."
   "Przed niczym, co tutaj spotkasz, nie wolno ci zamykać oczu... Pamiętasz?"
   "Nie chcę zamykać oczu, chcę iść." I uda się do drzwi, ale skrzat złapie go za rękaw.
   "Nigdzie..." mrugnie do Bumbáca i podstępnie się uśmiechnie. "Teraz, kiedy chodzi o wszystko."
   A gra już biegnie. Bumbác przy stole ze zdenerwowania prawie nie oddycha. Ale swoim kartom ufa. Nie są złe, tylko że też przyzwoicie Saša rozpoczął grę. Skupia się, aż zęby zgrzytają, Otmar dłonią obciera pot. Kart na stole przybywa. Napięcie jest nie do zniesienia. Bumbác przy murze obserwuje Ivana i widzi, jak niepostrzeżenie odlepił spod stołu króla kier, zanim ktokolwiek to zauważył. W tej chwili jest już jasne, że Ivan będzie zwycięzcą. Triumfalnie wyłoży karty. Bumbác przy murze przecedzi tylko przez zęby:
   "Świnia."
   Jest koniec. Saša, Bumbác i jego przyjaciel Otmar wszystko stracili. Ivan uśmiecha się bezczelnie,
Saša wściekle uderza w stół, zakwili jak ranny głuszec. Ivan mówi z przewagą:
   "To był twój pomysł zagrać o wszystko."
  
Saša walnie jeszcze raz, aż kubki z kawą podskoczą i odurzony wściekłością wyplącze się z izby. Ivan z zadowoleniem ładuje banknoty do torby.
   "Panowie, bardzo było mi miło. Napijcie się za mnie na dole kieliszeczek." Rzuci na stół kilka monet.
   "Następnym razem będzie mi znowu miło!"
   I pozostawi
Bumbáca i jego przyjaciół siedzących jak zmokłe myszy, zgubionych w dymie i smutku. Bumbác wtuli głowę w dłoń, przyjaciel stara się dodać mu otuchy, obejmie go.
   "Następnym razem będziemy mieć więcej szczęścia."
   "Wszystko zniknęło... Wszystko," szepnie Bumbác.
   "Zarobisz znowu. Pojutrze jest odpust, sprzedasz kilka garnuszków i zanim wstąpię do wojska, wygrasz wszystko z powrotem," przyjaciel spróbuje go jeszcze pocieszyć, ale na darmo, Bumbác nawet się nie poruszy. Przyjaciel zaczyna smutno pakować swoje karty i układać je w pudełeczku.
   "Zrobiłbyś coś dla mnie?" Bumbác piśnie załamanym głosem.
   "Nie mogę ci już pożyczyć, Bumbác. Sam potrzebuję."
   "Dałbyś mi ze swojej paczki jedną kartę?"
   Bumbác weźmie ze stołu króla kier, tego, dzięki któremu tak perfidnie ograł wszystkich grabarz Ivan.
   "Weź sobie, którą chcesz... A dlaczego?"
   "Abym pamiętał na zawsze, jaki byłem głupiec. I żebym nigdy już nie grał w karty. I też, że będę miał na wojnie coś od ciebie, mój przyjacielu."
   Skrzat i Bumbác przy murze obserwują to cicho, Bumbác patrzy na króla kier w swojej dłoni.
   "Gdzie tylko jest jego koniec...?" szepcze Bumbác, patrząc na swojego przyjaciela.
   "Tego też się dowiesz," mówi skrzat.
   Otmar również wyjmie z paczki jedną kartę.
   "Masz rację, też sobie jedną wezmę."
   Wszystkie pozostałe rozderze i wyrzuci w powietrze. Kawałki kart opadają na ziemię jak kolorowy śnieg.
   "Wystarczy, idziemy," mówi naraz skrzat i rozdmucha na dłoni swój czarodziejski proszek. Izba zniknie, a oni pojawią się na dole w lokalu. Zmęczony oberżysta kładzie już krzesło na stół i ze wzgardą przygląda się pijanemu w sztok Bumbácowi, który obficie zapił swój smutek i teraz drzemie.
   "A więc, Leopoldzie, masz przed sobą ostatnie zadanie," szepnie skrzat Bumbácowi.
   "Teraz pójdziesz do pokoju numer dziewięć tu na górze i tam wybaczysz zdrajcy, który cię zdradził i okradł, dlatego że jak widzisz, miałeś wtedy inne zmartwienia."
   Pijany Bumbác przy stole zamruczy coś do blatu stołu i chrapie dalej. Skrzat wskaże schody, które prowadzą do pokojów gościnnych.
   "Pokój numer dziewięć."

                   Rozdział dziewiętnasty


                         Próba najcięższa

Bumbác zapuka do drzwi pokoju numer dziewięć. Nikt się nie odzywa. Bierze za klamkę i zadziwiająco, ale jest otwarte. W przedpokoju panuje ciemność, ale obok w izbie świeci światło i też ktoś tam mówi. Idzie dalej za dźwiękiem tych głosów, skrzat za nim. Nareszcie rozpoznaje też słowa. To niemożliwe! Szeptem sprzecza się tam grabarz Ivan z jego przyjacielem Otmarem! Ivan właśnie mówi:
   "Jaka była umowa, twój wkład i połowa z zysku."
   "Powiedziało się połowa i do tego koszty!" zatrzyma go Otmar.
   "Jakie miałeś koszty?"
   "Na dole wlałem mu butelkę żytniówki, aby go trochę postawiło na nogi."
   "To jest od razu współczucie."
   "To są koszty. Powiedziało się połówka wygranej i koszty."
   Bumbác za uchylonymi drzwiami nie wierzy własnym uszom.
   "To niemożliwe," wyszepnie w przygnębieniu. Wyjdzie z izby z powrotem na korytarz.
   "To niemożliwe," powtarza jak we śnie. Skrzat uściśnie jego ramię.
   "Teraz już wiesz, jakiemu zdrajcy masz wybaczyć. Zrób, co trzeba."
   Bumbác patrzy niedowierzająco w przenikliwe oczy skrzata. W jego rysach na chwilę zobaczy trupio bladą twarz Otmara. Odezwie się przerażająco głęboki głos:
   "Ty jedyny możesz nam pomóc! Jesteśmy z tobą złączeni."
   Do Bumbáca przychodzą te straszne powiązania. Z przestrachem patrzy na skrzata, przygląda się karcie od przyjaciela, którą wciąż miętosi w ręku. Potem się odwróci, zbiegnie po schodach, potem na zewnątrz z gospody. Skrzat biegnie za nim.
   "Chcesz mi wmówić, że tą trzecią duszą, której mam tutaj wybaczyć, jest mój najlepszy przyjaciel? I na dodatek, że mnie okradł? To chcesz mi wmówić?" krzyczy na skrzata.
   "Bumbác, przykro mi."
   Bumbác nie może złapać tchu.
   "Nonsens! To wszystko jest nonsens! Wszystko tylko mi się wydaje! To zły sen, a ty mnie tylko dziwnie wypróbowujesz! Wydaje mi się! To wszystko tylko mi się wydaje, a ja się za chwilę obudzę!"
   Uszczypnie się w dłoń, w policzek, trzepnie raz, dwa po twarzy.
   "Póki nie uwolnisz ostatniej duszy, Bumbác, już się nigdy nie obudzisz. Świt się zbliża, musisz zrobić, co ci mówię," skrzat mówi powoli.
   "Nie! Już nic z tego nie zrobię, co mi mówisz! Jesteś tylko złudzeniem! Narwańcem! Nie ma cię i nigdy nie było! Jakaś stukilowa, mała panda!"
   Zirytowany i bezradny Bumbác oddala coraz więcej od gospody. Już też skrzat traci  spokój.
   "Bumbác, stój! Musisz mi wierzyć!"
   "Jak ja bym mógł zabić własnego przyjaciela. Cha!"
   "Na świecie dzieje się tyle rzeczy, o których nie masz nawet pojęcia!" woła go skrzat. Bumbác się zatrzyma, obróci szybko.
   "A więc mi to pokaż, kiedy jesteś tak wszechwładny. Pokaż mi, jak to się stało!"
   Skrzat otworzy buteleczkę i nabierze z niej odrobinę czarodziejskiego proszku.
   "A więc patrz."
   Trzaśnie, proszek rozpryśnie się w powietrzu i obaj znikną.
   Księżyc w pełni na niebie urzekająco srebrzy noc. Bumbác i skrzat pojawili się wprost na bolu bitwy w obozie pruskich żołnierzy. Namiot dowódcy zarysowuje się na tle nocnego nieba, świeci się, poza tym obóz śpi. Generał jest trochę pijanym i zmęczonym mężczyzną, stoi nad planem bitwy i koncentruje się. Ponuro sprawdza małe żołnierzyki, koniki i rozlokowuje po dwóch stronach pola bitwy. Przyjaciel Bumbáca, Otmar stoi właśnie przed nim na baczność i czeka na instrukcję. Przy ścianie namiotu, niepostrzeżeni, cicho jak duchy pojawią się Bumbác i skrzat.
   "Żołnierzu..." zagrzmi generał. "Mamy wiadomości, że wróg dostał dzisiaj świeżą przesyłkę amunicji, a my potrzebujemy ustalić, gdzie ja umieścili w obozie, dlatego że my na tę amunicję otworzymy ogień wcześnie rano, czym zaskoczymy, panika, ogień. Bum! Bęc!" Generał zburzy swoją mięsistą dłonią małe żołnierzyki.
   "I otóż, nasza korzyść. Rozumiemy się?"
   Otmar trzaśnie obcasami i zabrzmi:
   "Tak, panie generale!"
   "Gdzie mają kantynę i latryny, już to wiemy, ale to nam nie pomoże," generał pokaże małe pudełeczka, które wyobrażają kantynę i latryny.
   "Tutaj masz austriacki mundur." Rzuci mu brudny mundur wroga z małą dziurką na piersi. Otmar przeciśnie przez nią palec.
   "Tę dziurę zamaskuj pasem albo zamaż to jakoś błotem, nie mamy lepszego."
   "Pewnie, proszę pana!"
   "Zakradniesz się do obozu wroga i naniesiesz pozycję. Przede wszystkim znajdź tę amunicję. Czy to jasne? Kiedy to opanujesz, zaoszczędzisz naszej armii mnóstwo kuli armatnich."
   "Tak, proszę pana!"
   Generał zmierzy Otmara po pijanemu i jeszcze doda:
   "Jeśli nie wrócisz do rana, zaatakujemy jak zawsze."
   Skrzat rozwieje czarodziejski proszek i wszystko się zmieni. Znajdą się wprost na polu bitwy, na którym teraz w nocy panuje spokój, pokój i rozochocenie ćwierka. Skrzat pokaże czołgającego się Otmara. W austriackim mundurze, trochę za małym dla niego, właśnie dopełzał do obozu wroga. Ukrywa się za krzakiem dzikiej róży, wyjmie mały notesik i nanosi pozycję wroga. U Austriaków palą się ognie, żołnierze piją i ściszenie się bawią. Otmar mruży oczy w ciemności i nareszcie zobaczy, to co szuka - dziesiątki skrzyń naładowanych amunicją. Zanotuje to, wsunie notes z powrotem do płaszcza i już, już chce się udać w drogę powrotną, ale naraz jeden z austriackich żołnierzy podniesie się i uda się chwiejnie wprost do Otmara. Prawdopodobnie będzie sikać. Otmar się skuli. Bumbác i skrzat, którzy to obserwują niedaleko, też. Austriak dojdzie aż do krzaku dzikej róży, a z powodu ciemności potknie się prosto o Otmara. Przestraszy się, wykrzyknie, odskoczy, wyciągnie rękę po Otmara, capnie go i postawi. Uspokoi się, dlatego że według munduru widzi, że jest ich.
   "Co tutaj robisz? Aleś mnie wystraszył, człowieku!"
   Otmar namyśli się, co szybko powiedzieć, a wreszcie z siebie wyrzuci:
   "Trochę wypiłem za dużo."
   Austriak przyjrzy mu się badawczo.
   "Chodź do ognia."
   Przy ogniu siedzią jeszcze następni trzej żołnierze.
   "Z którego jesteś pułku?" zapyta Austriak i poda Otmarowi butelkę z gorzałką.
   "Przyjechałem wczoraj... z amunicją," zmyśli Otmar.
   "A więc to jesteś ty? Hura!" zawoła żołnierz i poklepie Otmara po plecach.
   "Napij się," proponuje mu gorzałkę. Otmar najchętniej by zniknął, wymawia się:
   "Ja już mam dosyć, dziękuję. Pójdę się położyć."
   "Nawet przypadkiem! Przecież pijemy przez cały wieczór dla ciebie, człowieku! Uratowałeś nam gołe tyłki! Dzięki tobie mamy czym strzelać!" mówi żołnierz i wskaże stertę świeżej amunicji.
   "Hura! A dlaczego to tak długo trwało?" przyłączy się drugi żołnierz.
   "Błoto na drodze. Ja pójdę się położyć, jestem zmęczony."
   Austriak mierzy go badawczo, coś mu się nie podoba.
   "Przecież nie padało co najmniej z tydzień. Z amunicją przyjechałeś, powiadasz?"
   Otmarowi krew zetnie się w żyłach.
   "Tak," mówi niedbale. Dla pewności bierze oferowaną butelkę i mocno sobie golnie.
   'Hura!" udaje sztywno zapał, na szczęście trzech pozostałych żołnierzy pozwoli się porwać.
   "Hura!!!" rykną. Niewidoczny dla żołnierzy Bumbác ze strachem zapatrzy się w wyjście. Tak samo też jego przyjaciel, który właśnie zrozumiał, że jest złapany w pułapkę.


                                        Rozdział dwudziesty


                              W drodze do domu

Firmament na wschodzie jest już blady jak sama śmierć. Ogień wygasnął, austriaccy żołnierze drzemią po pijanemu, jeden z nich obejmuje we śnie Otmara, coś wyśpiewuje bełkotliwie. Otmar ostrożnie próbuje się wyswobodzić z jego objęcia. Musi zniknąć, jeszcze jest czas. Udało się, podejdzie cicho i jak kot skrada się precz, kiedy nagle zabrzmi za nim.
   "Nie możesz spać?"
   Otmar zdrętwieje jak ściana.
   "Muszę się już położyć. Jest ranek."
   Austriacki żołnierz powie lodowato:
   "Ty nie przyjechałeś z amunicją, czyż nie?"
   Patrzą na siebie, dwaj mężczyźni, każdy po innej stronie historii. A potem tę przygnębiającą ciszę przetnie jak ostrze generalskiej szabli pianie koguta. Otmar obróci się w kierunku swojego obozu, skąd właśnie trąbka obozowa zajęczy do ataku. W tej chwili Bumbác i skrzat wzniosą się i jak strzały przelecą nad polem bitwy aż do pruskiego obozu, gdzie generał jest już gotowy z szablą nad głową wystrzelić salwę z dział. Bumbác widzi samego siebie, jak zmęczony, w zakurzonym mundurze ładuje swoje ośmiokalibrowe działo i jest gotów zapalić lont. Nie przypuszcza, że lufa mierzy wprost na jego przyjaciela Otmara po drugiej stronie. Generał machnie szablą.
   "Pal!" wrzaśnie.
   Bumbác, blady jak ściana, rozpędzi się od skrzata i z rozpaczliwym okrzykiem wbiegnie przed lufę własnego działa.
   "Nieeee!!!!"
   Ale Bumbác w mundurze nie widzi przed działem siebie samego, zapali lont i zabrzmi przerażający wystrzał.
   Bumbác i skrzat z powrotem znaleźli się na korytarzu przed pokojem numer dziewięć. Wystraszony Bumbác stale nie może uwierzyć w to, co widział.
   "Już mi wierzysz? Teraz idź i zrób, co musisz," powie mu skrzat życzliwie i otworzy drzwi do pokoju. Bumbác jak nieprzytomny przejdzie przedpokój i podejdzie do drzwi. Otmar i Ivan wystraszą się na śmierć.
   "Bumbác! Ty nie jesteś...? Co tu...? Co się dzieje? Ja próbuję tutaj wyjaśnić Ivanowi, że wszystko straciłeś, aby się zlitował i ...", jąka się Otmar, Bumbác go powstrzyma.
   "Milcz. Wiem wszystko. I wiem więcej niż byś chciał, mój drogi przyjacielu. Przyszedłem wybaczyć ci twoją zdradę i przez to ulżyć twojej duszy."
   "Co opowiadasz? Jaką zdradę?" uśmiechnie się Otmar fałszywie.
   "Największą, jaką kiedykolwiek przeżyłem. Wybaczam ci. Z całego serca ci wybaczam, mój przyjacielu. Ale przede wszystkim proszę cię, żebyś ty mi wybaczył."
   Bumbác uklęknie, głowa mu opadnie, oczy zaleją łzy.
   "Proszę, wybacz," szepcze Bumbác. A potem wszystko ucichnie tą najprzyjemniejszą ciszą. Taką, która bywa, kiedy ulży strasznym winom. Świat się zmieni, jakby mury i ludzie rozpadli się w proch, a potem jakby coś je znowu z doskonałą precyzją z powrotem złożyło. Bumbác i skrzat znajdą się na polu z dwoma lipami i Bożymi Mękami, tam, gdzie się nasza bajka rozpoczęła. Zdumiony Leopold stoi tu tylko w białych kalesonach i przez głowę mu przebiega, co przeżył wszystko tutaj pomiędzy światami. Skrzat stoi obok niego i uśmiecha się. Słońce przyjemnie świeci, wiosenne, wschodzące zboże zieleni się w pulchnej ziemi. Przy pniach lip unoszą się trzy dusze. Nauczyciel Olda, pan młody Venca i przyjaciel Otmar. Skrzat mówi uroczyście:
   "Drogi Bumbácu, dzięki tobie wszystkie trzy dusze są nareszcie wolne."
   Dusze uśmiechną, jak tylko im to niematerialne twarze pozwolą.
   "W dodatku, miałeś możliwość poznać, że wszystkie bitwy świata były, są i będą okrutne, bolesne i bezsensowne, dlatego że każdy żołnierz, który kiedykolwiek umarł, niech to na jakiejkolwiek wojnie, bądź to był czyimś krewnym..."
   Duch nauczyciela uśmiechnie się do Bumbáca, który sobie przypomni, jak to było spotkać w cudzym ciele własnego brata.
    "...bądź czyimś ukochanym..."
   W pamięci Bumbáca ożyje rozpromieniona i szczęśliwa
Blaženka, tańcząca na weselu.
   "A jeśli nie był ukochanym ani krewnym, całkiem na pewno to był czyjś przyjaciel."
    Dusza Otmara uśmiecha się do
Bumbáca życzliwie. I już Bumbác nie potrafi ukryć łez.
   "Swoje zadanie spełniłeś, drogi Bumbácu, ale to, czy się stąd wydostaniesz, ostatecznie zależy od was," skrzat odwróci się do wzlatujących dusz.
   "Wy trzej musicie wybaczyć Bumbácowi, że wam uprzyjemnił życie. Przez to darujecie mu jego."
   Bumbác uklęknie i z płaczem cicho wymówi.
   "Wybaczcie mi, proszę."

  
Lipy zakołyszą delikatnie, a dusze zbliżają się do Bumbáca, jakby go chyba chciały objąć. Pierwszy wyrazi to nauczyciel Olda:
   "Wybaczam ci, Leopoldzie Bumbácu."
   Potem pan młody Venca.
    "Wybaczam ci, Leopoldzie Bumbácu."
   I na koniec przyjaciel Otmar.
   "Wybaczam ci, Leopoldzie Bumbácu."
   Dusze się zatrzęsą i udadzą w swoją dalszą drogę. Potężne pnie stuletnich lip zaczną przyciągać swoją uspokajającą siłą, aż nauczyciel, pan młody i przyjaciel zanurzą się w korze jak w wodzie i zaczną wznosić się do góry po pniach jak atrament, kiedy wsiąka w płótno. Wznoszą się po gałęziach i liściach, aż się chwieją na wietrze. Kiedy są też unoszeni powoli do góry, są w nich wciąż wyraźne rysy wszystkich trzech mężczyzn. Skrzat i Bumbác obserwują ich osłupiali, póki dusze nie przywędrują na szczyty koron. Pierwsza oddzieli się od drzewa dusza nauczyciela. Wyskoczy nad liśćmi jak mały parowy obłok i zanurzy się w chmurach, które płyną na niebie. Jako druga odłączy się dusza Vency, zanurzy się ona w słońcu. Rozleci się po krainie jako olśniewający promyk światła. Bumbác płacze cicho i spokojnie, nawet skrzat obetrze też łzę. A potem z korony wzleci stado szpaków, a do nich jeszcze na kilka sekund przylepi się postać przyjaciela Otmara, który ostatni wzleciał do nieba. Uśmiechnie się i szpaki rozlecą się na wszystkie strony świata, a z nimi też jego twarz. A potem wszystko pochłonie ciemność.


              Rozdział dwudziesty pierwszy


                                   Miłość

Bumbác obudzi się na szczycie góry. Po cichu świta. Ciało trzęsie mu się z zimna, aż zęby mu szczękają. W ręku ściska kartę - króla kier. Patrzy na nią, skrzat na karcie mruga na niego, a potem karta w jego ręku rozkruszy się na pył, który powoli wysypie się na ziemię. I ku zdumienia Bumbáca z tego pyłu przez czary pojawi się plecak, który mu ukradziono, kiedy Bumbác kąpał się przy kamieniołomie. Bumbác go otworzy, są w nim dwie pełne sakiewki z żołdem. Na to się mówi: dar! pomyśli sobie Bumbác. Z radości cały rozbłyśnie. Słońce rozdaje swoje pierwsze poranne ciepło, a kraj w jego świetle wydaje się być cudownie piękny.
   Kiedy Bumbác zszedł z góry, udał się wprost do domu Wawrzyńca. Zastuka do drzwi, otworzy mu ubrudzony i wyczerpany Wawrzyniec.
   "Przyszedłem kupić konia, którego nam ukradłeś!"
   Za Wawrzyńcem trzej poganiacze i żona Ewa sprzątają spustoszenie, które zrobił pożar spowodowany przez piorun kulisty.
   "Nie mam żadnego twojego konia," opowiada Wawrzyniec. "Wczoraj spaliła mi stodoła, stajnia też. Wszystkie konie, jakie miałem, uciekły, wystarczy, żołnierzu? Widzę, że masz nowy mundur," skomentuje ironicznie kalesony Bumbáca, ale on sobie z tego nic nie robi.
   "Ja mam nowy mundur, a tobie spaliła się stodoła. Każdemu, na co zasłuży, czyż nie tak?"
   "Znikaj, zanim poszczuję psy," parsknie Wawrzyniec i zatrzaśnie drzwi. Bumbác pożyczy jeszcze zamkniętym drzwiom pięknego dnia i nareszcie uda się do Sary. Koń Barona, Romeo na szczęście nie zniknął daleko. Bumbác odnalazł go po drodze, jak pasł się na łące z zadowoleniem. Do obozu Bumbác przyjeżdża jak prawdziwy król. Zuzanna i Baron witają go z radością, a Baron złoży mu taki ukłon, jakiego żołnierzowi jeszcze nikt nigdy nie złożył.
   "Jak ma się Sara?" Bumbác interesuje się od razu.
   "Znacznie lepiej," uśmiechnie się Zuzanna.
   I potem piękna Sara pojawi się w drzwiach barakowozu, wprawdzie jeszcze osłabiona po gorączce, ale z czarodziejskim uśmiechem na twarzy. Wzruszony Bumbác obejmie ją i długo pocałuje.
   Od tej pory dla wszystkich nastały lata dostatku. A w życiu Bumbáca pojawiła się wielka miłość. Z Sarą się kochali, dzieci wychowywali, na morze też patrzyli. I tam nawet po raz pierwszy w życiu zobaczyli wieloryby. Całe stado pływało wokół nich. A te wieloryby powiedziały Bumbácowi coś bardzo ważnego...
   Ale to jest już, drogie dzieci, inna bajka.


                                 Koniec


Antonín Dočekal, człowiek, który przez całe życie robił, co chciał, w wieku 94 lat napisał bajkę. Ręcznie! To jest ten taki zapomniany sposób, kiedy bierzecie pióro i malujecie literki, które tworzą zdania, a one potem całe historie. Pisał je przez cały rok i nazywają się "Bajka z Piekła pod Beczką." Namalował do nich też obrazki, o których jedna wybitna artystka z Brna oświadczyła: "Jest to zupełny Chagall!"
   Jego wnuk Jan Budař przeczytał tę bajkę i zrozumiał, że odkrył skarb. Postanowił, że miałyby ją otrzymać też inne dzieci. Tak też się stało. Odwróćcie stronę, bajka się zaczyna...

 

             Bajka z Piekła pod Beczką

          Napisał i narysował Antonín Dočekal

                                      MMXII

Dzisiaj jest już piekło odrobinę inne niż to, które znacie ze starych opowiadań; nie istniała w nich szkoła dla diabelskiej młodzieży ani książki dla uczniów. Dzisiaj jest taka szkoła w Piekle pod Beczką.
   Zaglądamy tam do pierwszej klasy, gdzie właśnie mają lekcję nadymania się, w której naucza jednorogi diabeł
Drápalík. W czasie tej lekcji uczy się, jak najlepiej denerwować: jak krzyczeć, jęczeć, tupać, czymś skrzypieć, bębnić, zgrzytać zębami, łomotać. Drápalík trzyma w ręku pałkę i tłucze nią w stolik, aż drzazgi latają, aby zagłuszyć uczniów i aby mógł im pokazać, jak się głośno miauczy i burczy. Trzy razy uderzył w krzesło i zawołał: "Ktoś tu piszczy! Kto to jest?"
   A z klasy zabrzmi: "Brumlík, Brumlík, Bruml
ík!"
  
Bruml
ík wyskoczył z ławki i klasa ucichła. W ciszy zawołał:
   "Skarżypyty donosiły
   szerszenie je pokłuły
   babka się ich przestraszyła
   gęba im spuchła!"
   Z kieszeni wyciągnął małą, włochatą, czarną myszkę - ryjówkę, która zapiszczała cieniutko i Brumlík schował ją szybko do kieszeni. Klasa zaczęła tupać, gwizdać, nadymać się.
Drápalík wziął od Brumlík dzienniczek ucznia i zapisał w nim: "W czasie lekcji "wiedza o hałasie" ciągnął za ogon dużą, leśną mysz, aby piszczała, przez co przeszkodził w nauczaniu. Grozi kolegom w szkole, że przyniesie im oswojone szerszenie, aby je pokłuły, póki im gęby nie spuchną, dlatego że skarżyli."
   Wysłał
Bruml
íka za drzwi. Uderzył pałką w stół i zawarczał: "Będziemy burczeć!"
   I podczas gdy klasa burczała,
Brumlík pobiegł do lasu. Usiadł na trawie. Las szumiał i pachniał. Muszki nad nim zabzyczały, a piękne motyle wokół niego lekko wzlatywały. Kiedy się położył, zobaczył białe chmury płynące powoli po niebieskim niebie. Zapragnął, aby się zatrzymały i przywoływał je, aby go wzięły i aby płynął z nimi w nieznaną dal. Na darmo przywoływał. Chmury nie odpowiedziały i pomału odleciały gdzieś padać. Nagle usłyszał piękne buczące bzyczenie. Był to trzmiel poczciwina. Brumlík zaczął gwizdać. Gwizdał rozmaicie. Wysoko, nisko, błyszcząco, przeciągle, smutno i wesoło, a las go nadsłuchiwał. W ogóle nie zauważył, że z kieszeni wyskoczyła mu mała mysz - ryjówka i zniknęła pomiędzy krzaczkami czarnych jagód. Czarnych jagód było tu dookoła, gdzie Brumlík nie sięgnął wzrokiem. Zrywał je i jadł, i jadł. Niebieskie, duże i słodziutkie.

   Usłyszał cieniutkie wołanie. Niedaleko zrywa też czarne jagody dziewczątko z dużym, błyszczącym kapeluszem. Buzię i policzki ma niebieskie od jagód. Uśmiecha się do Brumlíka.
   "Kim jesteś, chłopcze? Masz niebieskie zęby."
   "Kim ty jesteś, dziewczyno, masz niebieskie policzki i dlaczego kapelusz ci błyszczy od iskier?"
   "Ja jestem gwiazdą, która dzisiaj rano spadła z Wielkiego Wozu na ziemię i nie wiem, jak z powrotem."
   "Ja jestem
Brumlík, diabeł z Piekła. Wyrzucił mnie nauczyciel Drápalík za drzwi, a ja uciekłem do lasu. Nie chcę wrócić do Piekła!"
   "Co będziemy robić?" smutno prawiła gwiazda z Wielkiego Wozu.
   "Dlaczego wypadłaś?"
   "Leciała wokół nas terkocząca kometa długoogoniasta, która rozturkotała Wielki Wóz, a ja się źle trzymałam. Kto mi pomoże?" ponarzekała.
   "Słucham cię, słucham i wiedziałbym o kimś, kto mógłby ci pomóc!"
   Skąd się wziął, tu się wziął, stoi przed nimi skrzydlaty Amor z łukiem w ręku i ze strzałami w kołczanie na plecach. Bruml
ík i Gwiazdka przestraszyli się.
   "Co tutaj szukasz, Amorze?"
   Amor śmieje się: "Strzelam do ludzi, żeby się kochali. A tutaj, tak jak ty,
Bruml
íku, zrywam i smakuję czarne jagody."
   "Jak chcesz nam pomóc?"
   "Znam niebieskiego anioła, świętego Walentego, poproszę go, żeby wam pomógł."
  
Bruml
ík i Gwiazdka przestali zrywać jagody i czekali, co się stanie.
   "Święty Walenty, święty Walenty!" wołał Amor w leśnej ciszy.
   Tylko leciutko zaszeleściły krzaczki jagód i nagle stał tu wysoki, szczupły, piękny anioł.
   "Dlaczego mnie wołasz, Amorze?"
   "Po pomoc dla małej, błyszczącej gwiazdy i małego diabełka, który uciekł z czartowskiej szkoły."
  
Bruml
ík spoglądał na świętego Walentego z podziwem i trochę też ze strachem. "Nie chcę wrócić do czartowskiej szkoły, gdzie uczą, jak ludziom szkodzić!"
   Gwiazdka ukłoniła się: "Ja chcę wrócić pomiędzy gwiazdy!"
   Niebieski anioł Walenty uśmiechnął się ładnie do nich obojga. "Najpierw najemy się słodziutkich jagód, potem polecimy do nieba i tam zobaczymy, jak wam pomóc."
   Święty Walenty rozłożył w krzakach czarnych jagód dużą, białą chustę. "Do tej chusty nazbieramy jagody na drogę do nieba."
   Gwiazdka i Bruml
ík rwali pilnie. Święty Walenty zawiązał chustę na supełek. "Pożegnajcie się i polecimy!"
   "Dziękujemy ci, Amorze. Do widzenia!"
   Amor podniósł łuk i wystrzelił różową strzałę, która okrążyła
Bruml
íka i rozpłynęła się w iskrzącym się blasku, otaczającym Gwiazdkę. I krzyknął: "Kochajcie się!"
   Droga do nieba nie jest ani krótka, ani cicha. Białe obłoki tworzą rozbulgotane, wysokie i głębokie bąbelkowiska, a pomiędzy nimi wije się kręto dróżka, po której stąpają
Brumlík, Gwiazdka i święty Walenty, anioł niebieski. Czasami zabrzmi dudnienie i mruczenie lecących rakietosamolotów, a bąbelkowiska rozkołyszą się i na drodze poturla się kula z chmur, która jednak jest leciutka jak bańka z bańkopianu. Bruml
ík kopie ją jak piłkę. Walenty uśmiecha się: "Kopcie, kopcie w chmurki, droga wkrótce się skończy."
   Wietrzyk przywiał skądś zapach lewkonii i tymianku. Przed nimi pojawiło się Niebieskie Miasto. Droga prowadziła ich do złotej bramy. Za nią widziało się dużo wysokich wież.
Bruml
ík aż przestraszył się tego piękna, a Gwiazdka wykrzyknęła z radości. Święty Walenty przemówił troskliwie: "Teraz przyjdą strażnicy Niebieskiego Miasta. Pozdrówcie ładnie!"
   Brama otworzyła się i wyszli trzej strażnicy.
   Gwiazdka zaśpiewała: "Olśniewający dzień!"
  
Bruml
ík burknął: "Bądźcie zdrowi jak pawie!"
   Święty Walenty: "Bóg z wami!"
   Trzej strażnicy: "Służymy wiernie!"
   Na głowach mają wysokie czapki, w lewym ręku trzymają packi, jakie mają na ziemi dyżurni ruchu na kolei albo policjanci. Jedna packa jest czerwona, druga pomarańczowa, trzecia ma zielony krzyżyk. Ich płaszcze mają też takie same kolory. Pierwszemu pojawiła się nad niebieską czapką mała, srebrna aureola, oznaczająca dowódcę.
   Świętemu Walentemu złożyły się jego niebieskie skrzydła, a nad głową pojawiły trzy aureole, co oznacza wysoką niebieską rangę.
   Dowódca straży: "Święty Walentynie, niebieski aniele, kogo przyprowadzasz do nieba?"
   "Diabła Bruml
íka, ucznia szkoły w Piekle pod Beczką. Chce uczyć się w niebieskiej szkole i chce być pożyteczny dla wszystkich żywych istot. A to dziewczątko jest gwiazdą, która wypadła z Wielkiego Gwiezdnego Wozu, kiedy wokół wozu zafurkotała źle wychowana kometa. Oboje spotkali się w jagodowym gaju, gdzie rwali słodziutkie czarne jagody. Prosi niebo, aby jej  pomogło wrócić do gwiazdozbioru Wielkiego Wozu."
   Dowódca: "Obojgu zakazuję wstępu do Niebieskiego Miasta. Do nieba nie wolno wejść ludziom, którzy dokonywali zła! A cóż dopiero jakiś rogaty diabeł z Piekła! Nie, nie wpuszczę!"
   Święty Walenty: "Zawołaj świętego Piotra, niech on zdecyduje! Jest najwyższym dowódcą."
   Tak też się stało. Dowódca straży złożył ręce i przemówił: "Święty Piotrze, wzywam cię przed niebieską bramę, ja i święty Walenty, twój doradca!"
   Złota brama otworzyła się i uśmiechnięty święty Piotr stanął przed dowódcą miejskiej straży i witał się ze świętym Walentym. "Przyprowadzasz do nieba diabła z Piekła pod Beczką i Gwiazdkę z przepiękną iskrzącą się łuną. Do nieba zasługują dusze tych, którzy w życiu dokonywali dobra i umieją śpiewać. Diabeł nie jest duszą. Pomożemy Gwiazdce!"
   Święty Walenty: "Święty Piotrze, niebo, niebieski raj jest dla każdego, kto w życiu dobrze się zachowywał. Gdyby tak nie było, niebo nie byłoby niebem, raj rajem. Diabeł Brumlík przeciwstawił się nawet diabłu
Drápalíkowi, który uczy w czartowskiej szkole. Dlatego uciekł ze szkoły, a ja proszę o azyl dla niego w Niebieskim Mieście!"
   Bruml
ík podał świętemu Piotrowi wysokie, piękne zioło.
   Święty Piotr podziękował: "Jest piękne, ale trochę piecze."
   "Kto jest dobry, tego nie piecze! Tak mówi moja mama."
   Święty Piotr roześmiał się. "Ale mnie piecze,
Bruml
íku."
   "Nie piecze też, święty Piotrze, inaczej byście wykrzyknęli: " Do diabła, piasek!" i byście podmuchali w rękę."
   "Jak na was patrzę, wszyscy macie niebieskie buzie, zęby też i języki. Tak nikomu nie wolno wejść do Niebieskiego Miasta!"
   Święty Walenty rozwiązał chustę: "Spróbujcie wszyscy czarne jagody, są słodziutkie. W Niebieskim Mieście takie nie rosną."
   Święty Piotr wziął kilka kuleczek i zachęcił straże: "A więc też weźcie, niech wszyscy mamy niebieskie usta!"
   A więc wzięli, a jagód nie ubywało. Pomlaskiwali, jedli i potem wszyscy patrzyli na siebie, i śmiali się jeden z drugiego.
   Święty Walenty oświadczył: "Już teraz nikomu nie wolno wejść do Niebieskiego Miasta, nawet świętemu Piotrowi, dlatego że wszyscy jesteśmy na niebiesko wymalowani."
   Święty Piotr powiedział też: "Straż, przynieście umywalki, ręczniki, mydło, przygońcie chmurkę, która ma wodę i wszyscy się umyjemy." Tak też się stało.
   Wszyscy przeszli przez złotą bramę do Niebieskiego Miasta. Święty Piotr zamknął niebieskie drzwi złotym kluczem.
Bruml
ík i Gwiazdka byli zaskoczeni, zatrzymali się i dziwili się. Jakżesz nie! Ze wszystkiego iskrzyła złota łuna, a wietrzyk rozpędzał zapach z ulic.
   "Tam oto jest ulica Różowa, a dalej Fiołkowa, Tymiankowa, Lawendowa," wyjaśnia święty Walenty. " Gdzie chcecie mieszkać?"
   "Czy jest tu też ulica Pokrzywowa?" pyta
Brumlík.
   "W niebie są ulice wszystkich pięknych ziół. Rozpoznasz je według zapachu. Na ulicy Pokrzywowej jest też wieża niebieskich strażników. Kiedy umiesz zaśpiewać piosenkę o jakimś kwiacie, nie musisz jej szukać i naraz znajdziesz się w tej ulicy."
   "A kiedy żadnej nie znam?"
   "W Niebieskim Mieście każdy umie śpiewać."
   I Bruml
ík przypomina sobie, jaką zna piosenkę o kwiatku. A święty Walenty mu podpowiada i śpiewa:
   "O krwawniku ogrodowy,
   ty różyczko pachnąca,
   jak cię zapomnę,
   skoro nie jest to rzecz możliwa..."
  
Bruml
ík śpiewa jak oczarowany. Gwiazdka przyłączyła się i też święty Piotr niskim głosem. I wszyscy się znajdują na ulicy pachnącej - krwawnikiem ogrodowym.
   Święty Piotr żegna się: "Pięknych snów! Śpijcie słodko!"
   "Dobranoc, święty Piotrze!"
   W ten sposób znalazł się
diabeł Bruml
ík z piękną Gwiazdką w niebie. Trzymali się za ręce i uważnie rozglądali.
   Słońce chyli się ku zachodowi. Gdzieś bardzo, bardzo daleko leci rakietosamolot w kosmos i tylko malutko słychać jego huczenie.
   Święty Walenty powiedział: "Zaśpiewajcie piosenkę o pokrzywie." I sam zaczął:
   "Pokrzywo, pokrzywo,
   ziele wysokie..."
   Wszyscy śpiewali i naraz stali na ulicy Pokrzywowej. Była krótka. Na jej końcu stała wysoka wieża. Biegali po niej mali chłopcy, ale małe dziewczęta spacerowały  powoli. Każda trzymała nad głową parasolkę, różnego koloru. Bardzo im pasowała.
   Dziewczęta nie bardzo zwracały uwagę na
Brumlíka, ale przy Gwiazdce się zatrzymywały i weseliły nad pięknem tęczowej łuny, która ją otaczała i każda chciała wiedzieć, gdzie i kto takie piękno rozdaje.
   Brumlík odpowiadał za Gwiazdkę, że nie jest to ozdoba, żaden parasol, jaki one trzymają, że nikt jej go nie dał, dlatego że jest gwiazdą z kosmosu i że chyba ją mama poszukuje i że chyba wróci do domu, do gwiazdozbioru.
   Dziewczęta bardzo mu nie wierzyły, dlatego że jest chłopcem, a we włosach ma rogi do straszenia. W niebie nie wolno straszyć. Niech raczej idzie się szybko umyć, już zanim go zobaczy dozorczyni pani Pokrzywowa.
   Ale pani dozorczyni już go zobaczyła, dlatego że mieszka na wysokiej wieży. Jak tylko na jej ulicę wejdzie nowy niebieski mieszkaniec, któremu spodobały się piękne pokrzywy, na wieży zaczną dzwonić piosenkę tysiące dzwoneczków i ona zaraz biegnie do okna i szybko na ulicę, aby go przywitać. Piosenka rozdzwoni całe miasto i leci dalej do niebieskiego kraju.
   "Chłopcy i dziewczynki
   z Pokrzywowej uliczki
   weselcie się i radujcie
   witajcie chłopcy z daleka
   i gwiazdę, która upiększa
   miasto niebieskie!
   Na wszystkich ulicach wieże dźwięczą
   piosenkę o jej pięknie
   wspaniałości Bożej
   która sklepia się nad nami
   i wszechświat tworzy.
   Dzwońcie dzwoneczki, dzwońcie w dali
   że w naszym mieście goście się zatrzymali
   gwiazda przepiękna i mały diabeł
   z Piekła pod Beczką."

   Kiedy piosenki na powitanie zadźwięczały do końca, na ulicy Pokrzywowej zbiegło się dużo niebianin, małych i dużych, aby zobaczyć to, czego tu jeszcze nigdy nie było. Diabła z ziemskiego piekła i gwiazdę z kosmosu. Na wieżach zaczęły powiewać chorągwie. Każda dusza i duszyczka niosła kwiat ze swojej ulicy.
  
Brumlíkowi przyniosły kwitnące, kłujące kaktusy, a Gwiazdce pachnące, prześliczne kwiaty.
   Dozorczyni Pokrzywowa kazała przydmuchać deszczowe bańki i Brumlík i Gwiazdka mogli do nich wbijać kwiaty i kaktusy jak do wazy, aby nie zwiędły. Ulica Pokrzywowa stała się wielkim, pachnącym ogrodem. Wszyscy byli szczęśliwi.
   Słońce zaszło i na kosmicznej kopule zaświeciły gwiazdy. Bruml
ík zasypiał na mięciutkiej chmurce. Gwiazdka patrzyła na gwiazdy, szukała swojego domu i było jej smutno, kiedy zobaczyła Wielki Wóz i też tę niesforną kometę, która właśnie znowu furczała, jak gdyby ją goniły osy, i westchnęła.
   Oboje spali w pięknych, anielskich łóżkach i śniły im się miłe sny o mamie i tacie. Wcześniej od słońca obudziła Bruml
íka tęczowa łuna Gwiazdki, kiedy zaczęła iskrzyć i coś szeptać.
   "Dzień dobry, Gwiazdko!"
   "Piękny dzień,
Brumlíku!"

   Pani dozorczyni pochylała się nad nimi i uśmiechała się. "Dzień dobry, drogie dzieci, wyskakujcie, biegnijcie się umyć i będziecie jeść śniadanie jak w domu ze świętym Walentym. Czeka na was pomiędzy kwiatami."
   Tak też się stało. Święty Walenty zaprosił ich do stolika.
   "Usiądźcie. Jedzcie mleko kokosowe i ciasta jak u mamy."
   To były smakołyki. Ciasta nie ubywało.
   Niespodzianie pojawił się strażnik złotej bramy, dowódca Cichoczłapek. Przemówił: "Trzykrotnie święty Walenty, przynoszę gościom tabliczkę do przeczytania, aby wiedzieli, co w niebieskim mieście nie może się  odbywać."
   "Niech będzie, przeczytaj ją, słuchamy uważnie!"
   Dowódca Cichoczłapek dał w bok prawą rękę, podniósł brodę i czytał głośno.
  
Brumlík i Gwiazdka zagryzali ciasta i uśmiechali się.

   "Kto w niebie przebywa
    po cichu śni
   tylko cicho się śmieje
   i cienko śpiewa
   Na skrzypcach rzępolić
   na basie nucić
   i walić w bęben
   jest zabronione
   albo budzi to i gnębi
   liczne, smętne dusze

   Jęk i ból
   ból i jęk
   zadyszanych
   którzy tylko tęsknią
   dzień po dniu
   za światem cudów
   czarnym piwem
   skomlą tylko
   noc w noc
   dzień po dniu
   pobyt
   nie znosić

   Kto nie zachowuje się święcie
   niech założy portki
   i zmyka
   z miasta precz
   albo będzie z niego
   wyprowadzony
   przez straż.

    Dozorczyni Pokrzywowa słuchała uważnie strażnika Cichoczłapka i śmiała się, aż się zakrztusiła, bo sobie wyobraziła, jak Brumlík mruczy i pomrukuje na basie, a Gwiazdka bije w bęben, czy też jak Cichoczłapek wyrzuca ich oboje z Niebieskiego Miasta. Święty Walenty też, kiedy dziękował dowódcy za czytanie tabliczki, uśmiechał się leciutko.
   Dozorczyni Pokrzywowa patrzyła na Bruml
íka i Gwiazdkę ze zdziwieniem: "Na naszej ulicy jest tyle chłopców i dziewcząt, że byście nie zliczyli i wszyscy by razem z wami chętnie porozmawiali i grali. Brumlík, co na to powiesz?"
  
Brumlík szybko: "Moglibyśmy grać w piłkę nożną!"
   Gwiazdka: "Albo w mruganie."

    "O tej grze nigdy nie słyszałam," dziwi się dozorczyni.
   "To jest gra leciutka, umieją ją wszystkie gwiazdy."
   "Na obie gry musiałby wam pozwolić święty Piotr, Gwiazdko i
Brumlíku," zwraca uwagę dozorczyni, a święty Walenty przytakuje.
   Bruml
ík: "Powiedzcie nam, gdzie mieszka święty Piotr, my go zapytamy."
   "Mieszka w niebieskim pałacu na placu Stokrotki."
   Oboje uśmiechają się bezradnie.
   "Doradźcie nam drogę."
   "Musicie iść pieszo. Pierwsza jest ulica Konwaliowa. Wejdziecie w nią, pójdziecie nią i w  pierwszą ulicę skręcicie w lewo. Tą ulicą pójdziecie i skręcicie pierwszą ulicą w prawo. W tej ulicy znowu skręcicie pierwszą ulicą w lewo, a w tej znowu pierwszą ulicą w prawo. A więc będziecie zmieniać skręty i ulice, aż dojdziecie na plac Stokrotki, gdzie stoi pałac świętego Piotra. Plac jest pilnowany przez niebieską policję, której pokażecie dowód - list pokrzywowy, który wam daję. Przez całą drogę nie wolno go wam zgubić. Bez niego straż by was nie wpuściła do pałacu. Szczęśliwej drogi i szczęśliwego powrotu! Na drogę weźmiecie ciasta."
    Oboje wzięli się za ręce i udali do ulicy Konwaliowej.
   Gwiazdce nie było do śmiechu, dlatego że w ogóle dozorczyni nie rozumiała. "
Bruml
íku, nie zabłądzimy?"
   "Nie bój się, Gwiazdko, droga jest kręta, ale ze mną się nie bój."
   Ruszyli zdecydowanie i
Bruml
ík gwizdał i śpiewał piosenkę: "Zielona jest trawa, piłka to jest gra, a ta okrągła piłka to rzecz podstępna..."
   Cicha ulica Konwaliowa została przez jego śpiew obudzona. Z okien machały do nich dziewczyny: "Szczęśliwej drogi. Zatrzymajcie się, jak będziecie wracać."
   Każda ulica nazywała się według jakiegoś kwiatu, w każdej ulicy była wieża i bańkowy ogród, a w każdej bańce kwiat. Na niektórych ulicach były kwiaty, których
Bruml
ík nigdy nie widział, a więc nie znał nazwy ulicy. I zapytał tych, którzy im machali: "Błąkatka karłowata, smutniawka kręta, marcówek bekabunga (ma rogi), sitkówka mazista, piersiówek wyłupiasty, sterczatka złotolista."
   Przy jednej wieży rosły słoneczniki palmowe. Na dwóch z nich były powieszone huśtawki z siatki.
   "
Bruml
íku, chce mi się pić!"
   Właśnie doszli do ulicy Jagodowej.
Bruml
ík zawołał do machającej dziewczynki: "Proszę cię, niebieska piękności, o szklankę wody."
   "Przyniosę, poczekajcie."
   I przyniosła dwie szklanki soku jagodowego. Obaj podróżni wypili je ze smakiem. Dziewczynka z oczami niebieskimi jak jagody pokazała im chmurową bańkę deszczu: "Umyjcie sobie buzie, aby straż wpuściła was do świętego Piotra."
   Podróżnicy podziękowali i machając pożegnali się z ulicą Jagodową, ze wszystkimi, którzy przyszli popatrzeć na nich. Przyszli do ulicy Lawendowej, która była pachnąca, a następna ulica zapachniała tymiankiem. Ostatnia ulica, którą mijali, pachniała różami. Przed nimi był wielki plac Stokrotki.
   Oboje stanęli w zdumieniu. Olbrzymie, kuliste pole, które tworzyło siedem szerokich pasów. Pośrodku cylindryczny budynek z siedmioma smukłymi wieżami. Dobrą chwilę stali nic nie mówiąc i patrzyli na pasy grządek z tysiącami kwiatów.
   W końcu Gwiazdka przemówiła: "Nie widzę żadnej drogi przez kwiaty, Bruml
íku. Jak się dostaniemy do pałacu świętego Piotra?"
   
Bruml
ík chciał powiedzieć: "nie wiem", ale już nic nie powiedział.
   Naraz niespodziewanie tu stoją dwaj niebiescy strażnicy. "Kim jesteście? Dokąd zmierzacie?"
  
Brumlík nabrał powietrza głęboko i odważnie
wyjaśnia: "Jednoświęci niebiescy strażnicy, jesteśmy cudzoziemcami, ale mamy pozwolenie od świętego Piotra na pobyt. Właśnie idziemy do niego. Tutaj są nasze dowody."
   Gwiazdka i Bruml
ík podają strażnikom pokrzywowe listy. Straż je wącha, aż jeden zaszczypie go w nos. Cofnie się i bąknie: "Znacie piosenkę o pokrzywie?"
    "Znamy, ale nie będę jej śpiewać. Znowu byśmy się znaleźli na ulicy Pokrzywowej, a my idziemy do pałacu, do świętego Piotra."
   "Wyrecytuj ją!"
  
Brumlík
zaczął z uśmiechem:
   "Pod beczką
   za beczką
   rośnie pokrzywa.
   Ten, kto jej się przestraszy,

   tego potnie.
   Ten, kto zapiszczy
   tego uszczypie.
   Kto ją pochwali
   tego nie poparzy."
   "Dobrze, dobrze!" Straż się śmieje i klaszcze. I naraz stoi tu dwuosobowy niebieski poduszkowiec. A niebiescy strażnicy są tam.
   Gwiazdka i Brumlík wsiedli i posłuszny poduszkowiec skierował się z nimi do pałacu. Pod nimi była pierwsza kulista grządka stokrotek, druga grządka pachniała przejmująco. Macierzanka. Trzecia grządka weseliła się złotem dmuchawca. Nagle wzmógł się wietrzyk, właśnie kiedy wznosili się nad grządką róży. I było po wąchaniu. Zapachy się mieszały i odlatywały do miasta. Poduszkowiec dzwonił, kiedy był nad ostatnią grządką łąkowych i leśnych dzwonków. Dzwoniły, dźwięczały niebieskie piosenki, piękne!
   Gwiazdka je śpiewała, jakby je znała z domu. Poduszkowiec niósł je przez bramę, korytarze, aż wylądował w sali, gdzie pełniutko siedzieli słuchacze anielskiego chóru, który śpiewał piękne piosenki przy akompaniamencie harfy i skrzypiec.
   Brumlík i Gwiazdka chcieli sobie coś powiedzieć, ale nie odważyli się przeszkadzać słuchaczom. Zapachy, nad którymi przelecieli i muzyka, której słuchali, uśpiła Brumlíka. Gwiazdka trzymała go za rękę i była nieswoja, dlatego że cała sala na nią patrzyła. Wszyscy niebianinie patrzyli na nią, na jej okazałą aureolę, jakiej nikt nie miał w niebieskim mieście. Nikt nie miał, dlatego że to była ozdoba gwiezdna. Migotała i wystrzeliwały z niej promienie wszystkich kolorów, jakby z przezroczystej kuli. Ten, kto dotknął łuny, w przestrachu patrzył na palce, które też rozbłysnęły i zamigotały. Anielski chór śpiewaczy też przyszedł zamigotać rękami i końcami skrzydeł.
   Kiedy do sali wszedł święty Piotr ze swoimi doradcami, ogłosił zdziwiony: "Co się tu dzieje, do wszystkich świętych? Co się tu obchodzi?"
   I odpowiedziało mu radosne wołanie i błyszczące machanie: "Przyszła do nas gwiazda z kosmicznej dali i rozdaje iskrzenie."
   I święty Piotr podszedł do Gwiazdki, pogłaskał ją i też zaiskrzyły mu się ręce. Sala ucichła.
   "Bądźcie szczęśliwi!" pozdrowili Bruml
ík i Gwiazdka.
   "Wszyscy bądźmy szczęśliwi," powiedział święty Piotr. "Dziękuję ci, Gwiazdko z Wielkiego Wozu za przepiękny dar, który nam wszystkim dałaś z radością.
Brumlíku, Bruml
íku, wystaw język!"
  
Bruml
ík wystawia język na świętego Piotra.
   "Zęby i język są niebieskie od jagód. Doradco Walenty, gdzie oni rwali jagody w niebieskim mieście?"
   Trzykrotnie święty Walenty z uśmiechem: "To był jagodowy sok, który dostali oboje na ulicy Jagodowej, kiedy szli do ciebie."
   Święty Piotr zaśmiał się głośno. "To musimy tam, doradco Walenty, też dojść na szklankę tego smakołyku!"
   I cała sala się śmieje i iskrzy, i klaszcze.
   "Dlaczego przyszliście do mnie?"
   Święty Piotr i jego doradca też usiedli w poduszkowcach. Gwiazdka trzyma
Brumlíka za rękę i patrzy na niego, żeby zaczął odpowiadać.
Wszyscy w sali siedzieli już spokojnie i czekali ciekawi, co odpowie.
   Bruml
ík przemówił odważnie: "Chciałbym zebrać chłopięcą drużynę i grać w piłkę nożną na ulicy Pokrzywowej."
   Sala obecnych rozszumiała się.
   Święty Piotr: "Doradco Walenty, wezwij niebieskiego znawcę gry w piłkę nożną, aby nauczył mnie, jaka to jest gra, o której marzy nasz jagodowy gość."
   Poduszkowiec wzniósł się z Walentym. "Wzywam niebieskiego znawcę
na niebieską naradę! Wzywam słynnego bramkarza Franciszka Pláničkę."
   I jak jest to już w niebie dziwną regułą, przychodzi do świętego Piotra sławny bramkarz
Plánička
, którego kochali chłopcy w całej Europie.
   "Bożego błogosławieństwa dla was wszystkich," pozdrowił
Plánička, ukłonił się senatowi  i uśmiechnął się do Bruml
íka i Gwiazdki.
   "Święty Piotrze, na piłkę nożną mówi się też futbol albo też soker, dlatego że dwie drużyny biegają za jedną okrągłą piłką albo szmacianką, którą kopią albo bagnetem, albo podbiciem butów, albo trzepaczką, żeby piłka albo balon wleciał do bramki przeciwnika."
   "Co to jest szmacianka?" krzyknął jakiś senator.
   "Szmaciankę robi się tak, że napcha się do pończochy szmaty tak, żeby szmacianka była jak najokrąglejsza. Piłka jest okrągła. Ma gumową duszę i płaszcz zszyty z pasków skóry. Kiedy napompuje się do niej pompką powietrze, stanie się twardą kulą, która skacze po ziemi i z trudem się łapie. Taką piłkę przeciwnicy kopią, aby wleciała do bramki. I to jest gol. Przy każdym golu widzowie krzyczą gol, gol, wrzeszczą z radości, że przeciwnik przegrywa, czasem z radości biją się, dają po gębie, wymyślają. Gracze grają też brutalnie. Kopią siebie, podstawiają nogę przeciwnikom i kopią się w kostkę, czasem złamią sobie nogę. Czasem publiczność rzuci też na boisko kapiszony i generator dymny. Jeden znany gracz wystawił na widzów goły tyłek."
   "Wystarczy, znawco Plánička! Piłka nożna jest dziką, brutalną grą dla nieczułych ludzi, nie dla niebianin. Jagodowy Bruml
íku, nie zapominaj, że jesteś w Niebieskim Mieście!"
   W tym momencie oczy
Brumlíka zalały się łzami i patrzyły z wyrzutem na
Pláničkę.
   "Nie płacz! Gdzie znalazłbyś w niebie miejsce na boisko? Niebianinie chodzą boso, nie uciekają, wzlatują i są cisi. Po cichu też klaszczą. Nie znalazłbyś między nimi nawet sędziego," uspokaja
Brumlíka Plánička.
   Nagle do sali wleciał poduszkowiec, a z nim niebieski strażnik i zgłasza świętemu Piotrowi: "Na ulicy Pokrzywowej do placu Stokrotki zostały zauważone duże, migotające tęczowe kule, które niczym nie dają się usunąć. Poradźcie nam, co mamy robić."
   Święty Piotr odwrócił się do senatorów. Oni nie zgłaszają się i śmieją od ucha do ucha, i podnoszą ręce, na których błyszczą się tęczowo piękne rękawice ze świetlnej tkaniny.
   Poduszkowiec podniósł trzykrotnie świętego Walentego, który przemówi do senatorów  i do niebieskiego strażnika: "Wszyscy, jak tu siedzimy, mamy na ręku właśnie taką ozdobę, jaką nas upiększyła ta piękna Gwiazdka z dalekiego kosmicznego gwiazdozbioru. Migotające, tęczowe rękawice są wyrazem radości i miłości, i wspomnieniem ich. Jak Gwiazdka wróci do kosmosu, ozdoba zniknie."
   Święty Piotr przeczesuje sobie brodę i patrzy na Gwiazdkę, którą poduszkowiec zabiera pomiędzy chór śpiewaczy aniołów. Stąd ona odwróci się do senatorów Niebieskiego Miasta, kiwnie ręką i przemówi dźwięcznym, czystym głosem: "Mój obrońca Bruml
ík pochodzi z niedalekiej kuli ziemskiej, obfitującej w wodę, lasy i jagody. Ja jestem z dalekiego gwiazdozbioru, gdzie mamy kwitnące łąki, pachnące tymiankiem i lewkonią, trzaskające wulkany i dwa słoneczka, wodę z licznych wodospadów, rzeki do kąpania, dużo śpiewającego ptactwa i lasy jagodowe i truskawkowe. My, mieszkańcy gwiazd, nosimy ubranie uszyte z promieni słońca i innych migotających gwiazd. Chętnie śpiewamy i tańczymy. Drogę z ulicy Pokrzywowej do placu Stokrotki znaczyłam iskrowymi kulami, żebyśmy nie błądzili z Brumlíkiem, jak będziemy wracać. Jak będę wracać do mojego kosmicznego domu, odlecą ze mną."
   Święty Piotr, jego doradcy i senatorzy klaskali Gwiazdce. Bruml
ík podszedł do niej. "Zatańcz, Gwiazdko, ja ci do tańca zaśpiewam walc."
   Doradca Walenty ogłosił słuchaczom życzenie
Brumlíka. "Będzie to piosenka, którą nauczyła Bruml
íka jego mama."
   Na sali zapanowała cisza.
   Gwiazdkę otoczyła iskrząca się, tęczowa kula, a ona jest w niej jak tancerka w baletowej pozie.
   "Będzie to piosenka o naszym strumyku," szepnął
Bruml
ík Gwiazdce.
  
   Strumyk po zboczu
   wesoło goni
   wszędzie słychać
   to jego szemranie
   figluje z brzozami
   figluje z wierzbami
   potem się zaśmieje
   i szemrze dalej.

   Strumyku nasz zdążaj do dali
     póki jesteś młody, tylko szemraj,
     aż opuścisz rozległy nasz kraj,
     już nigdy więcej nam nie zaszemrasz.

   Brzozy zaśmiały się
   z bajki o królu,
   który grał na basie
   dla księżniczek krasie.
   Bajka jest krótka.
   Zamknięta furtka,
   niebo wam ucieknie
   ze strumykiem w dal.

  
Strumyku nasz zdążaj do dali
   póki jesteś młody, tylko szemraj,
   aż opuścisz rozległy nasz kraj,
   już nigdy więcej nam nie zaszemrasz."

   Niebieski skrzypek i anielska harfistka jednocześnie zaczęli grać piosenkę
Bruml
íka, a do nich przyłączył się też śpiewaczy chór aniołów. Gwiazdka zaczęła tańczyć na podium kosmiczny walc.
   To było widowisko!
   Tak czarodziejskiego tańca, ozdobionego kolorowym iskrzeniem tancerki, Niebieskie Miasto nigdy nie ujrzało. Oklaski niebianin nie ustawały. Anielski chór dokończył śpiewanie, skrzypce dokończyły pieszczotliwie uśmiechania się, harfa dokończyła pomalutku śnić. Jeszcze ostatnie kroki kosmicznej tancerki, ukłony, a potem już wołania zachwytu.
   Święty Piotr ze złożonymi rękami też uśmiechał się i kiwał głową. Kiedy sala ucichła, wystąpił na podium, pogłaskał oboje artystów i przemówił: "Gwiazdko i
Brumlíku! Oboje jesteście szczęśliwymi posłańcami swoich domów. W Niebieskim mieście tęsknilibyście wkrótce za rodzicami i przyjaciółmi. Ty, Brumlíku
, za kulą ziemską, której jeszcze nie znasz. Na Ziemi jest o wiele więcej dobrych i łaskawych ludzi, do których należysz też ty, niż tych złych. Raz wrócisz tutaj znowu, do Niebieskiego Miasta, sam, bez trzykrotnie świętego Walentego i bez jagód."
    Brumlík zapatrzył się na świętego Piotra. Wpadło mu do głowy wspomnienie o Piekle pod Beczką, o szkole, o nauczycielu
Drápalíku, ale też o mamie o tacie, jak się chyba oboje martwią, dlatego że uciekł. Gdyby oni wszyscy słyszeli anielski chór i widzieli tańczącą Gwiazdkę, zapomnieliby o wszystkich kłopotach i gniewach. "Ach tak!" westchnął.
   Do sali senatorskiej znowu przyleciała warta od złotej bramy. Jej dwókrotnie święty dowódca zgłasza świętemu Piotrowi: "Przed niebieską bramą wylądował dziwny samolot. Wysiadły z niego dwie postacie. Mężczyzna i kobieta. Przylecieli podobno dla córki, która jest w Niebieskim Mieście."
   Święty Piotr podniósł rękę i uspokoił senatorów. "Wszyscy powoli w spokoju przeniesiemy się ze swoimi poduszkowcami przed miejską bramę."

   Brumlík i Gwiazdka wzięli się za ręce i usiedli do poduszkowca świętego Piotra i jego doradcy, trzykrotnie świętego Walentego. Wietrzyk niósł ich wolno do niebieskiej bramy. Plac Stokrotki wydawał się im piekniejszy i bardziej pachnący. Na wszystkich ulicach niebianinie machali im, pozdrawiając. Na ulicy Jagodowej wołali: "Zatrzymajcie się na słodziutki sok."
   Dozorczyni Pokrzywowa wołała: "Przyjdźcie punktualnie na obiad. Będą ciastka z serem i makiem."
   Święty Piotr powiedział: "O, ja też je lubię!"
   Przy złotej bramie wszyscy zeszli z poduszkowców i święty Piotr je otworzył. Grupka senatorów wychodziła z miasta.
   Można opisać tylko z trudem, co było widać, słychać i jak wołano senatorów, kiedy stanęli na niebieskiej łące, oświetlonej słońcem, co krzyczano, kiedy bulgocące chmury, rozwiewane wietrzykiem i zdyszanymi niebianinami, bryzgały jak bańki mydlane.
   Stał tu duży samolot odrzutowy. O takim mówiło się na Ziemi i w niebie, że nikt go jeszcze nie zobaczył.
   Święty Piotr zawołał: "Uspokójcie się! Cisza! Jest to przyjacielska wizyta!"
   Sam szedł naprzeciw obu postaciom. W nastałej ciszy odezwał się radosny okrzyk: "Mamo, tato!"
   Jak na wyścigi biegała Gwiazdka między bańkami do mamy. Jak inaczej! Obejmują się i tata bierze ją w ramiona.
   Brumlík stoi niedaleko zdziwiony, a z nim też anioł Walenty.
   "To są moi obrońcy, mamo!"
   Ale już spotyka się tata ze świętym Piotrem i jego doradcami. Senatorowie dziwią się bezradnie i patrzą bez ruchu, jak po okręgu kołowego samolotu iskrzy tęczowa łuna, właśnie taka, która ozdabia Gwiazdkę i ich ręce. Chyba też trochę obawiają się i przerażają. Doradca Piotra, trzykrotnie święty Albert, kiwa do nich, aby podeszli. Otaczają pilota i słuchają uważnie, co mówią święty Piotr, pilot tata, mądry doradca Albert Einstein.
   "Wszystkich was interesuje, jak znaleźliśmy wasze Niebieskie Miasto? Nasza córka, na którą mówicie Gwiazdka, ma wokół siebie iskrzącą, tęczową kulę. Nie jest to ozdoba, ale sygnał kosmicznej stacji nadawczej, którą jest ona sama. Według tej łuny szybko ją odnaleźliśmy."
   Doradca Albert miał na myśli wiele pytań, ale nie pytał się. Jest przecież w niebie, a w niebie już się naukowo nie bada.
  
Brumlík żegna się z Gwiazdką. Jest mu smutno, ale uśmiecha się, chociaż trochę. Gwiazdka podaje mu małą kieszonkę, są w niej małe ziarenka. "Kiedy jedno upuścisz na ziemię, powstanie wokół ciebie iskrząca kula, która będzie nadawać w kosmos wiadomość dla mnie, że żyjesz i pamiętasz o mnie. A ja ci odpowiem tak, że zamrugam. I wróć z nieba do domu, do mamy i jagodowego lasu. Pozdrów Amorka, który nam przyznał wiecznie wieczną kosmiczną miłość."
   Jeszcze oboje objęli się, dali sobie buzi i Gwiazdka szła do samolotu. Brumlík machał jej, póki nie zniknęła w samolocie. Samolot odzwierciedlał się, zaświecił i nagle zniknął w niebieskim błękicie. Jego start rozrzucił góry bulgotających chmur, jak też głębokie doliny i drogi do Niebieskiego Nieba, gdzie wstrząsnął wysokimi wieżami.
  
Brumlík ścisnął mocno rękę Walentego. Anioł trzykrotnie święty wziął go w ramiona i wzniósł się. Niebieskie Miasto, złota brama, straże, senatorowie i święty Piotr znikali w zamgleniu.
  
Brumlík otworzył oczy. Trzykrotnie święty Walenty, anioł, głaskał go: "Jesteś w domu, Brumlíku."
   Przed nimi drewniana furtka, podwórko, gdzie właśnie gospodyni karmi kury. Na przyzbie bawi się kot
Týna z kociętami.
   "Nie zapomnij o niebie! Masz tam wielu przyjaciół."
   Zdziwiony
Brumlík: "Dziękuję, Walenty, tobie i niebu. Pozdrów wszystkich świętych."
   Jeszcze chciał zawołać "szczęśliwej podróży", ale anioł Walenty był już zbyt daleko.
   "Mamo!"
   "
Brumlíczku!"
   Jeszcze nie jest to koniec bajki. Musiałyby go oddzwonić wszystkie dzwonki, które rosną na stoku w Piekle pod Beczką.
   Było to długie opowiadanie o niebie, co
Brumlík w nim widział i przeżył. Wszyscy, którzy go uważnie słuchali, nie przestawali się dziwić. Tata powiedział: "Już dość opowiadania, jutro Brumlík musi iść do szkoły!"
   I szli. Kiedy oboje weszli do klasy, pozdrowili głośno: "Dzień dobry!"

   Uczniowie zaczęli tupać, a pan nauczyciel Drápalík był tak zdziwiony, że wstał, nie powiedział ani słowa i gapił się ze zdziwieniem na Brumlíka i jego tatę.
   "Panie nauczycielu, prowadzę do pana zgubionego syna, który powrócił wczoraj wieczorem."
   "Skąd powrócił, gdzie się włóczył?"
   "Był daleko, dalekuchno, aż w Niebieskim Mieście."
   Nagle klasa była cicho.
Drápalík upuścił rózgę i patrzył z otwartą buzią. "Ale to kłamczuch, ten pana chłopiec! Do nieba nie chodzi się, nikomu tam nie wolno iść, nikt tam nie zna drogi!"
   "Będzie najlepiej, jeśli opowie panu i całej klasie o Niebieskim Mieście."
   "Niech opowie, niech opowie!" odezwała się klasa.
   I cała klasa zaczęła tupać.
   Nauczyciel
Drápalík: "Niech zatem opowie. Usłyszymy, usłyszymy, a kłamcę ukarzemy!"
   Tata: "Nie bój się nikogo. Jestem tu z tobą. Zabierz się więc do tego!"
   Bruml
ík stanął na schodek, a klasa uciszała się powoli, aż było zupełnie cicho.
  
Drápalík też usiadł i tylko w czasie opowieści kręcił głową. Kiedy Brumlík opowiadał o Gwiazdce, jak tańczyła, a on śpiewał, tego już Drápalík nie wytrzymał i zaklął: "Ty przeklęty chłopaku, ale ty umiesz kłamać!  I wystarczy!"
   Klasa nawet nie pisnęła.
   Bruml
ík uśmiechał się i powiedział: "Kiedy wystarczy, to wystarczy! Patrzcie na te maleńkie ziarenko!"
   Nikt nie zauważył, jak puścił je na podłogę. Ziarnko zmieniło się w świecącą jasno kuleczkę, która szybko rosła, póki nie powstała z niej wielka, tęczowa kula, w której stał
Brumlík. Wokół niego iskrzyły tęczowe iskierki. Brumlík szedł od ucznia do ucznia, każdemu pogłaskał rękę. Na ręku i wkoło niej została tęczowa, świecąca kula. Na koniec podszedł do
Drápalíka i oświetlił jego rękę.
   "Nie są to czary, nie zrobią panu żadnej krzywdy, nie zdmuchnie ich pan niczym, nie utopi pan w wodzie. Będą z panem, póki nie będzie pan nikogo obrażać. Znikną przy pierwszej ordynarności. Zobaczy pan sam, jak szybko i komu najpierw!"
   I wszyscy umilkli i patrzyli jeden na drugiego, kto to będzie. A
Drápalík tkwił w przerażeniu. Patrzył na uczniów. Wszyscy mieli na rękach piękne, świetlne kule. Podniósł rózgę: "Macie wolne! Wszyscy precz!"
  
Uczniowie wstawali ostrożnie, powoli i cicho. Obawiali się, żeby piękna ozdoba nie spadła im z rąk, albo żeby ktoś jej nie uszkodził. Wszyscy chcieli iść z nią do domu i pochwalić się wszystkim sąsiadom. Nagle wszyscy byli dobrzy. Nie krzyczeli, nie rzucali kamieniami w koty, nie bili się.
   Mamy i tatowie tylko ciągle się dziwili: "Co to się z naszymi dziećmi dzieje? Co to za ozdoby noszą na rękach?"
   Jeden z ojców oznajmił, że są to bańki mydlane, które nie pękają. Jedna mama powiedziała, że są to kule z miękkiego, kolorowego szkła. W Piekle pod Beczką wszyscy wyjaśniali, z czego są te ozdoby, ale na próżno. I w ten sposób wszyscy zaczęli wierzyć w opowiadanie Bruml
íka. Pan nauczyciel
Drápalík też.    Jednego wieczora niebo było usiane gwiazdami. Brumlík zatrąbił na trąbce i cała wieś spotkała się na wiejskim placu przed kuźnią.
  
Brumlík pokazał sąsiadom gwiazdozbiór Wielkiego Wozu, a na nim gwiazdę, przy której jest mała gwiazda, gdzie ma dom jego przyjaciółka Gwiazdka. Bruml
ík pozwolił stworzyć wokół siebie tę piękną świecącą kulę.
   "Wpatrzcie się uważnie w małą gwiazdkę. Ona mruga naprawdę! Mrugają też inne gwiazdy! Wszystkie pozdrawiają nas."
   Wieczorem niesie się wołanie: "Pozdrawiamy Gwiazdkę
Bruml
íka, jak też Niebieskie Miasto!" i wszyscy zaczęli śpiewać: "Gwiazdki, dobranoc..."
   I co było, co się stało i co się nie stało.
   Cała wieś nie spała z powodu powrotu
Brumlíka. Jeszcze się to nigdy nie zdarzyło na naszej kuli ziemskiej, żeby mały diabeł z Piekła odwiedził Niebieskie Miasto, żeby go tam zaniósł trzykrotnie święty Walenty i ten sam zwrócił go do Piekła pod Beczką mamie i tacie. Wieśniacy zatrzymywali się w grupkach i namiętnie rozmyślali nad tym, ale wyjaśnienia nie znajdywali. Niektórzy oznajmiali też, kiedy Bruml
ík opowiadał o Gwiazdce z Wielkiego Wozu, że mógł być chory z gorączki, podczas której mu się to wydawało. Po wiejskim placu biegały psy i goniły koty, a kury warczały i poszczekiwały. Wójt Malutki stojąc przy kuźni wołał ostrzegająco do megafonu: "Ludzie, powiedzcie ludziom, że jutro rankiem przyjadą dziennikarze, radio, telewizja. Przygotujcie się! Z nimi rozmaici gapie, włóczędzy, kradzieżomaniacy, spryciarze na rowerach, kryzowie w trabantach i pechowcy. Dlatego że nie mamy policjanta, mamy tylko weterana, który kuleje i nie ma nawet broni palnej, dlatego że był tylko artylerzystą, przygotujcie się!"
   Wieśniacy słuchali uważnie w strachu. To będzie zamęt! Jedynie cieszył się oberżysta Diablopiasek na beczce. Wszyscy, którzy przyjadą, będą pili piwo i jedli parówki, serdelki, kiełbasy. Zamówił przez telefon komórkowy w zamkowym browarze beczki piwa, a u rzeźnika Sporka wędliny. Wójt Malutki wetknął przed beczką znak drogowy: Zakaz wjazdu dla wszystkiego, co ma koła, a niedaleko postawił ławkę i kosz. Jutro na tej ławce on będzie siedział i pobierał wysokie kary, które ulokuje w koszu. Na furtce przy każdej chałupie pojawiła się tabliczka UWAGA, ZŁY PIES. Babki i dziadkowie załamywali ręce i lamentowali:

  "To wypadnie źle!
   Rozkradną nas!
   Ukryjmy drób i taczki!
   Będzie się palić jak na wojnie!
   Schowamy się w piwnicach!"
   Na drugi dzień rano zabrzmiał megafon wójta: "Ludzie, powiedzcie ludziom, że nikt nie przyjedzie! Już nie bójcie się!"
   Piekło pod Beczką ożywiło się znowu. Kury wypuszczone z kurników rozpierzchnęły się po podwórzu. Późnym popołudniem znowu zabrzmiał megafon wójta: "Ludzie, powiedzcie ludziom, że jutro przyjedzie telewizja. Przygotujcie się!"
   Mieszkańcy pozamykali znowu kury, a na furtkach powiesili nowe tabliczki - Uwaga zły pies - albo: Wścieklizna.
   W nocy rozpadało się. Na zboczach tworzyły się strumyki i woda gnała po wsi, gdzie wypełniała gnojowiska przy chałupach, studnie i piwnice. Rano przestało padać.
   Znowu zabrzmiał megafon wójta: "Ludzie, powiedzcie ludziom, że dzisiaj nikt nie przyjedzie!"
   Słonko prześwitywało, pod wieczór Piekło zakryła mgła. W mgle mieszkańcy czekali, zabrzmi wójt? I zabrzmiał megafon: "Ludzie, powiedzcie ludziom, że jutra przyjadą dziennikarze. Przygotujcie wiadra, zmiotki, motyki, łopaty. Zatrudnimy ich wynoszeniem wody."
   Tak też się stało. Wszyscy pracowali aż było ciemno. Wieczorem wójt zwrócił im klucze do samochodów i podziękował za pomoc. Przez megafon ogłosił: "Ludzie, powiedzcie ludziom, że już do nas nikt nie przyjedzie!"
   Psy wróciły do swoich bud, kury do kurników. Rano prześwitywało słońce i zaczęło osuszać zbocza i łąki. A na nich pojawiły się niebieskie łąkowe dzwonki. Wietrzyk powiał leciutko i dzwonki rozdzwoniły się cieniutko.



                                                     

                                                 Koniec



www.janbudar.pl


Jan Budař i Antonín Dočekal  - wnuk i jego dziadek - napisali dla Was dwie wyjątkowe bajki. Antonín napisał ją ręcznie, Jan na ipadzie. Antonín tę swoją zaopatrzył własnymi ilustracjami, tę Jana ilustrował artysta plastyk David Fišer.

Czy wiecie, co się stanie, kiedy na wojnie pozbawicie człowieka życia? Jego dusza już was nie opuści i będzie męczyć, póki jej nie pomożecie odejść w pokoju na tamten świat. I właśnie to się przydarzy byłemu artylerzyście Leopoldowi
Bumbácowi. Czeka na niego pełna utrapienia i niebezpieczna droga na ratunek dusz, które ma na sumieniu. A przez to ocali też swoją.
   Czy w Piekle pod Beczką są tylko złe diabły? Nie są. Jest tu też mały wiercipięta Brumlík, który pomoże Gwiazdce, która spadła z nieba, powrócić do swoich rodziców.

ISBN 978-83-929852-2-8

---Warsaw, May 2014 Copyright MB ---