Slovak-Czech-Polish-English fairy-tales



Barbora Škovierová (tekst) - Tatiana Dragošeková-Pajonková (ilustracje)






                               Spójrz, jak jest dzisiaj pięknie!

                                                    Look, how is beautiful today!

                    Pierwszy słowacko-czeski słownik dla dzieci
                   The first Slovak-Czech dictionary for children








                               Tłumaczyła z języka słowackiego na język polski i angielski

                        Slovak-Polish-English Translation by © Magdalena Budkowska











                                                                   Warszawa 2014







ISBN 978-83-929852-4-2

 

Copyright©Bratysława 2009

Wydawnictwo Kontakt, Jungmannova 20, 851 01 Bratysława,

ISBN 978-80-968985-7-2

tel.: 0908 069 388, e-mail: info@kontakt50.sk, www.kontakt50.sk

Słowacki literacki klub w Czeskiej Republice, Salmovská 11, 120 00 Praga 2.



Książka ukazała się z pomocą Ministerstwa Kultury Czeskiej Republiki, Ministerstwa Szkolnictwa, Młodzieży i Wychowania Fizycznego Czeskiej Republiki i Urzędu dla Słowaków żyjących zagranicą

Edycja Dziecięce książki, publikacja numer 7

Wydanie pierwsze

Projekt okładki i opracowanie graficzne: inż. Radim Jančovič

Adiustacja językowa czeskiego tekstu: Jan Kuča

Druk: Kasico S.A. 2009

EAN 9788096898572



Podziękowanie / Thanks to

Rachelce, bez której ta książka nie byłaby napisana [Rachelka, the book would not be written without her help]

Za wsparcie dziękujemy Ministerstwu Kultury Czeskiej Republiki [Ministry of Culture of Czech Republic for the support],

Ministerstwu Szkolnictwa, Młodzieży i Wychowania Fizycznego Czeskiej Republiki [Ministry of Education, Youth and Sport of Czech Republic],

Urzędowi dla Słowaków żyjących zagranicą [Office for Slovak living abroad],

Zlaticy i Stanisławowi Maarovcom z Bogoty (Kolumbia) [Zlatica and Stanislav Maarovec from Bogota (Colombia) i inż. Jurajowi Janechowi, Bonavita Servis, sp. z o.o. [and to engineer Juraj Janech, Bonavita Servis, Co.]



Cześć! Oto Agatka.

Mama Agatki jest Słowaczką. Mówi po słowacku. Tatuś Agatki jest Czechem. Mówi po czesku. Każdy mówi w swoim języku, a przecież się rozumieją. Agatce to się podoba. Z mamą rozmawia po słowacku, z tatą po czesku.



Hi! This is Agatha.
Her mum is Slovak. She speaks Slovak. Her dad is Czech. He speaks Czech. Everybody speaks own language, but they understand each other. Agatha likes it. She speaks Slovak with her mother, and Czech with her father.



[Wersja słowacko-czesko-polsko-angielska = Slovak-Czech-Polish-English version]

A apríl / duben1 / kwiecień / April



   Agatka urodziła się w kwietniu. Kwiecień to wiosenny miesiąc. Mamusia mówi, że kiedy Agatkę nieśli do domu ze szpitala, było pięknie. Słońce przedostało się do każdej szparki, na kwitnących drzewach podskakiwały szczebiotające ptaszki i powietrze pachniało. Tak jakby się cała przyroda cieszyła z mamą i tatą, że mają ukochaną, małą, zdrową dziewczynkę.
  
   Agatha was born in April. April is a spring month. Mum said, that when Agatha was taken to home from the hospital, it was beautiful. The sun penetrated through each gap, the chirping birds were jumping on the blossoming trees, and the air smelt. It looked like all nature was happy with mum and dad, that they had such a beloved, healthy, little girl.



B bábätko / miminko / dzidziuś / baby



   Agatka była dobrym dzidziusiem. Dużo spała, mleczko od mamusi jej smakowało, a kiedy przypadkiem się rozpłakała, rodzice ją przytulili, kołysali w ramionach, pokazywali jej zabawki. Agatka szybko sprawdziła, że kiedy dzidziusie zapłaczą, mamusie za nimi zaraz przybiegną. Jakie to proste!





   Agatha was a good baby. She slept a lot, milk of her mum tasted her, and when she started to cry by chance, the parents were clasping it, rocking in their arms, showing the toys. Agatha verified fast, that if babies cry, mothers come after them. How simple it is!





C ceruzka / tužka / ołówek / pencil



   Czas tak szybko leci! Agatka wyrosła, jest z niej mała panna, przecież ma trzy lata. A co chętnie robi? Prawie każdego dnia rysuje. Ołówki, farbki i kredki świecowe ma ułożone w pudełku. Rysunkami zapełni cały papier. "To jest kretowisko. Tam mieszka kret", wyjaśnia. Niekiedy pomaluje obrazek tylko jednym kolorem. "Dzisiaj mam pomarańczowy dzień", powie potem. Kiedy jej się nie chce rysować, przynajmniej pomaluje malowanki. Ale kiedy pomalowała ołówkami ścianę w kuchni, mamusia się gniewała. "Mamo, w ten sposób ta ściana wygląda lepiej", przekonywała mamę Agatka.




   Time goes by so quickly! Agatha grew, she is a little girl, but she is three years old. And what is she doing with pleasure? She draws almost every day. Pencils, paints and wax crayons are arranged in the box. She fills all paper with her drawings. "This is a molehill. A mole lives there", she explains. Sometimes she paints the picture with one colour only. "Today I have an orange day", she says later. If she doesn't want to draw, she paints the pictures at least. But when she painted with pencils the wall in the kitchen, her mum was angry. "Mum, the wall looks better in this way", Agatha persuaded her.



Č čučoriedka / borůvka / czarna jagoda / blueberry



   W lecie rodzice wybrali się z Agatką na urlop. Chodzili na spacer do lasu. W ciszy odzywało się tylko skrzypienie drzew i szum wiatru w koronach. Tatuś pokazał Agatce ciemnoniebieskie jagódki. "To są czarne jagody, są słodziutkie, spróbuj!" Agatka chodziła po lesie i jadła czarne jagody. Podobało jej się, że rosną nisko i może sama je sobie zerwać. Rodzice tymczasem siedzieli na trawie. Kiedy do nich zadowolona Agatka za chwilę przybiegła, palce i też język miała całe fioletowe. "Ty jesteś naszą jagódką!" roześmiał się tatuś.





   In the summer the parents went with Agatha on holiday. They went for a walk in the wood. In the silence the creak of the trees and the sound of wind in the crowns of the trees were heard only. Dad showed Agatha dark blue blueberries. "These are blueberries, they are sweet, try some!" Agatha walked in the wood and ate blueberries. She liked it, that they grew low and she could pick by herself. Meanwhile the parents sat down on the grass. When satisfied Agatha ran towards in a moment, she had fingers and the tongue all violet, too. "You are our blueberry!" dad laughed.










D dážďovka / žížala / dżdżownica / earthworm



   Agatka dostała na urodziny dziecięcy parasol. Przechadzała się z nim po mieszkaniu i udawała, że pada deszcz. "Słyszysz, jak krople stukają?" pytała się taty. "Słyszę", przytaknął. A potem za oknami naprawdę się rozpadało. "Chodź, coś ci pokażę", powiedział tata, kiedy na zewnątrz było już po deszczu. Agatka założyła kalosze. Tata pokazał jej w trawie i na chodniku dżdżownice. Wyglądały jak wielkie, gładkie robaki. "Dlaczego wychodzą z ziemi?" spytała się Agatka. "Po deszczu chcą się nawdychać czystego powietrza", wyjaśnił tatuś.




    Agatha got for her birthday a children's umbrella. She strolled around with it in the flat and she pretended, that it rained. "Can you hear drops of rain tapping?" she asked dad. "I can hear", he agreed. And later it really started to rain out of the windows. "Come, I will show you something", dad said, when it stopped already to rain outside. Agatha put on wellington boots. Dad showed her earthworms on the grass and on the pavement. They looked like big, smooth worms. "Why do they go out of the soil?" Agatha asked. "After rain they want to breathe in fresh air", dad explained.




Ď ďatelina / jetel / koniczyna / clover



   Babcia zna z nazwy wszystkie roślinki. "Dmuchawiec, krwawnik, babka – a to jest koniczyna", pokazuje dzieciom na łące. Na różowe i białe kwiatki przylatują pszczoły. Łąka słodko pachnie. "Pszczółki robią z koniczyny miód?" pyta się Agatka. Dzisiaj jest u babci z przyjaciółmi, Tomkiem i Weronką. "Przecież wiesz, że tak", mówi babcia. "I nie tylko to. Koniczynką karmimy zwierzątka. Kiedy byłam mała, zrywałam ją dla naszych królików." "Mamusia mówiła, że czterolistna koniczyna oznacza szczęście", mówi Tomek. "Wczoraj szukaliśmy je w trawie." "A co znaczy trzylistna koniczyna?" pyta się Weronka. "Myślę, że mogłaby oznaczać troje przyjaciół – Tomka, Agatkę i Weronkę", uśmiecha się babcia i głaszcze dzieci po głowach.




   Grandma knows all plants in name. "Dandelion, yarrow, plantain – and this is clover", she shows the children on the meadow. Bees come on pink and white flowers. The meadow smells sweet. "Do bees make honey from the clover?" Agatha asks. She is today at her grandma with her friends, Tom and Veronka. "Don't you know, that yes?" grandma says. "And not only like that. The animals are fed clover. When I was a small child, I picked it for our rabbits." "Mum says, that a four-leaf clover means luck", Tom says. "Yesterday we were looking for it in the grass." "But what does a three-leaf clover mean?" Veronka asks. "I think it would mean three friends: Tom, Agatha and Veronka", grandma smiles and she strokes the children's heads.

E električka / tramvaj / tramwaj / tram
 


   Jedziemy do miasta tramwajem. Za sobą pozostawiamy osiedle, domy i park. Nagle tramwaj zahamuje przed skrzyżowaniem. Co się dzieje? Pośrodku drogi stoją samochody, a wokół nich poniewierają się porozrzucane pudełka. Z ciężarówki zsunął się towar i spowolnił ruch. Już pojawił się też policjant i kieruje ruchem. Ale tramwaj musi poczekać. Po szynach nie da się jechać dalej. Motorniczy otwiera wszystkie drzwi i prosi podróżnych, aby przesiedli się do przygotowanego autobusu. Jest to zastępcza komunikacja. Pusty, czerwony tramwaj stoi na szynach, a szeroko otwarte drzwi wyglądają jak smutne oczy. Agatka szybko do niego pomacha, żeby go przynajmniej trochę pocieszyć.




   We are going to the town by tram. We leave the housing estate, houses and the park behind us. Suddenly the tram brakes before the crossroads. What happens? In the middle of the road cars stand and round them scattered boxes lie about. Goods slid from the larry and slowed down the traffic. A policeman has already appeared and he directs the traffic. But the tram must wait. You cannot go on the track farther. The tram driver opens all the doors and asks the passengers to transfer to the prepared bus. This is a substitute transport. The empty, red tram stands on the track and wide open door looks like sad eyes. Agatha waves to it quickly to console it a little at least.



F fúrik / kolečko / taczki / wheelbarrow



   "Babciu, babciu, jeszcze!" zawołała rozbawiona Agatka do babci. Były razem w ogrodzie. Babcia pieliła i chwasty wrzucała na taczki. Agatka kręciła się przy niej z czerwoną konewką i pomagała jej. Babcia wsadziła ją na koniec na taczki, poleciła dobrze się trzymać i do sytości powoziła ją po ogrodowych ścieżkach. "Jeszcze?" pytała zasapana babcia. "A kiedy zrobimy przerwę?" "No, przecież nigdy!" zdziwiła się Agatka.




   "Grandma, grandma, once again!" amused Agatha called out to the grandma. They were in the garden together. Grandma weeded and she threw weeds into the wheelbarrow. Agatha bustled round her with a red watering can and she helped her. Grandma put her on the wheelbarrow in the end, she told her to hold on good and she drew her to satiety on the garden paths. "Once again?" breathless grandma asked. "And when are we going to make a break?" "Well, but never!" Agatha was surprised.


G gombík / knoflík / guzik / button



   Agatka ma też prababcię. Jest to mamusia babci. Prababcia ma 88 lat. Oczy, palce, nawet nogi już jej nie słuchają. Kiedy jednak do niej przyjdzie Agatka, babcia się ożywia. Wyciąga z szafy pudełka pełne skarbów i chusteczki z bajkowymi obrazkami. Agatka lubi przecież najbardziej blaszane pudełko z guzikami. Wytrzymuje wielogodzinne grzebanie w nich, układa je według wielkości i koloru. Guziki w pudełku delikatnie grzechoczą. Perłowy guzik migocze wszystkimi kolorami. Czerwone guziki wyglądają jak kwiatki. A ten guzik przyszyjemy do spódniczki!




   Agatha has a great grandma, too. She is a mother of the grandma. Great grandma is 88 years old. Her eyes, fingers, even legs don't obey her yet. But when Agatha comes to her, great grandma livens up. She pulls out the wardrobe boxes full of treasures, and handkerchieves with fabulous pictures. But Agatha is fond of boxes with buttons. She stands many hours fumbling in it, she arranges them according to size and colour. Buttons in the box rattle gently. The pearl button glitters of all colours. Red buttons look like flowers. And this button we will sew onto a skirt!






H hojdačka / houpačka / huśtawka / swing



    Kiedy do Agatki przyjdą dzieci w odwiedziny, największą pokusą jest huśtawka, powieszona w pokoju. Wisi ona pod sufitem na dwóch mocnych linach i mogą się na niej huśtać też dorośli. Tatuś przymocował ją tak, aby każdy mógł się porządnie rozhuśtać i przy tym w nic nie uderzył. Najpierw huśta się Tomek. Podoba mu się to, wesoło się śmieje i piszczy. Potem jest w kolejce Weronka, a na koniec Agatka. Nie, jeszcze jest tu przecież pluszowa owieczka, ta też się chce pohuśtać! Wszyscy wiemy, dlaczego huśtanie jest takie przyjemne. Jest to jak lecieć bez skrzydeł, nieprawdaż?




   When children come and see Agatha, the biggest temptation is the swing, hanging in the room. It is hanging under the ceiling on two strong ropes and adults can swing on it, too. Dad fastened it so, that everybody can swing properly and doesn't hit on anything on this occasion. Tom is swinging first. He likes it, he laughs joyfully and squeaks. Later Veronka is in the queue and Agatha is in the end. No, but it is still a plush sheep here, it wants to swing too! We all know why swinging is so pleasant. It is like flying without wings, is it not?

CH chrobák / brouk / chrząszcz / beetle



Na leśnej ścieżce leżał wielki, czarny chrząszcz, przewrócony na grzbiet i bezradnie kopał nóżkami. Nie mógł się obrócić. "Tato, co z nim zrobimy?", zapytała Agatka. "Pomożemy mu, aby się nie martwił", powiedział tatuś. Wziął z ziemi gałązkę i ostrożnie podniósł nią chrząszcza. Ten ją zachłannie objął. Tatuś położył gałązkę z chrząszczem na trawę. Chrząszcz pobiegł sobie. "Widzisz, jak się spieszy?" zaśmiał się tatuś. "Chyba musi iść do pracy", mądrzyła się Agatka.




    A big, black beetle lay on the forest path, overturned on the back and it kicked with the limbs helpless. It couldn't turn over. "Dad, what are we going to do with it?" Agatha asked. "We will help it not to worry", dad said. He took a twig from the ground and raised the beetle carefully with it. It embraced it greedily. Dad put the twig with the beetle on the grass. The beetle run away. "Can you see, how it is in a hurry?" dad burst out laughing. "Probably it had to go to work", Agatha showed off her knowledge.


 
I ihrisko / hřištĕ / plac zabaw / playground


   Na osiedlu wybudowali piękny plac zabaw. Jest tam zjeżdżalnia, huśtawki, drabinki i piaskownica. Mama Agatki jednak powiedziała: "Pojedziemy na wycieczkę z przyjaciółmi. Najlepszym placem zabaw jest przyroda!". I naprawdę. Drzewa i pnie są jak drabinki, w niskich krzakach można bawić się w chowanego, na łące można się wybiegać i zagrać w piłkę. A jak myślicie, kto wdrapał się na pień? Tomek. "Zobaczcie, jak jestem wysoko!" śmiał się i wesoło przytupywał.






    A beautiful playground was built on the housing estate. There are a slide, swings, ladders and a sandpit there. But Agatha's mum said: "We are going on a trip with friends. The best playground is nature!" And really. The trees and the trunks are like ladders, you can play in low bushes hide-and-seek, on the meadow you can have a good run and play football. And what do you think, who climbed up a trunk? Tom. "Look, how high I am!" he laughed and stamped joyfully.

J jeseň / podzim / jesień / autumn




   Jest jesień. Ochłodziło się i drzewa mienią się wszystkimi kolorami. Żółty, pomarańczowy, czerwony i brązowy – to jest piękno! Co jest najlepsze jesienią?


"Mnie się podoba, kiedy zbieramy liście, które spadły na ziemię, w domu malujemy je akwarelami, a potem odciskamy na papierze", mówi Agatka. "Mnie się podoba, że chodzimy na dwór w płaszczu przeciwdeszczowym i kaloszach", dodaje Weronka. "Mnie się podoba, kiedy z kasztanów robimy zwierzątka", mówi Tomek. "Jak?" dziwi się Weronka. "Z zapałek. Możesz sobie zrobić krówkę i jeżyka też." "A mnie się jeszcze podoba, kiedy nam suche liście szeleszczą pod nogami! To jest najlepsze!" zawoła Weronka.



   It is autumn. It grew cooler and the trees shimmered with the colours of the rainbow. Yellow, orange, red and brown – it is a beauty! What is the best in the autumn?


"I like collecting by us leaves, which fell on the ground, we paint them in watercolours at home, and later we imprint on the paper", Agatha says. "I like going outside in the raincoat on and wellington boots", Veronka adds. "I like making animals from chestnuts", Tom says. "How?" Veronka is surprised. "From the matches. You can make a cow and a hedgehog, too." "And I like still rustling of dry leaves under the feet!" "It is the best!" Veronka called out.



K korytnačka / želva / żółw / tortoise




    Tomek dostał na urodziny żółwia. Bardzo się z niego cieszył, a mamusia go uczyła, jak o niego dbać. Tomek chętnie obserwował, jak zwierzątko biega po ogrodzie. Żółwiowi smakowały podobne rzeczy jak chłopcu – marchew, pomidory, jabłka i ogórki, ale oprócz tego szczególnie liście mniszka i inne soczyste roślinki. Tomek tylko się dziwił, że żółw śpi przez całą zimę, aby był zdrowy i silny.


Dzieci, czy umiecie sobie wyobrazić, że byście przespały całą zimę, mikołajki i Boże Narodzenie?



   Tom got a tortoise for his birthday. He was happy about it very much and mum had learnt him how to take care of it. Tom was willingly watching the animal running in the garden. The tortoise tasted similar food like the boy: a carrot, tomatoes, aples and cucumbers, but except that especially leaves of dandelion and another juicy plants. Tom was only surprised, that the tortoise slept all winter to be healthy and strong.


Children, can you imagine, that you would sleep all winter, Saint Nicholas' Day and Christmas?








L lienka / beruška / biedronka / ladybird
 


Agatce biega po koszulce biedronka. "Ale to piękny chrząszczyk", dziwi się dziewczynka. Kładzie biedronkę na palec i blisko ją bada.

Istnieje wiele gatunków biedronek, najbardziej znana jest jednak czerwona z czarnymi kropkami na grzbiecie. Mówi się o niej biedronka siedmiokropka. Biedronki są nie tylko piękne, ale i bardzo pożyteczne. Jedzą mszyce, które szkodzą roślinkom. Jesienią biedronki zbierają się razem w grupie i wspólnie przezimują pod kamieniami.

"Agatko, opowiem ci bajkę o biedronce", mówi babcia. "Kiedyś się o niej mówiło też Boża krówka."


Boża krówko, gdzie jest twoja mamusia?

Za górami, za dolinami!

Co tam robi?

Piwo warzy!

Leć, biedronko!

[Na Słowacji]



Biedroneczko, leć do nieba,

przynieś mi kawałek chleba!


[W Polsce]



Leć, biedronko, leć do nieba,

dokąd cię Pan Bóg powiedzie.

Powiedzie cię złotą drogą

za panną do nieba.


[W Czechach]




    A ladybird is running on Agatha's T-shirt. "What a beautiful beetle", the girl is surprised. She put the ladybird on the finger and she examines it closely.


Many species of ladybirds exist, but the most known ladybird is a red one with black spots on the back. It is said ladybird seven spots. Ladybirds are not only beautiful, but very useful, too. They eat plant louses, which are harmful to plants. In the autumn ladybirds gather in the groups together and they spend the winter under the stones.


"Agatha, I'll tell you a fairy-tale about a ladybird", grandma says.





Ladybird, where is your mum?


Behind the mountains, behind the valleys!


What is she doing there?


She brews beer!


Fly, ladybird!


[In Slovakia]


Ladybird, fly to the sky,


bring me a piece of bread!


[In Poland]


Fly, ladybird, to the sky,


where Lord leads you.


He leads you a golden way


after a girl to the sky.


[In Czech Republic]





L' l’úbit’ / mít rád / lubić / to like
 
     Jest tyle rzeczy, które dzieci lubią! Kiedy Agatka była mała, najbardziej lubiła biały jogurt z krówką. Przy usypianiu przytula się do bawełnianej pieluszki i pluszowej owieczki. Podoba jej się kąpiel w wannie, zabawa w piaskownicy, bajki, wizyta u dziadków, wygłupianie się z tatą i przyjaciółmi. To wszystko lubi. Dziś jednak mamę bardzo ucieszyła. Przybiegła do niej, objęła ją i powiedziała: "Mamo, kocham cię!"



   There are a lot of things, which children like! When Agatha was a small child, she liked white yoghurt with a cow very much. Falling asleep she snuggles up to the cotton nappy and plush sheep. She likes bathing in the bathtub, playing in the sandpit, fairy-tales, the visit of the grandparents, tomfoolery with dad and friends. She likes it all. But today she made happy her mum very much. She run towards her, embraced her and said: "Mum, I love you!"





M mačička / kočička / kot / cat




   "Nasza Agatka wciąż udaje kotkę. Rano obudzi się i miauczy. Po obiedzie skuli się w kłębek, wysuwa języczek i znowu miauczy", mówi mamusia Agaty. "Czy wasze dzieci też udają zwierzęta?" pyta inne mamy, swoje przyjaciółki. "Weronka czasem zaryczy uaaaaaaaaaa jak lew i bardzo się przy tym śmieje", przypomina sobie mamusia Weronki. "Tomek chętnie udaje psa", mówi mamusia Tomka. "Chodzi po mieszkaniu na czworakach, szczeka, warczy na gości i chciałby jeść z miski na ziemi". "Jeszcze dobrze, że mamy kota!" zakończy z uśmiechem mamusia Agatki.



   "Our Agatha plays still a cat. In the morning she wakes up and miaows. After having lunch she curls up, sticks her tongue and miaows again", Agatha's mum says. "Do your children play animals, too?" she asks another mums, her friends. "Veronka roars sometimes uaaaaaaaaaa like a lion and she laughs at it very much", Veronka's mum remembers. "Tom willingly plays a dog", Tom's mum says. "He walks in the flat on all fours, he barks, growls at the guests, and would like to eat from the bowl on the ground". "It is still good, that we have a cat!" Agatha's mum ends off with a smile.




N nohavice / kalhoty / spodnie / trousers





    Agatka ubiera się. Idzie z mamą na dwór. Trochę jej się schodzi. "Spójrz, mamo, zgubiła mi się noga", zawoła naraz. Obie nogi wepchnęła do jednej nogawki, a druga nogawka dyndała przy niej na darmo. "No, to jest straszne", akcentuje mamusia. "Co zrobimy?" Agatka wybucha śmiechem, aż się dusi. "Tylko schowałam ją do nogawki, mamo." Potem się zastanowi i pyta: "Ale co byśmy robiły, gdyby się naprawdę zgubiła?" "Musiałabyś podskakiwać na jednej nodze jak ptaszek", odpowie mamusia. "I w ogóle nie potrzebowałabym spodni!"





   Agatha gets dressed. She is going with her mum outdoors. It passes her a little. "Look, mum, the leg has got lost", suddenly she calls out. She pushed both legs in one leg and the second leg dangled at it in vain. "Well, it is terrible", mum emphasizes. "What are we going to do?" Agatha bursts out laughing till she suffocates. "I have hidden it in the leg only, mum". Later wonders and asks: "And what are we going to do if it has got really lost?" "You would have to jump up on one leg like a bird", mum answers. "And I would not need trousers at all!"

O olovrant / svačina / podwieczorek / snack




    Lato się kończy. Tomek i Weronka wyruszyli z rodzicami na wycieczkę. Kiedy się dość nachodzili i wybiegali, rozłożyli na łące koc. Mamusie powykładały z toreb jedzenie: miękki, pachnący chleb, szynkę, sery, owoce, warzywa, ciasto i soki owocowe. "Dzieci, zjemy podwieczorek!" zawołał tata Agatki. Kiedy się dobrze najedli, Agatka podniosła z ziemi zaostrzoną gałązkę i zaczęła nabijać na nią opadłe liście. Potem z gałązką w ręce pobiegła do pobliskich drzew i stukała w nie. Weronka nie wytrzymała i zapytała: "Agatko, co robisz?" "Karmię drzewa. Też by chciały podwieczorek!"



   The summer ends. Tom and Agatha went with their parents on a trip. When they had gone and had had a good run enough, they put a blanket on the meadow. Mums took food out the bags: soft, fragrant bread, ham, cheese, fruits, vegetables, a cake, and fruit juices. "Children, we will have a snack!", Agatha's dad called out. When they had had enough to eat, Agatha picked up a sharpened twig from the ground and she started to fill fallen leaves on it. Later she run with the twig in the hand to the nearby trees and she was tapping at them. Veronka didn't stand it and asked: "Agatha, what are you doing?" "I feed the trees. They would like to have a snack, too!"




P palička / hůlka / pałeczka / stick
 




    Po wakacjach Agatka pójdzie do przedszkola. Przedszkolaki same potrafią jeść. A więc Agatka uczy się jeść łyżką i widelcem, ale tak naprawdę tego jej się nie chce. "Będziesz mnie karmić, mamo?" pyta przed każdym posiłkiem. Kiedy mamusia odmawia, Agatka próbuje dalej: "Dobrze, więc połowę zjem sama, a drugą ty mi pomożesz, tak?" "Spójrz, Agatko", mamusia pokazała dziewczynce obrazek w książce. "Dzieci w Japonii nie jedzą sztućcami tak jak my. Używają do jedzenia pałeczek i jak im to dobrze wychodzi! Ty też chcesz z chęcią spróbować z pałeczkami?"




   After holidays Agatha is going to the kindergarten. Pre-school children can eat alone. And so Agatha learns to eat with a spoon and a fork, but really she doesn't want to. "Will you feed me, mum?" she asks before having every meal. When her mum refuses, Agatha tries farther: "All right, so I will eat a half alone, and you will help me with a half, all right?" "Look, Agatha", her mum showed the girl a picture in the book. "Children in Japan don't eat with cutlery like us. They use sticks to eat and they manage it well! Do you want to try eating with sticks with pleasure, too?"


R rozprávka /  pohádka / bajka / fairy-tale



   "Tato, opowiesz mi bajkę?" pyta Agatka ojca wieczorem. "Przecież wiesz, że tak", mówi tata. Bajki chętnie opowiada. "A o czym byś chciała?" "O rzeźbach", poprosi Agatka. Tę bajkę polubiła, kiedy byli nad morzem w Grecji. Grecja jest przepięknym krajem pełnym opowieści. Agatka widziała tam ruiny starożytnych kościołów i rzeźby. Nie mogła tego zapomnieć. I tak tata wymyślił bajkę: "Kiedyś dawno temu, kiedy ludzie nie mieli jeszcze aparatów fotograficznych ani telefonów komórkowych, ani kamery, ani samochodu i pociągów, a chcieli kogoś zapamiętać, nie mogli zrobić mu zdjęcia. Albo narysowali obrazek, albo stworzyli rzeźbę. Rzeźbili w kamieniu, modelowali w glinie..." Bajka płynie jak rzeka i Agatce pomału zamykają się oczy. Dobranoc!



   "Dad, will you tell me a fairy-tale?" Agatha asks her dad in the evening. "But you know, that yes", dad says. He tells fairy-tales with pleasure. "And what would you like about?" "About the sculptures", Agatha asks. She liked this fairy-tale, when they were at the seaside in Greece. Greece is the most beautiful country full of tales. Agatha saw the ruins of the ancient churches and sculptures there. She couldn't forget it. And so dad made up a fairy-tale: "Once upon a time, when people didn't have cameras yet, neither mobile phones nor a video camera, nor a car, nor trains, and they wanted to remember somebody, they couldn't make a photo of him. They drew either a picture or created a sculpture. They sculptured in stone, modeled in clay..." The fairy-tale flowed like a river and Agatha's eyes closed slowly. Good night!


 
 
 
S slimák / šnek / ślimak / snail




   Po deszczu ogród jest pełny ślimaków. "Ślimak swój domek niesie na grzbiecie", pokazuje Tomek dziewczynkom. "A kiedy jest zmęczony, cały wejdzie do muszli i zamknie ją przykrywką", dodaje Weronka. "A znacie wierszyk: ślimak, ślimak, wystaw rogi, dam ci sera na pierogi?" pyta Agatka. "Nie znamy", kręcą głowami Tomek i Weronka. "Ale ja znam: ślimak, ślimak, wystaw rożki, dam ci grosik na twarożki!" przypomina sobie naraz Weronka.




   After the rain the garden is full of snails. "A snail carries its house on the back", Tom shows the girls. "And when it is tired, it comes all into the shell and closes it with the cover", Veronka adds. "And do you know a poem: snail, snail, stick the horns, I will give you cheese for dumplings?" Agatha asks. "We don't know", Tom and Veronka shake the heads. "But I know: snail, snail, stick the horns, I will give you a penny for cottage cheeses!" Veronka remembers suddenly.




Š šmykl’avka / skluzavka / zjeżdżalnia / slide





   Weronka weszła na zjeżdżalnię. Jest wysoko i nagle ona boi się ześliznąć. "Nie bój się, dasz radę. Będę cię trzymać za rękę i razem uda nam się to na pewno", proponuje mamusia. Weronka się wzbrania. Nie boi się wejść na górę po drabinie. Ale ześliznąć się... to jest coś innego. "Mam pomysł", mówi tata. "Ja ci podam piłkę i najpierw ją puścimy na dół." No więc! Piłka szybko się turla w dół, za chwilę za nią zjeżdża Weronka. I jeszcze raz! Sama!




   Veronka has climbed the slide. It is high and suddenly she is afraid to slide down. "Don't be afraid, you'll manage it. I'll hold your hand and we manage together certainly", mum suggests. Veronka refuses. She isn't afraid to climb the ladder. But to slide down... it's something else. "I have an idea", dad says. "I'll give you a ball and first we let it go down." Well, so! The ball rolls quickly down, in a moment Veronka slides down after it. And again! Alone!

T topánka / bota / but / shoe




    W przedpokoju pod lustrem stoi szafka na buty. Agatka wyciąga z niej buty mamy. Są dużo większe niż jej buciki. Niektóre mają obcasy, inne to niskie półbuty. Jest tam też para sandałów. Agatka je wszystkie wyjmuje i przymierza na swoje kapcie. Ostrożnie w nich stuka w przedpokoju, kręci się przed lustrem. "Co robisz, robaczku?" pyta mamusia z kuchni. "Mamo, jeżdżę na łyżwach w twoich butach!"



    In the hall under the mirror a shoes cupboard stays. Agatha takes out it her mum's shoes. They are much bigger than her shoes. Some have heels, another ones are low shoes. There is a pair of sandals, too. Agatha takes out them all and she tries on her slippers. Carefully she tapps with them in the hall, she turns round in front of the mirror. "What are you doing, worm?" her mum asks from the kitchen. "Mum, I skate in your shoes!"






Ť t’ava / velbloud / wielbłąd / camel




    "A gdybyśmy jutro poszli do zoo i popatrzyli na wielbłądy?" spytał się tata. "Tak, tak!" cieszy się Agatka. "Wiesz, w odległych krajach, na przykład w Afryce, wielbłąd jest domowym zwierzęciem – tak jak u nas krowy lub owce. Wielbłąd nosi ciężkie ładunki, daje mleko..." "A kiedy się gniewa, pluje!" nie odpuści dziadek. "Ale mój pluszowy nigdy nie pluje", spogląda na niego zdziwiona Agatka.





   "And if we are going tomorrow to the zoo and looking at the camels?" dad has asked. "Yes, yes!" Agatha is happy. "You know, in the faraway countries, for example in Africa, camel is a domestic animal like cows or sheeps at us. Camel carries heavy loads, gives milk..." "And when it is angry, it spits!" grandfather doesn't give up. "And my plush one never spits!" Agatha is looking at him surprised.






U ujo / strýc / wujek / uncle




   Wujek Szymon jest bratem mamusi Agatki. Chętnie wymyśla rzeczy, które potrafią rozśmieszyć dzieci. Siedzi z Agatką w hamaku w ogrodzie, bujają się i jedzą wiśnie. Agatka wybucha bulgoczącym śmiechem i nie może przestać. "Co tam we dwoje wyprawiacie?" woła do nich mamusia przez okno. "Wujek Szymon strzela ustami pestkami z wiśni", odpowiada Agatka. "I to jest takie śmieszne?" "Kiedy one latają aż nad sznurem do bielizny!" mówi Agatka. "Wujek Szymon chce nam tu posadzić wiśniowy sad", żartuje mamusia.




   Uncle Simon is a brother of Agatha's mum. He willingly makes up things, which can amuse children. He is sitting with Agatha in the hammock in the garden, they are rocking eating cherries. Agatha bursts out laughing gurgling and she can't stop it. "What do you think you are doing both there?" mum is calling them through the window. "Uncle Simon is shooting with mouth with cherries' stones", Agatha answers. "And is it so funny?" "But when they are flying above the cloth line!" Agatha says. "Uncle Simon wants to plant a cherries' orchard here", mum is joking.




V vedierko / kyblíček / wiaderko / bucket




    Agatka była latem po raz pierwszy nad morzem. Bardzo jej się podobało, jak morze szumi. Zbierała muszelki i pomagała tacie postawić zamek z piasku. Morze delikatnie podmywało brzeg i Agatka moczyła nogi w ciepłej wodzie. "Mamo, zobacz, jak morze się ze mną bawi", wołała radośnie i klaskała w ręce. A kiedy się obejrzała, zauważyła, że rozswawolona fala zmyła z brzegu jej czerwone wiaderko. "Tato, morze zabrało mi wiaderko!" krzyknęła i już-już chciała się rozpłakać. Tata się śmiał i powiedział: "Nie bój się, morze sobie je tylko pożyczyło. Też chce się trochę pobawić."




   Agatha was in the summer first time at the seaside. She liked the sound of the sea very much. She collected shells and helped dad to place a sandcastle. The sea washed the shore gently and Agatha soaked her legs in warm water. "Mum, look, how the sea is playing with me", she called joyfully and she clapped her hands. And when she looked back, she noticed, that a playful wave washed her red bucket from the shore. "Dad, the sea took my bucket!" she called and she wanted as early as to cry. Dad laughed and said: "Don't be afraid, the sea has lent it only. It wants to play a little, too."

Z zemiak / brambora / ziemniak / potato




   Mamusia obiera ziemniaki na obiad. "Ziemniaki są zdrowe i smaczne. I nie tylko to", mówi mamusia Agatce. "Można nimi też się bawić. A gdybyśmy zrobiły pieczątki z ziemniaka? Zobacz: weźmiemy ziemniak, opłuczemy go i wytrzemy. Teraz ziemniak ostrożnie rozkroimy, a w środku odpowiednio wyciśniemy foremką do ciasta serduszko, gwiazdeczkę, rybkę. Ziemniak wokół foremki obetniemy. Potem już tylko wystarczy usunąć foremkę, znaleźć akwarele i papier i możemy zacząć pieczętować."



   Mum peels potatoes to dinner. "Potatoes are healthy and tasty. And not only like that", mum says to Agatha. "You can play with them, too. And what about we are doing stamps from a potato? Look: we take a potato, rinse it and wipe. Now we cut the potato carefully, and in the middle we impress properly with a little cake tin a heart, a star, a fish. We cut the potato around the little cake tin. Later it is enough only to remove the little cake tin, to find watercolours and paper, and we can start stamping."




[Wersja czesko-słowacko-polsko-angielska = Czech-Slovak-Polish-English version]



A akát2 / agat / agat / akacja / acacia





    Przed domem prababci rośnie stara akacja. Pod nią jest ławka, a na niej siedzi mamusia z Agatką. "Wiesz, Agatko", mówi naraz mamusia, "kiedy czekaliśmy na twoje narodziny, często tu z tatą przesiadywaliśmy. Mówiliśmy, że byśmy chcieli mieć silną i zdrową dziewczynkę jak to drzewo, i słodką i pachnącą jak miód akacjowy, dlatego daliśmy ci na imię Agatka."



   In front of the great grandmother an old acacia grows. Under it there is a bench, mum with Agatha are sitting on it. "You know, Agatha", mum says suddenly, "when we were waiting for your birth, we were sitting with dad often here. We said, that we would like to have a strong and healthy girl like this tree, and sweet, and fragrant like acacia honey, that's why we named you Agatha."


B bačkory / papuče / kapcie / slippers





    Agatka potrzebuje do przedszkola nowe kapcie. Tata poszedł z nią do sklepu obuwniczego. "Opowiem ci krótką historię o kapciach", oznajmił tata. "Kiedy byłem mały, rano niechętnie wstawałem. Mama mnie zawsze długo budziła, ja błagałem "jeszcze chwilkę", a na koniec musieliśmy się porządnie spieszyć, aby mama zdążyła przyjść na czas do pracy. I wyobraź sobie, jednego takiego dnia, kiedy nie chciało mi się wyjść z łóżka i znowu się spieszyliśmy, przed przedszkolem stwierdziłem, że mam na nogach kapcie!" "A co by się stało, gdybyś ich nie miał?" zapytała Agatka. "To bym do przedszkola przyszedł chyba tylko w skarpetkach", zamyślił się tatuś. "To by było jeszcze gorsze!"




   Agatha needs for kindergarten new slippers. Dad went with her to a shoe shop. "I'll tell you a short story about slippers", dad announced. "When I was a small child, I didn't willingly get up in the morning. Mum was always waking me up long, and I begged, "still a moment", at the end we had to be quite in a hurry, that mum would come to work in time. And imagine, such one day, when I didn't want to get out of the bed and we were in a hurry again, in front of the kindergarten I found, that I had slippers on my feet!" "And what would happen if you didn't have any?" Agatha asked. "I think I would come to the kindergarten, socks on only", dad was lost in thought. "It would be still worse!"







C culík / copík / warkocz / plait





    Agatka była pierwszy raz u pani fryzjerki. Siedziała na specjalnym krześle, wokół szyi miała prześcieradło i z przerażeniem patrzyła na siebie w lustrze. Fryzjerka poprawiła jej grzywkę i podcięła końcówki długich włosów. Potem jej mamusia spięła włosy gumkami w dwa wesołe warkocze. Kiedy Agatka z nową fryzurą biegała po ścieżce, warkocze po bokach głowy podskakiwały jak dwa rozkoszne szczeniaki. "Poczekaj na mnie, warkoczyku", wołała za nią mamusia.



   Agatha was first time at the lady hairdresser. She was sitting on the special chair, having a sheet around her neck and she looked with fear at herself in the mirror. The hairdresser adjusted her fringe and she cut the ends of long hair. Later her mum fastened hair together with rubber bands in two funny plaits. When Agatha was running with the new haircut on the path, the plaits were jumping at the sides of her head like two delightful puppies. "Wait for me, pigtail girl", mum called her.







Č čáp / bocian / bocian / stork





    "Babciu, mamusia Weronki będzie mieć niemowlę", mówi Agatka. "Naprawdę?" dziwi się babcia. "I przyniesie je bocian?" Agatka tylko zdziwiona pokręci głową. Babcia się uśmiecha i wyjaśnia: "Kiedy ja byłam mała, rodzice dzieciom mówili, że niemowlęta przynosi bocian!" "Ależ babciu", kręci głową Agatka. "Każdy przecież wie, że dzieci się rodzą!"



   "Grandma, Veronka's mum will have a baby", Agatha says. "Really?" Grandma is surprised. "And will a stork bring it?" Agatha shakes only the head surprised. Grandma smiles and explains: "When I was a little child, the parents said the children, that a stork brought babies!" "But grandma", Agatha shakes the head. "But everyone knows, that babies are born!"




D drak / šarkan / latawiec / kite





     Znowu minęło lato. Na górce za domem babci Agatki odbywają się zawody w puszczaniu latawców. Tomek ma latawca ze sklepu, Agatka i Weronka swoje latawce wykonały w domu z rodzicami. Dzieci ścigają się po łące, puszczają latawce, a niebo nad nimi jest pełne kolorów. Różnorodne ogony latawców falują w powietrzu. Kiedy zawieje silniejszy wiatr, akrobacje i piruety czasem zmieniają się w spadanie, ale to nic – latawiec już za chwilę znowu nabierze szybkości. "Mamo, podoba mi się to!" krzyczy Agatka i potem dodaje: "Dzisiaj jestem szczęśliwa i wesoła!"



 

   The summer has passed again. On the hill behind the Agatha's grandma house a kites flying competiton takes place. Tom has a kite from the shop, Agatha and Veronka has made their kites with parents at home. Children race against each other on the meadow, they fly kites, and the sky above them is full of colours. Various tails of the kites ripple in the air. When a stronger wind starts blowing, acrobatics and pirouettes change sometimes in fall, but this is nothing – a kite gathers speed in a moment again. "Mum, I like it!" Agatha shouts and adds later: "Today I am happy and joyful!"




F flétna / flauta / flet / flute





    Agatka z mamusią wracała z przedszkola. Z otwartego okna szkoły muzycznej słychać było delikatny dźwięk fletu. Agatka stanęła zdziwiona i zasłuchała się w prostej, radosnej melodii. Za oknem stała dziewczynka tylko trochę starsza od niej, grała na flecie i równocześnie jakby tańczyła całym ciałem. Kiedy zauważyła, że ma słuchaczy, przestała grać i uśmiechnęła się do nich. "Mamo, ja też chcę umieć grać na takiej czarodziejskiej piszczałce", szepnęła Agatka.


   Agatha came with mum from the kindergarten. A gentle sound of the flute was heard from the open window of the music school. Agatha stood surprised and she was listening with rapt attention to a simply, joyful melody. Behind the window a girl, a little older than her, stood, she played the flute as if she danced with her body at the same time. When she had noticed, that she had listeners, she stopped playing and smiled at them. "Mum, I want to be able to play such a magician flute", Agatha whispered.



H hezký / pekný / ładny / pretty





    Dzisiaj rano mamusia się spieszy. Musi dużo załatwić. Wsadzi Agatkę do samochodu, włączy silnik, a potem westchnie: "Znowu mamy mało benzyny!" "Ależ mamo", mówi Agatka, "to przecież w ogóle nie przeszkadza. Spójrz, jaki jest dzisiaj piękny dzień!"




   Today in the morning mum is in a hurry. She has to settle a lot. She puts Agatha into the car, she starts the engine, and later she sighs: "We have too little petrol again!" "But mum", Agatha says, " I don't mind it at all. Look, how is a beautiful day today!"







CH chrastítko / hrkálka / grzechotka / rattle





    Mamusi Weronki wczoraj urodziło się niemowlę. Jest to mała dziewczynka jak lalka, a ma na imię Tereska. Tata i Weronka wybierają po nie do szpitala. Jeszcze wczoraj byli w sklepie wybrać prezent dla siostry. Weronce najbardziej podobała się żółta grzechotka. Weronka stoi przed lustrem w przedpokoju, zakłada ubranie, zapina guziki, wymachuje rękami na bok, a grzechotka czeka przygotowana w papierowej torbie. "Cieszysz się, cieszysz się, cieszysz się????" pyta dziewczynka swojego odbicia.



   A baby of Veronka's mum was born yesterday. It is a small girl like a doll, her name is Teresa. Dad and Veronka are going to the hospital for them. Still yesterday they were in the shop to choose a gift for the sister. Veronka liked the most a yellow rattle. Veronka stands in front of the mirror in the hall, she puts on clothes, buttons up, waves her arms aside, and the rattle is waiting prepared in the paper bag. "Are you happy, are you happy, are you happy????" the girl asks her reflection in the mirror.







I italský / taliansky / włoski / Italian





    "Dzisiaj wieczorem gotuje tata", ogłosiła mamusia. Tata podniósł brwi. "A gdybyśmy zamówili moje ulubione narodowe danie, pizzę?" "Mamo, co to jest danie narodowe?" zapytała Agatka. "W każdym kraju mają jakieś danie, które jest typowe dla tamtejszych ludzi. To znaczy, że je tam często i chętnie gotują i wszyscy ludzie je znają. Na przykład na Słowacji są to "haluszki"3, a w Czechach i na Morawie pieczeń wieprzowa z knedlikami i kapustą lub buchty4", odpowiedziała mamusia. "A z jakiego kraju przyszła do nas pizza?" "Z Włoch. Pizza jest tradycyjnym daniem włoskim."




   "Today in the evening dad is cooking", mum announced. Dad raised his eyebrows. "And what about if we order my favourite national dish, pizza?" "Mum, what is a national dish?" Agatha asked. "In every country they have a dish, which is typical for local people. It means, that it is often cooked with pleasure there and all people know it. For example in Slovakia there are "dumplings", and in Czech Republic and Moravia pork roast with dumplings, and cabbage or cakes", mum answered. "And what country did pizza come from to us?" "From Italy. Pizza is a traditional Italian food."




J Jitřenka / Zornička / jutrzenka / morning star





    Suche, ciepłe lato kusiło do natury. Ojcowie Agatki, Weronki i Tomka postanowili wziąć dzieci na pierwszą wyprawę – i bez mam. Spakowali wszystkie potrzebne rzeczy: namioty, śpiwory i karimaty, jedzenie i płaszcze przeciwdeszczowe. Wędrowali przez las i przy strumieniu zrobili piknik. Wieczorem rozbili obóz na skraju lasu, a zanim postawili namioty i rozpalili ogień, na niebie pojawiły się gwiazdy. Dzieci nigdy wcześniej nie widziały gwiazd tak blisko. I nigdy nie wydawały się im tak świecące. Tata Weronki pokazał dzieciom Wielki Wóz i wielką, migocącą gwiazdę. "To jest gwiazda, która pierwsza po zmroku ogłasza, że jest pora iść do łóżeczka – więc do śpiwora", poprawił z uśmiechem. "Nazywa się gwiazda wieczorna". "I ta określona gwiazda", dodał tatuś Agatki, "jest pierwszą i najjaśniejszą gwiazdą na porannym niebie, dlatego nazywa się ją jutrzenką." "Jedna gwiazda, dwie piękne nazwy", powiedziała Agatka.



    The dry, warm summer tempted to nature. Agatha's, Veronka's and Tom's fathers decided to take children for the first trip – and without their mums. They packed all their necessary things: a tent, sleeping bags and foam mattresses, food and raincoats. They travelled in the woods and at the stream they did a picnic. In the evening they set up camp at the edge of the forest, and before they put up the tents and lighted a fire, the stars had appeared on the sky. Children had never seen the stars so close before. And they never seemed so shining. Veronka's dad showed children Big Dipper and a big, flickering star. "This is a star, which first announces after dark, that it is time to go to bed – so to the sleeping bag", he corrected with a smile. "It is called an evening star". "And this definite star", Agatha's dad added, "is the first brightest star on the morning sky, that's why is called morning star". "One star, two beautiful names", Agatha said.



K kolo / bicykel / rower / bicycle





    Tata Tomka chętnie uprawia sport. Do pracy jeździ też na rowerze. Kiedy Tomek był mały, tata woził go w przyczepie za swoim rowerem. Potem kupił Tomkowi sobowtóra – motocykl. Ale na trzecie urodziny Tomek dostał swój własny rower. Jest cały żółty. I tak Tomek pilnie pedałuje – jak w tym wierszu: Ro-ro-wer, Tomasz w domu nie siedział, tylko jeździł na rowerze, zanim mu się nogi nie przyzwyczaiły. [wersja słowacka] Jadą, jadą na rowerze, przez łąki i przez pole, przez góry i przez pagóreczki po mamusię na placuszki. [wersja czeska]



   Tom's dad plays willingly sport. He rides to work a bicycle. As Tom was a small child, dad was carrying him in the sidecar behind his bicycle. Later he bought for Tom a double – a motorbike. But for third birthday Tom got his own bicycle. It is all yellow. And so Tom pedals hard – like in this poem: Bi-bi-cycle, Thomas didn't sit down at home, only he rode a bicycle, before his legs didn't get accustomed. [Slovak version] They are riding, riding a bicycle, through the meadows and the field, through the mountains and the hills for mum for pies. [Czech version].


L legrace / zábava / zabawa / fun





     Agatka rano zwykle budzi się pierwsza. Wstaje z łóżka i idzie do sypialni rodziców. Potem wejdzie mamie pod kołdrę i woła: "Mamo, wstawaj, już jest nowy dzień! Chodź się ze mną bawić!" Zanim mamusia przetrze oczy, Agatka wyskoczy z łóżka, zabierze mamie kapcie i biegnie gdzieś je schować. Mamusia usiądzie na łóżku i mówi: "Gdzie mam te kapcie? Znowu mi się gdzieś zgubiły?" dziwi się. Wstaje i szuka: pod stołem nie ma, za drzwiami nie ma, w łazience nie ma... A Agatka tymczasem się śmieje, aż się za brzuszek łapie. To jest zabawa!
 



    In the morning Agatha usually wakes up first. She gets up the bed and goes to the parents' bedroom. Later she comes in mum's quilt and calls out: "Mum, get up, it's a new day! Come to play with me!" Before mum wipes her eyes, Agatha jumps out the bed, takes mum's slippers and runs to hide them anywhere. Mum sits down on the bed and says: "Where are these slippers? Did they get lost again somewhere?" she wonders. She gets up and looks for: they are not under the table, they are not behind the door, they are not in the bathroom... And meanwhile Agatha laughs, till she catches her belly. This is fun!


M mlsat / maškrtit’ / delektować się / to savour





   "Niedźwiedzie delektują się dziką różą", czyta w gazecie tata Agatki. "Niedźwiedzie? Dzika róża? A dlaczego?" dziwi się Agatka. "W lasach jest już mało malin i czarnych jagód. Niedźwiedzie przed snem zimowym muszą sobie stworzyć wystarczające zapasy tłuszczu, aby w środku zimy nie obudził ich głód." "W Tatrach często się zdarza, że niedźwiedzie idą w zimie delektować się aż do wsi, do pojemników. Wybierają resztki śmieci", dodaje mamusia. "Ja też chętnie się delektuję", mówi Agatka porozumiewawczo. "Myślicie, że niedźwiedziom też robi się po słodyczach próchnica?"



    "The bears savour wild rose", dad is reading a newspaper. "The bears? Wild rose? And why?" Agatha wonders. "In the woods there is already a little of raspberries and blueberries. Before the hibernation bears have to create sufficient stocks of fat not to be awoken in the middle of the winter by hunger." "In the Tatras it happens often, that in the winter bears are going to savour up to the country, to containers. They take the rest of rubbish", mum adds. "I savour willingly, too", Agatha says conspiratorially. "Do you think, that bears have caries after having sweets, too?"



 
N nudle / slíže / makaron / noodle

   "Ten makaron wygląda jak małe dżdżownice", mówi Agatka nad zupą jarzynową z makaronem. "Nawet się tak gładko ślizga szyją na dół, prawda?" zgadza się babcia. "I w brzuszku będą pływać w zupie jak w akwarium", domyśla się Agatka.



   "This noodle looks like little earthworms", Agatha says above the vegetable soup with noodle. "Even it slides so smoothly the neck down, doesn't it?" grandma agrees. "And they will swim in the belly, in the soup like in an aquarium", Agatha guesses.

 
O ocásek / chvostík / ogonek / tail



   "Tato, po co mają zwierzątka ogon?" pyta Agatka. "Dla utrzymania równowagi", mówi tata. "Żeby nie spadły? Tak jak mam przy rowerze pomocnicze kółka?" Właśnie tak. Ale ogonek przydaje się też do innych rzeczy. Na przykład pies macha ogonem, gdy się cieszy. I wiewiórka używa go jak spadochronu, kiedy skacze z gałęzi na gałąź", wyjaśnia tata. "Najpiękniejszy ogon ma paw", mówi Agatka. "Jak go rozłoży, wygląda jak kolorowy wachlarz."

 
   "Dad, what do the animals have a tail for?" Agatha asks. "For keeping their balance", dad says. "Not to fall? As so I have at the bicycle auxiliary circles?" "Just like that. But a tail comes in useful to another things, too. For example a dog wags a tail, when it is happy. And a squirrel uses it like a parachute, when it jumps from branch to branch", dad explains. "The most beautiful tail has a peacock", Agatha says. "When it spreads it, it looks like a colourful fan."



P ptáček / vtáčik / ptaszek / bird





   Znowu jest tu jesień. Od rana przy głośnym szczebiotaniu gromadzą się na linii wysokiego napięcia jaskółki. Czasem całe stado poleci w górę i chwilę się tam ściga. Potem jednak ptaszki znowu siadają na przewody jak wzorowi czarno-biali uczniowie, aby odpocząć. Agatka zafascynowana odwraca głowę w górę i obserwuje ptaszki. Mamusia to zauważa i mówi: "Agatko, jaskółki na jesieni zawsze przygotowują się do długiej podróży na południe, do ciepłych krajów. Zima jest dla nich zbyt ciężka." "A wrócą?" "Wiesz przecież, że tak. Jak będziesz miała urodziny, przylecą z powrotem." "A zauważyłaś, mamo, że te ptaszki na drucie wyglądają jak korale na naszyjniku?"





   It is autumn again. From morning till now loud chirping swallows gather on the high-voltage lines. Sometimes all flock flies up and it chases a moment there. But later birds sit down again on the high-voltage lines to take a rest like model black-white pupils. Agatha turns back fascinated the head up and watches the birds. Mum notices it and says: "Agatha, swallows always prepare in the autumn for the long journey to the south, to the tropics. Winter is for them too severe." "And will they come back?" "But you know, that they will. If you have a birthday, they will fly back." "And have you noticed, mum, that the birds on the wire look like a necklace of beads?"


Ř řasy / mihalnice / rzęsy / eyelashes





   Agatka uważnie obserwuje, jak mamusia rano wyciąga z szafki w łazience kosmetyki i szminki. Przed okrągłym lustrem nakłada na powieki cienie, a potem maluje też rzęsy. "Co robisz, mamo?" pyta Agatka. "Maluję oczy, żeby były ładniejsze." "Wiesz, mamo, kiedy tak się malujesz, wyglądasz bardzo ładnie", mądrzy się Agatka.





   Agatha watches attentively mum taking out the bathroom cabinet cosmetics and lipsticks in the morning. In front of the round mirror she puts eye-shadow and later paints eyelashes, too. "What are you doing, mum?" Agatha asks. "I put on the eyes make-up, that they should be more beautiful." "You know, mum, when you are so putting make-up, you are looking very pretty", Agatha is clever-clever.





R rampouch / cencúl’ / sopel / icicle





   Kraj jest cały zaśnieżony i już kilka dni zamarza. Dzieci są z rodzicami w chacie. Pod dachem chaty wiszą sople lodu jak ostre zęby jakiegoś wielkiego zwierzęcia. Ich zębate ostrza są przezroczyste i mlecznobiałe, grube i cienkie. "Dzieci, kto chce lody na patyku?" pyta pół żartem, pół serio tata Agatki i pokazuje sople. "Mam lepszy pomysł", mówi mamusia. Przynosi z chaty trzy krzesła, stawia na nie dzieci i każdemu daje łyżkę. "Chętniej zagramy na soplach kurant", proponuje i pokazuje dzieciom, jak delikatnie dzwonić soplami. "Tak, zrobimy sobie soplowy koncert!" cieszą się dzieci i z zapałem chwytają się gry.



   The country is all snow-covered and it already freezes several days. Children are with the parents in the cottage. Under the roof of the cottage icicles are hanging like sharp teeth of a big animal. Their cogged blades are transparent and milk-white, thick and thin. "Children, who wants an ice cream on the stick?" Agatha's dad asks half seriously, half for fun and he shows the icicles. "I have a better idea", mum says. She brings three chairs from the cottage, she puts children on them and gives a spoon for everybody. "We will play willingler the carillon on the icicles", she suggests and shows children, how to clink gently with icicles. "Yes, we will make an icicle concert!", children are happy and they catch the play with enthusiasm.





S snídanĕ / raňajky / śniadanie / breakfast



    Tomek i Agatka są dzisiaj z wizytą u Weronki. Dzieci jedzą na śniadanie kleik grysikowy. Jest to ulubione danie Weronki. "Podoba mi się, że kleik jest biały jak śnieg. Kiedy go posypiemy grysikiem, będzie w kropki", rozmyśla na głos dziewczynka. "Jej, spójrzcie", zapiszczy Tomek. "Kiedy zrobię w kleiku kreskę łyżką, zaraz zniknie!" "To jest nowy czar", przytakuje Agatka.



    Tom and Agatha are paying Veronka a visit today. Children have semolina gruel for breakfast. It is Veronka's favourite dish. "I like gruel is white like snow. When we sprinkle it with semolina, it will be with spots", the girl think loud about. "Oh dear, look", Tom squeaks. "When I am making a line in the gruel with the spoon, it disappears immediately!" "It is a new spell", Agatha agrees.

 
Š šeřík / orgován / bez / lilac



   Agatka siedzi z babcią przy stole i wypytuje się: "Babciu, jaki jest twój ulubiony kolor?" Babcia zamyśla się i mówi: "Biały". "A jaki jest twój ulubiony owoc?" "Hmmmm", zastanawia się babcia. "Chyba jabłko." "A jaka jest twoja ulubiona roślina?" "To jest naprawdę proste pytanie", odpowiada babcia. "Najbardziej lubię bez. Wiosną ci go pokażę. Kocham bez!"

   Agatha is sitting down with grandma at the table and she is asking questions: "Grandma, what is your favourite colour?" Grandma is lost in thought and says: "White". "And what is your favourite fruit?" "Hmmmm", grandma wonders. "I think apple". "And what is your favourite plant?" "It is really an easy question", grandma answers. "I like lilac the most. In the spring I'll show you it. I love lilac!"


T tĕsto / cesto / ciasto / dough



   Agatka klęczy na krześle i patrzy, jak mama wałkuje ciasto. Zbliża się Boże Narodzenie i będą piec pierniki na miodzie. Ciasto jest gładkie i miękkie, i pięknie pachnie. Agatka też pomaga. Foremkami wykrawa rybki, grzybki, drzewa, gwiazdy i serduszka, i układa je na blasze. Pozostałe ciasto ugniata rękami i czasem niepostrzeżenie włoży do ust. "Mamo, to ciasto jest jak plastelina", mówi po chwili. "A nawet lepsze, bo da się jeść!"




   Agatha kneels on the chair and is looking at her mum rolling out the pastry. Christmas is coming closer and they are going to bake gingerbreads with honey. The dough is smooth and soft, and it smells beautiful. Agatha is helping, too. She is cutting out fishes, mushrooms, trees, stars and hearts with baking tins, and she is putting them on the cake tin. She is kneading the remaining dough with the hands and sometimes she is putting it to the mouth imperceptibly. "Mum, this dough is like a plasticine", she says after a while. "And even it is better, because you can eat it!"





U uklízet / upratat’ / sprzątać / to clean



   "Ale tu bałagan", kręci głową tata Agatki. Stoi w drzwiach pokoju dziecinnego i niedowierzająco patrzy na powódź zabawek, rozrzuconych na dywanie. "Agatko, kto to posprząta?" "Nikt", odpowiada Agatka spontanicznie. "To niemożliwe", nie zgadza się tata. "Ale tato", sprzeciwia się Agatka. "Pamiętasz, jak było w bajce o Zajączku? Mówił: nie jestem po to, aby sprzątać ani robić zakupy – tylko do zabawy. Ze mną jest to samo. "Żeby taka zdolna dziewczynka nie umiała posprzątać? Przecież ten leniwy zajączek też na koniec się nauczył. Zabawki też idą wieczorem




    "What a mess it is here", Agatha's dad shakes the head. He is standing at the door of the nursery and is looking disbelievingly at the flood of the toys scattered on the carpet. "Agatha, who will clean it?" "Nobody", Agatha answers spontaneously. "It is impossible", dad doesn't agree. "But dad", Agatha objects. "Do you remember the fairy-tale about Hare? He said: I am not in order neither to clean nor to do shopping – only in order to play. So am I." "That so clever girl couldn't clean? After all this lazy hare has learned in the end, too. The toys are going to sleep in the evening, too, so people are, and every toy has its place on the shelf. Let's go to do it, I'll help you."





V vesnice / dedina / wieś / village





"Jutro pójdziemy odwiedzić babcię", mówi tata. Babcia mieszka na wsi i na górce za jej domem można wspaniale jeździć na sankach. Nie jest to duża wieś i poza tym leży kawałek za miastem. Mają tam staw rybny, na którym jeździ się na łyżwach w zimie, stadninę koni i duży plac zabaw. Agatka chętnie tam chodzi. Babcia czasami zabiera ją do jedynego sklepu na wsi. Nawet i sąsiedzi znają tam Agatkę po imieniu. "Hura!" krzyczy Agatka. "A kiedy jest jutro? Dzisiaj, jak się wyśpimy?"




   Tomorrow we are going to visit grandma", dad says. Grandma lives in the country, and on the hill behind her house you can sledge down the slope splendid. It is not a big village and beside of it is situated part of the way behind the town. They have a fish pond there, on which you skate in the winter, a horse-breeding farm and a big playground. Agatha goes willingly there. Grandma takes her sometimes to the only shop in the village. Even the neighbours know Agatha by her name there, too. "Huray!" Agatha is shouting. "And when is tomorrow? Today, as we'll have a good sleep?"




Z zelňačka / kapustnica / kapuśniak / cabbage soup





Na Boże Narodzenie mamusia gotuje specjalną zupę z kwaszonej kapusty – kapuśniak. Nauczyła jej się gotować od swojej mamy, a ta znowu od swojej. Tata bardzo lubi tę zupę. W kapuśniaku są grzyby i suszone śliwki, i jest zaprawiona śmietaną. Tylko Agatka robi ostrożną minę nad talerzem zupy. "Wiem, że jest zdrowa", mówi dziewczynka. "Ale... chętniej bym wzięła jeszcze jeden wafel z miodem, dobrze?"



   For Christmas mum is cooking a special soup from sauerkraut – a cabbage soup. She learned to cook it from her mum and she did from her mum once again. Dad likes this soup very much. In the cabbage soup there are mushrooms and prunes, and it is seasoned with cream. Only Agatha is looking cautiously above the plate of the soup. "I know, that it's healthy", the girl says. "But... I would take more willingly still one wafer with honey more, all right?"




Ž židle / stolička / krzesło / chair





   Jest Wigilia. Mama posprzątała ze stołu po kolacji, tata zniknął gdzieś w mieszkaniu, a Agatka już sporą chwilę stoi na krześle przy oknie. Patrzy na gęstniejącą ciemność i ciagle opadający śnieg. "Kiedy przyjdzie już ta gwiazdka? Chcę, aby już tu była..." dopytuje się co kilka minut. "Aby już przyszła..." kręci się na krześle. Nagle słychać wyraźne brzęczenie dzwonka. Dziewczynka nieruchomieje i niedowierzająco patrzy na mamusię. Naraz jest tu też tata, który przytakuje: tak, myk myk pod drzewko!
 



   It is Christmas Eve. Mum has cleaned from the table after the supper, dad is gone somewhere in the flat, and Agatha is already standing on the chair at the window pretty while. She is looking at thickening darkness and it is still snowing. "When is the star already coming? I want it was here already..." she is keeping asking every several minutes. "I wish it came already..." She is turning round on the chair. Suddenly the bell is heard ringing clearly. The girl is becoming motionless and looking at mum disbelievingly. Suddenly dad is here, too, he nods: yes, poof, poof, under the Christmas tree!





                                          THE END



 







Przypisy

1 Pierwsza forma po słowacku (apríl), druga po czesku (duben) (przyp. tłum.)

2 Pierwsze słowo po czesku, drugie po słowacku

3 Rodzaj klusek ziemniaczanych

4 Słodkie bułeczki


Footnotes

1 First form in Slovak, second one in Czech

2 First word in Czech, second one in Slovak

3 A sort of potato noodles

4 Sweet buns










                         Zwierzyniec na siódmym piętrze

                               albo X powodów,

                dlaczego nie chować zwierząt w mieszkaniu

                                             The zoo on the seventh floor
                  or X reasons why not to keep animals in the flat
 

                                      Peter Gajdošík

                             Ilustrował Ľuboslav Paľo

Z języka słowackiego przełożyła Magdalena Budkowska



Slovart www.slovart.sk



Tekst©Peter Gajdošík 2006

Ilustracje©Ľuboslav Paľo 2006

Wydanie słowackie©Wydawnictwo SLOVART, sp. z o.o., Bratysława

Publikacja wychodzi z pomocą Ministerstwa Kultury Republiki Słowackiej

Wydanie polskie©Magdalena Budkowska 2014, Warszawa



                                                    Spis treści



Niemowlę na siódmym piętrze

Mrówki na siódmym piętrze

Pies na siódmym piętrze

Kot na siódmym piętrze

Krowa na siódmym piętrze

Ślimaki na siódmym piętrze

Małpa na siódmym piętrze

Żółw na siódmym piętrze

Kameleon na siódmym piętrze

Prosiątko na siódmym piętrze

Papuga na siódmym piętrze

Ryby na siódmym piętrze



    Ten, kto poznał małą Dominikę, dobrze wie, że najzabawniejsze zwierzęta mieszkały w zwierzyńcu na siódmym piętrze.

    Jeszcze o nim nie słyszeliście? To nic.

    Wszystko się zaczęło, kiedy z Dominiką zaczęły przyjaźnić się mrówki. Potem sąsiad Klejący dostał alergii na mieszkanie pełne kotów, dziadek zaaplikował Dominice mleczną dietę prosto od krowy Maliny, tata założył w słoiku od ogórków ślimaczy hotel, po kuchni latała pieczona gęś, prosiątko Lola przyszło z nieoczekiwaną wizytą w wannie sąsiadki Gustusznej. A jak to wszystko się skończyło? Tata przysiągł, że w ciągu najbliższych dziesięciu lat rodzina nie będzie hodować żadnego zwierzęcia. I jak prawdziwy mężczyzna słowa też dotrzymał, dlatego, że rodzinę czekały o wiele przyjemniejsze kłopoty.


                                             

   Ten, kto poznał małą Dominikę, dobrze wie, że najzabawniejsze zwierzęta mieszkały w zwierzyńcu na siódmym piętrze.

Jeszcze o nim nie słyszeliście? To nic.

Wszystko się zaczęło, kiedy z Dominiką zaczęły przyjaźnić się mrówki. Potem sąsiad Klejący dostał alergii na mieszkanie pełne kotów, dziadek zaaplikował Dominice mleczną dietę prosto od krowy Maliny, tata założył w słoiku od ogórków ślimaczy hotel, po kuchni latała pieczona gęś, prosiątko Lola przyszło z nieoczekiwaną wizytą w wannie sąsiadki Gustusznej. A jak to wszystko się skończyło? Tata przysiągł, że w ciągu najbliższych dziesięciu lat rodzina nie będzie hodować żadnego zwierzęcia. I jak prawdziwy mężczyzna słowa też dotrzymał, dlatego, że rodzinę czekały o wiele przyjemniejsze kłopoty.



                  Niemowlę na siódmym piętrze



    Zwierzęta żyją z ludźmi od niepamięci. Towarzyszą nam, abyśmy nie zapomnieli, że nasz okrągły domek, który nazywamy Ziemią, należy do nas wszystkich, w ten sposób, żeby było w nim miejsce dla każdej żywej istoty. Dlatego zwierzęta znajdziemy nie tylko w górach, dżungli, na łąkach czy w morzach, ale możemy też je spotkać w ogrodach zoologicznych i cyrkach, na podwórzach domów i w miejskich mieszkaniach. No, ale ten, kto zna małą Dominikę, dobrze wie, że te najzabawniejsze zwierzęta mieszkały w zwierzyńcu na siódmym piętrze. Jeszcze o nim nie słyszeliście? Nie szkodzi. Wszystkiego się dowiecie...

Zaczęło się to wszystko w małym mieście na dużym osiedlu, które nazywało się Poręba. Pewnego ranka w całkiem zwyczajnym mieszkaniu na siódmym piętrze zwykłego bloku zaterkotał telefon...

"Mam córkę, juchu!" zaryczał świeżo upieczony tata, gdy dostał radosną wiadomość ze szpitala. Jego radość była tak hałaśliwa, że sąsiadka Anastazja Gustuszna w mieszkaniu pod nim z przerażenia rozbiła jajko obok garnka, a sąsiad Klejący w mieszkaniu naprzeciwko wsypał do herbaty zamiast cukru łyżeczkę soli. O kłopotach sąsiadów tata się jednak nie dowiedział. Odłożył słuchawkę i zaczął szybko zakładać ubranie. Po chwili stwierdził, że ręce wkłada do nogawek, a nogi wsadza do koszuli i zaczął się ubierać trochę wolniej. Z bloku wyruszył porządnie ubrany, uczesany i uśmiechnięty. Uśmiechnął się szczególnie dlatego, że przed sobą pchał nowy, nowiuteńki dziecięcy wózek, w którym przywiezie do domu swoją małą córkę Dominikę. Radość taty jakby spłoszyła pustkę na osiedlu, na którym brakowało rozgałęzionych drzew, które wycięto, kiedy budowano osiedle. Dzisiaj na Porębie było ruchliwie. W południowym słońcu przyjaźnie szumiały zielone listki świeżo posadzonych drzewek, w piaskownicy grupka dzieci smakowała piaskowe babki, a stado gołębi wędrujące po parkingu ostrożnie i z ciekawością śledziło z daleka, jak tatuś toczy się z pustym wózkiem do szpitala. Gołębie zdziwione wodziły koralikowymi oczami, dlatego że tatę z wózkiem widziały po raz pierwszy. W końcu nic im to nie dało i uniosły się w powietrze na zwiadowczy lot.

"Wózek jest pusty, gru gru", zagruchał gołąb z fioletowymi piórkami na skrzydłach, gdy stado wylądowało na dachu pobliskiego supermarketu.

"Mam go na oku, mam go na oku, gru gru", potwierdził spasiony gołąb z białymi plamkami na szarych piórach.

Gruchanie niosło się od gołębia do gołębia, a gdy wreszcie umilkło, ostatnie stado też odleciało z dachu i zaczęło szukać innych ziarenek i okruszyn. Czas też zamachał skrzydłami, minęły dwie godziny i po chodniku do domu zbliżyła się kompletna rodzinka – uśmiechnięty tatuś, szczęśliwa mama i nowiuteńki wózek skrywający dziecko. Gołąb z fioletowymi piórkami zaraz ich zauważył, jak wyłonili się zza rogu. Błysnął za nimi oczkami-koralikami i wyruszył pierwszy, aby się dowiedzieć, co kryje się w wózku. Za nim poleciał spasiony gołąb z białymi plamkami, który starał się go wyprzedzić.

"Mają cóórkę, gruu!" oznajmił światu gołąb Fioletowe Piórko, gdy przeleciał ze świstem nad rodzinką.

"Mam to w..." nie dokończył Biała Plamka, lecący bezpośrednio tuż za Fioletowym Piórkiem. Prędki lot podziałał na jego pełny brzuszek, który się nagle opróżnił kilka metrów nad ziemią. Tata i mama zdumieni zatrzymali się. Czarnobiałe gołębie pozdrowienie nieoczekiwanie ozdobiło koszulę taty, bluzkę mamy i aksamitnie zielony daszek wózka. Mama posmutniała, a tata pochmurnie pogroził stadu niewychowanych gołębi.

"Jak bym miał skrzydła, to bym wam pokazał", wygrażał tata.

"To przywitanie..." westchnęła mama.

"Aeeeeee", zaśmiała się Dominika do gołębi i zdziwieni rodzice zatrzymali się.

"Zobacz, nasza córka pierwszy raz się uśmiechnęła!" ucieszyła się mama.

"Będzie kochała nie tylko nas, ale i ptaki, i wszystkie zwierzęta", powiedział tato i twarz promieniała mu zadowoleniem.

Rodzicom przeszła złość i nieoczekiwany uczynek Białej Plamki zaczęli uważać za szczęśliwy znak. Wieczorem, kiedy najedzoną i wykąpaną Dominikę zawinęli w becik, tata nad jej łóżeczkiem powiesił karuzelę z plastikowymi zwierzątkami. Niebieski słoń, żółty wielbłąd, czerwona papuga i inne zwierzęta pomału obracały się nad łóżeczkiem, w którym Dominika śniła pierwszy sen o zwierzątkach. W tym śnie jednak Dominika bawiła się z żywymi zwierzątkami, których jeszcze nie poznała, ale bardzo marzyła je spotkać. Mama i tata po cichutku obserwowali, jak ich dziewczynka zasypia i w ogóle nie przeczuwali, że sny Dominiki niedługo zaczną się spełniać.



                     Mrówki na siódmym piętrze





   Pierwszym przyjacielem Dominiki była mrówka. Dominika właśnie jadła śniadanie i cieszyła się z trzecich urodzin, które miała uroczyście obchodzić za kilka dni, kiedy mrówka pojawiła się w kuchni. Dominika umoczyła rogalik w kubku z kakao i naraz zobaczyła, jak jakaś mała, czarna kreska drepcze po podłodze. Zanim włożyła rozmoczony koniec rogalika do ust, czarna kreska wspinała się już po nodze stołu. Właściwie nie była to już czarna kreska, ale zabłąkana czarna mrówka.


"Cześć Fejdek", pozdrowiła Dominika mrówkę, gdy udało jej się wejść na stół. "R" jeszcze sprawiało jej trudność, ale Ferdka już znała z bajek, które jej mama czytała przed spaniem. Mrówka chodząca po stole wprawdzie nie miała czerwonej chustki z czarnymi kropkami, ale Dominika myślała, że może z głodu zapomniała ją zabrać.


"Jedz, malutki", powiedziała Dominika i rzuciła jej okruszek. Mrówka, czy też Ferdek, albo i nie, przestała niezdecydowanie dreptać w miejscu i pobiegła do okruszka. Dominika nie mogła ustalić, jakie robi miny, bo mrówki mają tak małą twarz, że widać ją tylko pod lupą, no, wydawało się, że jest zadowolona. Przez chwilę smakował, a potem z okruchami poszedł do domu.


"Zanieś też psyjaciołom", pomachała mu Dominika na drogę. Mrówka nie machała, dlatego, że była zajęta pracą z okruszkiem, dwa razy większym od niej.


"Z kim rozmawiasz?" zapytała mama, która właśnie wycierała kurz w pokoju i przyszła zobaczyć, czy Dominika już zjadła śniadanie.


"Z Fejdem", powiedziała Dominika zgodnie z prawdą.


"Ach, ty moja filozofko", pogłaskała ją mama po policzku. "Musisz poczekać do wieczora. Potem ci znów przeczytam jakąś bajkę o Ferdku."


Drugiego dnia mrówka znowu się pokazała. Tym razem przyszła z przyjacielem. Dominika oglądała bajkę w telewizji i wizytę zauważyła, kiedy ją po ręku połaskotały czarne czułki.


"Witajcie!" pozdrowiła grzecznie czarne maleństwa. "Psyjaciela zawojajeś na pomoc? Tejaz jem bajdzo dobjy hejbatnik" i za chwilę położyła kilka okruchów obok siebie na kanapie. Palcem zsunęła parę z przedramienia i śledziła, jak mrówki podzielą się smakołykiem. Ferdek, który nawet i tym razem nie wziął chustki, możliwe dlatego, żeby się bardzo nie spocił, podniósł kawałek wafla, jego przyjaciel dla odmiany wziął kawałek czekoladowej masy. Z ładunkiem odmaszerowali w dół tapczanu, przeszli po dywanie i zniknęli z pokoju. Po drodze zamachali czułkami mamie, która weszła do pokoju, aby się przekonać, czy Dominika zjadła już czekoladowy wafel.


"Dominika! Dlaczego nie jesz nad tacką?! Zobacz, wszędzie są okruchy!" upomniała córkę i sprzątnęła okruchy z tapczanu.


"Fejdek byj z psyjacielem tjoszkę gjodny, więc się podzielijam", zakomunikowała Dominika.


"To ładnie, że umiesz się podzielić, ale kruszyć trzeba nad tacką", pouczyła mama i wróciła do kuchni, aby nie przypaliła sobotniego obiadu.



Za trzecim razem przyszło po zapasy już dziesięć mrówek. Dominika to zauważyła, gdyż było ich właśnie tyle, ile miała palców u ręki. Zdążyła to zauważyć, zanim mrówki podzieliły pokruszony paluszek i odmaszerowały przez szczelinę w parkiecie. Podczas następnej wizyty przyszło ich jednak tyle, że Dominice do policzenia nie wystarczyły nawet palce u nóg, a jeśliby i wystarczyły, Dominika do tylu nie umiała liczyć. To jednak nie przeszkadzało. Dominika chętnie podzieliła się z nimi kanapką z dżemem z moreli. Rodzice mrówek wciąż nie zauważali, dlatego, że mieli dużo pracy. Cieszyli się z tego, że Dominice smakuje jedzenie i że jest zadowolona i zdrowa.


Mrówki w mieszkaniu na siódmym piętrze zaczęły czuć się jak u siebie w domu. Czasem nawet się Dominiki nie pytały i po prostu wzięły jakiś smakołyk. Mrówki żyły jak w raju, a Dominika była zadowolona, że ma tylu przyjaciół. Pewnego dnia jednak mama otworzyła kredens, aby ukroić Dominice kawałek chałki.


"Na pomoc! Mamy tu mrówki!" zawołała mama i z przerażeniem patrzyła na rój w torebce.


Mrówki jej krzyku nie spostrzegły, tylko w pozdrowieniu zamachały czułkami. Z zadowoleniem dreptały w długim rzędzie, a przez szparę w torebce wynosiły ostatnie kawałki chałki.


Przybiegł też i tata, który nie był w pracy, dlatego, że była sobota.


"Lenie, darmozjady!" gniewał się. 'Będę musiał je czymś opryskać!"


Dominika to usłyszała i pociągnęła tatę za rękaw: "Nie jób im nic zjego... To są moi psyjaciele. Jest tam też i Fejdek!"


Tato popatrzył córce w oczy. Nie chciał, by były smutne i znalazł inne rozwiązanie: "Dobrze, mrówek nie skrzywdzimy, ale je przeniesiemy."


I zabrał się do pracy. Najpierw zabrał pełną torebkę biszkoptów. W palcach jednego pokruszył i zaczął robić cienki pasek aż do drzwi mieszkania. Mrówki zabrały się za okruchy. Tata kontynuował pracę i rozsypywał też biszkopty na korytarzu przed mieszkaniem. Mrówki go śledziły.


Drzwi mieszkania naprzeciwko otworzyły się. Wyszedł sąsiad Klejący, który zawsze pokazywał się tam, gdzie coś za darmo rozdawano. Zauważył torebkę w rękach taty i już się cieszył, że go tata poczęstuje biszkoptami.

"A sio, panie sąsiedzie! Mam mrówki", oznajmił tata i sąsiad Klejący obrażony zatrzasnął drzwi. Mrówki tymczasem zaczęły się gromadzić przed windą. Tata przywołał windę i krzyknął do mamy, żeby mu przyniosła z zamrażalnika lody.

"Mjówki jedzą też lody?" wypytywała się Dominika.

"Lody zjem ja", zdradził tata. "Ale potrzebuję mostek, żeby mrówki nie spadły do szybu windy."

Tata zabrał się za loda. Za chwilę został z niego tylko płaski, drewniany patyk, który tata położył na szparze między korytarzem a windą. Potem już wystarczyło pokruszyć biszkopty na patyku i podłodze w windzie, a mrówki wmaszerowały do kabiny. Tata z Dominiką przyłączyli się do nich i zjechali na parter. Tam już na windę niecierpliwie czekała sąsiadka Anastazja Gustuszna, która sobie umilała długi czas waleniem w drzwi windy.

"No wreszcie!" Tonem pełnym wyrzutu przywitała tatę z Dominiką.

"Przepraszam, pani sąsiadko, ale odprowadzamy gości", przepraszał tata i zabrał się do produkcji biszkoptowej ścieżki. Anastazja Gustuszna ucichła i ze zdziwienia wybałuszyła oczy zza okularów na mrówki maszerujące przez hol.

Tata i Dominika odprowadzili czarny szereg aż przed blok. Na dworze zatrzymali się na trawniku. Tata wbił do miękkiej ziemi trzy ostatnie biszkopty. Mrówki zgromadziły się wokół nich i za chwilę już po nich biegły jak maleńcy alpiniści.

"A teraz musimy poczekać, czy coś wyrośnie", powiedział tata do Dominiki.

"Co tu wyjośnie?" chciała wiedzieć Dominika.

"Może biszkoptowiec, a może mrowisko."

"A ja psyjdę obiejać biszkopty i mjówki będą je jeść", powiedziała Dominika i na pożegnanie pomachała Ferdkowi i jego przyjaciołom.


 




                       Pies na siódmym piętrze



    "Mieliśmy kupić Dominice pieska", zaproponowała pewnego dnia mama. "Odkąd nie mamy w domu mrówek, wydaje mi się jakaś smutna. I ja wolę mieć w domu jednego psa niż tysiąc mrówek."

"Masz rację", zgodził się tata. "Dominika by się na pewno ucieszyła z żywego stworzenia. Pluszowe, drewniane i plastikowe zwierzęta jej nie interesują. Musimy kupić pieska wcześniej, zanim znowu zacznie hodować mrówki."

Rodzice wybierali pieska długo i starannie. Duży pies by dużo jadł, małego mogliby przypadkiem nadepnąć, złego psiska by do mieszkania nie wpuścili, a z cichym mogłoby im być smutno. Wreszcie wpadł im w oko czarnobrązowy szczeniak z białą sierścią na łapach.

" Z niego na pewno wyrośnie piękny i miły psiak", zadecydowała mama. "Tak jakby miał na łapach białe skarpetki. Według nich zawsze będziemy wiedzieć, kiedy na dworze się zabrudzi."

"Dobrze wybrałaś", pochwalił ją tata. "Tego kupimy!"

"Hau", zgodnie zaszczekał piesek i tym samym zakończył decydowanie.

Dominika bardzo się z pieska ucieszyła. "Będzie się wabił Nosek", oznajmiła rodzicom, "bo ma taki miły nosek".

Nosek był z imienia widocznie zadowolony, bo zgodnie zaszczekał. Rodzice też byli zadowoleni, bo ich córka znowu się uśmiechnęła. Ponieważ ludzie przecież na znak zadowolenia nie szczekają, mama z tatą tylko do siebie niepostrzeżenie mrugali.

Dni mijały, Nosek rósł i zadowolenie z mieszkania na siódmym piętrze pomału zaczęło zanikać. Przyczyna była oczywista – z mieszkania zniknęła cisza. Z Noska wprawdzie wyrósł piękny, przymilny, swawolny i czysty pies, ale cichym współtowarzyszem zdecydowanie nie był. Mordka mu się ani na chwilę nie zamykała. Podczas spacerów pozdrawiał szczekaniem ludzi i psy, przy wejściu pozdrowił sąsiada Klejącego i sąsiadkę Gustuszną, która mu często nawet nie odpowiadała i tylko coś warknęła pod nosem. Bardzo zadowolony pozdrawiał i nieznajome psy, które widział na ekranie telewizyjnym, więc rodzina często nawet nie słyszała, co w telewizji właśnie mówią. Kiedy telewizor był wyłączony, Nosek bawił się warczeniem na szumiący mikser, huczący odkurzacz albo terkotającą pralkę. Jak się mu warczenie znudziło, zaczynał skomleć. Skamlał, kiedy chciał wyjść na zewnątrz albo kiedy był głodny. Jeść dostawał Nosek kilka razy dziennie, aby było przynajmniej tylko przez chwilę cicho. Dlatego Nosek nieraz się przejadł, a potem znowu skamlał z powodu bolącego brzucha.

Dominika jednak wciąż się z pieska cieszyła. Mogła wychodzić na dwór, mogła go głaskać, czesać i opowiadać przeżycia ze szkoły. Rodzice pomału przyzwyczaili się do głośnego domu, no, tylko najgorsze ich czekało.

Pewnego wieczoru, kiedy Nosek nie mógł spać, dlatego, że wyjątkowo objadł się herbatnikami dla psów, pojawiło się na nocnym niebie coś żółtego i świecącego. Nosek widział księżyc po raz pierwszy, bo noc aż do teraz spędzał na spaniu, z czego się rodzina bardzo cieszyła, dlatego, że przynajmniej przez kilka godzin było w mieszkaniu cicho.

Nosek z odkrycia bardzo się ucieszył. Z radości zaszczekał, potem jednak wywarła na niego wpływ tajemnicza siła księżycowej tarczy, która opanowuje psy na całym świecie. Nosek uniósł łeb do księżyca, a z jego gardła zabrzmiało długie, przeciągłe wycie, które obudziło mamę, tatę, Dominikę i sąsiada.

"Księżyc w pełni nie daje mu spać", uspokajał tata wszystkich. "Za kilka nocy to minie."

Ale mylił się. Noskowi to nie minęło, nawet odwrotnie, jeszcze bardziej oddał się nowemu hobby. Nie zależało od tego, czy księżyc był okrągły jak złota moneta czy wykrzywiony jak dojrzały banan. Nosek wył po zmroku regularnie, na darmo wszyscy czekali na bezksiężycowe noce. Wtedy Nosek wył po prostu dlatego, że księżyca mu bardzo brakowało.

Nocne wycie rodziców Dominiki bardzo męczyło. Tata regularnie zasypiał do pracy, a w pracy wymówki szefa za spóźnienie ocknęły go z drzemki.

Mamie od niewyspania zrobiły się ciemne kręgi pod oczami. Nieraz się nawet zdarzyło, że późno zaprowadziła Dominikę do przedszkola, dlatego, że rano w łazience zaspała przy myciu zębów.

Nosek nie pozwolił spać nawet sąsiadom. Sąsiad Klejący w ramach protestu przywlókł do domu tubę, największy instrument dęty, jaki potrafił zdobyć i nocami trąbił na niej wojskowe marsze. Sąsiadka Gustuszna z szóstego piętra w nocy tak wytrwale tłukła miotłą w sufit, aż się na nią posypał kurz i tynk, i sąsiadka wyglądała, jakby ją dosięgła lawina śniegu.

Dominika była jedyną, której wycie Noska nie przeszkadzało, akurat stale śniła o wyjących psach. Zaczynała się budzić już na trąbienie sąsiada i bębnienie miotłą sąsiadki. Zrozumcie, sny o hałaśliwych psach, trąbiących sąsiadach i bębniących sąsiadkach nie potrafią śnić nawet małe dzieci.

Skończyło się to tak, że raz Dominika zaspała w przedszkolu podczas podwieczorku. Zaspała, a twarzą opadła prosto do talerza z niezjedzonym budyniem. Wyciągnęła ją pani nauczycielka, która przestraszona spytała mamy, czy jej córka przypadkiem nie ma śpiączki.

"Śpiączki nie ma", odpowiedziała mama. "Akurat mamy w domu cierpiącego na bezsenność psa."

W domu mama zebrała ostatnie resztki energii. Obudziła tatę, który właśnie zasnął podczas mycia naczyń z głową na krawędzi zlewozmywaka. Potem przebrała Dominikę, która drzemała oparta o Noska, wesoło szczekającego na wilka z kreskówki telewizyjnej bajki "Ja ci pokażę!"

"Ten pies musi odejść, bo się do końca życia nie wyśpimy", oznajmiła.

"Chcesz go oddać obcym ludziom?" przestraszyła się Dominika.

"Nie oddamy go obcym, damy go dziadkom. I tak całymi nocami nie śpi, przynajmniej będzie im pilnował domu i kurnika. A my będziemy ich odwiedzać."

Tata zgodził się z zapałem, Dominika smutnie przytaknęła i było postanowione. Noska przenieśli do budy obok domu dziadków.

"Zobaczysz, że Nosek będzie tam szczęśliwy", pocieszał tata Dominikę, której po rozstaniu z psem poleciała smutna łezka. "Wybiega się, wyszaleje i może w nocy będzie też trochę spać."

I naprawdę, w nowym domu przybyło Noskowi tyle pracy, że wieczorem z ledwością dowlókł się do budy. Całymi dniami przeganiał wróble, kury albo młodego, czarnego kocura, więc przed zmrokiem był już tak zmęczony, że czasem przez pomyłkę zaczynał gonić własny ogon. O księżycu całkiem zapomniał i tak pod gwiaździstym niebem spokojnie spał i on, i całe podwórko, Spokojnie zaczęła spać też i osiedlowa rodzina w mieszkaniu na siódmym piętrze i nie przeszkadzało im nawet to, że tata czasem spokojnie zaszczekał we śnie.





                        Kot na siódmym piętrze





   Pewnego ranka rodzinę na siódmym piętrze odwiedziła babcia. Nie przyszła sama, z czarnej torby wyjrzała siwoczarna, rozczochrana głowa.


"Kotek!" zawołała zdziwiona Dominika.


"Wiem, że jest ci smutno za pieskiem, a więc przyniosłam ci tę małą przyjaciółkę", powiedziała babcia. "Wabi się Sabinka".


Dominika wyjęła kotka z torby i pogłaskała delikatne futerko. "Będziesz moją małą ślicznotką", powiedziała Dominika i Sabinka w jej ramionach spokojnie się oparła.


Sabinka podobała się też rodzicom, bo była przylepnym, czystym kotkiem. "Kot jest o wiele lepszy niż pies", spokojnie zacierał sobie ręce tata. "Najważniejsze jest, że w nocy nie zawyje na żadne ciała niebieskie".



Dni mijały i Sabinka rosła jak na wodzie, dokładniej jak na mleku, bo to jej smakowało najbardziej. Mały, rozczochrany kotek zmienił się w wielkiego, eleganckiego kota. Nie była to już drobna Sabinka, ale dorosła Sabina. Nosiła piękne, czarnosiwe futro z nieukrywaną dumą, a jej ciemnozielone oczy tajemniczo błyszczały. Świadoma własnego piękna zaczęła pytać o wyjście, aby i okolicznemu światu zaprezentować wszystkie uroki. Kiedy zaczęła niecierpliwie miauczeć przy drzwiach, dla każdego było jasne, że chce iść na spacer.


Przez cały dzień na spacery wyprowadzała ją Dominika, ale wkrótce Sabina zaczęła pytać o wyjście i po zmroku. Wtedy tata przywołał Dominikę.


"Wiesz, skarbie", wyjaśniał tata, "mała dziewczynka nie może włóczyć się nocami sama, nawet w towarzystwie kota. Sabina jest już dorosła, chętnie chodzi nocą, a więc nie możemy jej tego zabraniać. Nie bój się, do domu potrafi wrócić. Koty się nigdy nie gubią, bo z natury są to sprytne drapieżniki".


Sabina naprawdę nigdy się nie zgubiła. Z nocnych wycieczek wracała o świcie. Kiedy rodzina jeszcze spała, Sabina spokojnie zwinęła się na dywaniku przed drzwiami mieszkania i drzemiąc wyczekiwała, kiedy drzwi się otworzą. Kiedy się wreszcie otworzyły, kierowała się do swojej miski i z apetytem zabierała się do porannej porcji ciepłego mleka.


"Wydaje mi się, że nasz kot nie jest już taki elegancki", powiedziała mama pewnego ranka, patrząc badawczo na jedzącą śniadanie Sabinę. "Jakoś jej brzuszek urósł".


"Brzuszek urósł też mnie", oznajmił tata i spokojnie poklepał się po pępku. "To przecież nie grzech, że smakuje nam domowe jedzenie. Może ma mało ruchu, w ostatnim czasie jakoś zaniedbuje nocne spacery".


"Oby tylko, oby tylko", powiedziała mama trochę tajemniczo i ostrzegawczo podniosła palec wskazujący na sufit.


Przeczucie mamy potwierdziło się jednego ranka, kiedy z niej i z taty Dominika ściągnęła kołdrę.


"Wstawajcie, mamy kocięta", przekazała im wesołą wiadomość.


I naprawdę, w koszyku przy brzuchu Sabiny kręciły się cztery puszyste kuleczki.


"O rety", klasnął w ręce tata. "Mamy przybytek."


"Wiedziałam to, wiedziałam!" przewróciła oczami mama.


"Pozostawimy je, prawda?" prosząco pocierała rękami Dominika.


Tata i mama patrzyli na piękne oczy córki i nie pozostało im nic, jak zgodnie pokiwać głowami.


"Huraaaa!" zakrzyczała Dominika i podskoczyła z radości. Krzyk i tupot zaskoczył piętro niżej sąsiadkę Gustuszną, na tyle, że ze strachu wypadła jej z ręki łyżka wazowa i znalazła się na kciuku prawej nogi. Wrzask sąsiadki Gustusznej jednak nie mógł zepsuć entuzjazmu Dominiki do małych kociąt.


Dominika pomagała Sabinie troszczyć się o kocięta. Codziennie się z nimi bawiła, goniła z nimi piłkę, a kiedy Sabina przestała karmić, Dominika nalewała im mleka do wielkiej, wspólnej miski.


Kociętom smakowało, więc rodzice musieli kupować duże opakowania mleka i kocich konserw. Dwa kocięta, które dostały imiona Kicia i Zofka i dwa kocury, Wąsik i Łapka cieszyły się z dużych zakupów. Niecierpliwie kręciły ogonami, tylko co zaskrzypiały drzwi i obcierały się o nogi rodziców, którzy właśnie wyjmowali smakołyki z siatek z zakupami.


"Odejść, łakomczuchy", krzyczał tata, którego zaczynało denerwować, że się mu stale plączą pod nogami.


"Już mam przez tyle zakupów zupełnie wyciągnięte ręce", skarżyła się mama, kiedy wkładała do lodówki nowe zapasy mleka. "I jeszcze musiałam wysłuchać skarg sąsiada".


Jakby na potwierdzenie jej słów zza drzwi mieszkania dobiegło silne "apsiiik" sąsiada Klejącego. Pan sąsiad miał, ściśle mówiąc, alergię na kocią sierść, która go zmuszała do częstego i głośnego kichania. Kiedy złapał go atak kichania, wyszedł przed mieszkanie i w proteście przeciwko obecności kotów na siódmym piętrze zaczął kichać tak głośno, że go słyszał też przygłuchy dziadek Lomitko z parteru.


Rodzice te trudności zdecydowanie znosili, dlatego, że pocieszało ich uczucie, że Dominika jest z kociętami szczęśliwa. Zdecydowanie im minęło, kiedy w koszyku kota Sabiny znowu pojawiły się cztery maleńkie kocięta.


"Dalsze potomstwo!" zajęczał tata i twarz miał bladą jak mleko w misce Sabiny.


"Sabina, co to ma znaczyć?!" z pełnym wyrzutem zapytała mama kota, który się spokojnie lizał.


I tak do rodziny przybyły kocięta Mruczka i Cilka i kocury Ogonek z Węgielkiem, który szczycił się tym najczarniejszym futerkiem.


Mieszkanie na siódmym piętrze było naraz przepełnione. Sabina i jej potomkowie kursowali wszędzie. Kiedy rodzice dotarli do domu, w rękach pudełko z mlekiem i konserwy z kocią karmą, koty plątały się im przy nogach. Zanim mama zabrała się do prania, musiała poprosić Cilkę, aby wyskoczyła z pralki. Kiedy chcieli odpocząć na kanapie lub na fotelu, miejsca na pewno były zajęte przez Kicię, Mruczka lub Zofkę. Kiedy tata zmęczony chciał runąć do łóżka, musiał z niego najpierw wygnać Wąsika lub Ogonka. W nocy daremnie starał się cicho zniknąć i zamknąć przed kotami w ubikacji. Zakradając się po ciemku przydeptał w przedpokoju czarny ogon Węgielka, a bolesne miauczenie obudziło na szóstym piętrze sąsiadkę Anastazję Gustuszną, która przyłączyła się do miauczenia potokiem wyzwisk i waleniem w sufit rączką od miotły. Tylko co zmęczyła się sąsiadka Gustuszna, zastąpiło ją kichanie sąsiada Klejącego, w ciemności, przy drzwiach od windy.


Rodzice z powodu kociej powodzi stali się bardzo nerwowi. Słabła i Dominika, która przestała pić mleko, aby zaoszczędzić go dla siedzących i miauczących kotów z mieszkania na siódmym piętrze.


Zmianę Dominiki podczas regularnego badania lekarskiego zauważyła lekarka.


"Państwa córka ma wygląd niezdrowy – tylko szklanka mleka dziennie to naprawi", rymowała surowa pani doktor, a mama zawstydziła się.



"Koci kataklizm zagraża rozwojowi naszej dziewczynki", oznajmiła mama tacie, kiedy wróciła z Dominiką od lekarza. "Całe mleko wypiją nam koty, a Dominika już nie urośnie. A bez mleka nie będzie zdrowa. Proszę, zrób coś z tym".



Tacie nie trzeba było więcej mówić, bo zdrowie Dominiki było u niego na pierwszym miejscu. Pobiegł w mieszkaniu za Kicią, Zofką, Mruczką, Cilką, Łapką, Wąsikiem, Ogonkiem i Węgielkiem, póki nie miał ich wszystkich ładnie w podróżnych torbach i koszykach. Potem włożył je do samochodu, na siedzeniu obok siebie posadził Sabinę i wybrał się w podróż. Obszedł wszystkich krewnych, znajomych i kolegów, i wszędzie prosił, aby zajęli się przynajmniej jednym członkiem dużej, kociej rodziny.


Po dwóch dniach proszenia i podróżowania tata wrócił do domu sam, zmęczony, ale zadowolony.


"Mieszkanie jest wreszcie bez kotów", osunął się tata z uśmiechem na fotel. Natychmiast jednak wyskoczył, bo spod niego zadźwięczało miauczenie przygniecionego kota. Był to jednak tylko gwizdający gumowy niedźwiadek, zabawka, którą tam zapomniała Dominika.


"Ty mnie wpuścisz, prawda?" zagadnął tata do niedźwiadka i położył go na dywanie. Potem wspólnie oglądali telewizję i nikt im nie przeszkadzał. Nie odzywało się nawet kichanie sąsiada Klejącego, który przez ostatnie dni cudownie wyleczył się z alergii na kocią sierść.






 

              Krowa na siódmym piętrze

    W mieszkaniu na siódmym piętrze coś nie było w porządku. O kotach już pomału zapomniano, ale Dominika stale wyglądała jakoś chudo i chorowito. Rodzice jej wprawdzie kupowali mleko, ale Dominika tylko przecząco kręciła głową. Nie dotknęła nawet kubka z ciepłym, pachnącym kakao. Na koniec zaczęła kręcić nosem nad kanapką z masłem i rozmaitymi rodzajami sera. Pogłoska o tym, że Dominice przestało smakować mleko dotarła i do uszu dziadka.
"Ej, do licha", dziadek uderzył pięścią w stół, aż solniczka podskoczyła. "Gdybym widział, jak moja jedyna wnuczka rośnie niezdrowo na bezmlecznej diecie".
Dziadek nałożył kapelusz i wybrał się do miasta odwiedzić rodzinę. Jak tylko wszedł w drzwi mieszkania na siódmym piętrze, spod gęstych brwi skierował wzrok na schudniętą Dominikę. Na koniec zwrócił się do rodziców i głębokim głosem powiedział: "Zróbcie sypialnię, wprowadzimy tam krowę. Dominika potrzebuje smaczne, świeżo wydojone krowie mleko. To będzie dla niej najlepsze lekarstwo".
Rodzice nie mogli złapać oddechu.
"Gdzie będziemy spać ?!" przestraszył się tata.
"Rozłóżcie sobie w pokoju tapczan", doradził dziadek.
"A kto będzie się o tę krowę troszczył?!" zajęczała mama.
"Przecież wy dwoje! Nauczę was tego!" oznajmił dziadek.
"A co powiedzą o krowie sąsiedzi?!" krzyknęli jednogłośnie rodzice.
"Nie dowiedzą się. Krowę Malinę przyprowadzimy w nocy, gdy wszyscy będą drzemać jak polana".
Jak dziadek powiedział, tak też się stało. O północy już czekał w półmroku przed wejściem do kamienicy i ręką przytrzymywał za uzdę krowę Malinę. Tata zszedł na dół pomóc.
"Hm, do windy się nam to wielkie zwierzę nie zmieści", powiedział tata i podrapał się po głowie.
"Pójdziemy cicho i ładnie po schodach", zdecydował dziadek. "Moja Malina jest przyzwyczajona do wspinania się po górach. Podoba jej się wspinać tylko zdecydowanie i cierpliwie".
Wprawdzie schody bloku i górka porośnięta trawą to nie to samo. Doprowadzić krowę po schodach na siódme piętro jest to zbyt trudne zadanie. Nawet trudniejsze niż wnieść na górę fortepian. Podczas transportu fortepianu nie musicie się bowiem bać, że zacznie nerwowo muczeć, kiedy mu się coś przestanie podobać. Malina z początku wchodziła po schodach po cichu, chociaż od czasu do czasu musieli ją na górze ciągnąć i pchać. Na szóstym piętrze, akurat pod mieszkaniem Anastazji Gustusznej, zaczęła już być zmęczona swoją wędrówką.
"Muu!" odezwała się niezadowolona krowa Malina.
Dziadek i tata przestali łapach oddech i szybko zaczęli ciągnąć rogate zwierzę do bezpiecznego mieszkania na siódmym piętrze. Chcieli być na górze wcześniej, zanim zdenerwowana Gustuszna pojawi się w drzwiach.
Sąsiadka jednak nie obudziła się. Właśnie rozkoszowała się snem, w którym tańczyła na balu w objęciach eleganckiego pana. Muczenie, które do niej dobiegło, nieoczekiwanie przeniosło ją we śnie z udekorowanej sali do ciemnej obory dla krów. Nagle nie trzymała się ładnego tancerza, ale w rękach miała krowie wymię, z którego doiła mleko. I tak rozczarowana sąsiadka Gustuszna została w krowim towarzystwie póki się nie obudziła.
Krowę Malinę dostarczyli na koniec do sypialni mieszkania na siódmym piętrze zupełnie niepostrzeżenie. Tata był spocony jakby właśnie pokonał ogromną górę w Himalajach, a zdyszanemu dziadkowi jeżyły się gęste brwi jak dwie czarne gąsienice.
"Na szczęście paczkę z sianem możemy zawieźć windą", powiedział dziadek po krótkim odpoczynku i poszedł na dół po siano. Potem Malinę oporządził, nakarmił i tylko, jak wyszło słońce, usiadł na stoliku i zabrał się do dojenia. Kiedy Dominika obudziła się i w przerażeniu wybałuszyła oczy na krowę w sypialni, dziadek wcisnął jej do ręki szklankę z ciepłym mlekiem.
"Napij się, kochana", powiedział i pogładził ją po włosach.
Dominika wypiła szklankę mleka na dwa łyki. Tak cieszyła się z wielkiego zwierzęcia, które stało pośrodku pokoju, że nie musieli jej w ogóle namawiać. A oprócz tego mleko od Maliny było bardziej słodkie i gęste niż z pudełka ze sklepu. Smakowało wspaniale i na obiad, i wieczorem przed spaniem.
Rodzice cieszyli się, że ich córce wrócił stracony apetyt. Z miłości do Dominiki mama nauczyła się, jak się taką krowę doi, a tacie dziadek pokazał, jak trzeba się o Malinę troszczyć i jak ją karmić.
Rodzina zaczęła się przyzwyczajać do krowy w sypialni. Nie musieli już kupować mleka ani masła, śmietany i serów, mama wszystkiego nauczyła się robić w domu. Posmakować mlecznych produktów mogli też krewni i znajomi, dlatego, że zwiększyło się też rozdawanie. Tata zaś nauczył się zakradać w nocy przez drzwi wejściowe. Potajemnie wyprowadzał krowę na trawnik przed kamienicę.
Dominice po mlecznym posiłku znowu zaczęły się rumienić policzki, przybrała na wadze i była zdrowa jak burak. "Smakuje, Malina, smakuje?" spokojnie poklepywała krowę, która przeżuwała siano, przyniesione przez dziadka. A Malina zamiast odpowiedzi spokojnie pomachała ogonem.
Obecność krowy w mieszkaniu na siódmym piętrze miała też swoje złe strony. Rodziny nie odwiedzano, dlatego, że nie było gdzie usiąść. Sypialnię zamieszkiwała Malina, w pokoju rodzice mieli rozłożony tapczan, pokój dziecięcy Dominika miała zapchany zabawkami, a przedpokój z kuchnią był zajęty bańkami na mleko i śmietaną, dzieżami na twaróg, maselniczkami i prześcieradłami z serem. A nawet gdyby doszło do wizyty, z pewnością przeszkadzałby zapach, który występuje przeważnie w oborach dla krów. Krowia woń rozchodziła się po mieszkaniu i osadziła się też na ubraniach członków rodziny. Tata zauważył, że sąsiad Klejący zawsze zatyka nos, kiedy wspólnie jadą windą.
Sąsiedzi naprawdę zaczęli coś przeczuwać i nie tylko z powodu krowiego zapachu. Sąsiadka Gustuszna dziwiła się, dlaczego stale śni się jej krowie towarzystwo. Nie domyślała się, że na jej sny ma wpływ rzadkie muczenie krowy Maliny, które do niej przenika w nocy przez ściany.
"Wciąż mnie męczą te krowy", skarżyła się dziadkowi Lomitkowi, "a przy tym nie pamiętam, kiedy ostatnio jadłam wołowinę".
Przygłuchy dziadek Lomitko tylko machnął ręką: "Chciałbym zaś zobaczyć tego psa, który sobie ulży na naszym trawniku. Musi być wielki jak cielę, mówię pani, pani sąsiadko".
Wszystko pękło, kiedy jednej nocy tata niefortunnie zawadził pełnym wiadrem o drzwi windy. W ciszy odezwało się trzaśnięcie. W migotliwym blasku pojawił się na korytarzu sąsiad Klejący, który był w pogotowiu już przez kilka nocy.
"Ha, panie sąsiedzie, co ma pan w tym wiadrze?" zapytał surowo, zaciskając pas od szlafroka. "Tylko niech mi pan nie mówi, że tort. Tort bowiem pachnie czekoladą, a nie jak krowi ogon!"
"Krowieniec, panie sąsiedzie", powiedział tata prawdę, bo kłamać nie należy.
"Krowy przynależą do stajni albo do obory, a nie do mieszkania", oznajmił sąsiad Klejący. "Jak jeszcze pan tego nie wie, urzędy panu wyjaśnią!" i drzwi za zdenerwowanym sąsiadem zatrzasnęły się.
Rodzice nie czekali, aż ich urzędy zasypią nakazami, spisami i grzywnami. Zdrowa Dominika obiecała, że mleka więcej nie będzie odmawiać, czy będzie ono świeże od krowy czy też ze sklepu. Z podziękowaniem zwrócili szybko dziadkowi krowę Malinę.
Rodzice wreszcie mogli spać w sypialni. Najpierw musieli ją, to prawda, wyczyścić, od nowa pomalować i porządnie przewietrzyć. Trwało to tygodniami, zanim zapach krowy Maliny zniknął z sypialni rodziców. Zawsze to było lepsze niż zakradać się z krową nocami przez korytarze kamienicy.

 

                      Ślimaki na siódmym piętrze



   Nowych przyjaciół ze świata zwierząt Dominika znalazła całkiem sama. Odkryła ich w chwastach za garażami w pobliżu kamienicy. W cieniu pomału pełzały tam trzy ślimaki. Dominika je zebrała, położyła do wygodnej pokrywki pudełka od butów i przyniosła do domu.

"Aha, co znalazłam!" w domu Dominika włożyła pokrywkę ze ślimakami tacie prosto pod nos.

"Ślimaki? Super!" ucieszył się tata. "Nie wyją, nie mnożą się w szalonym tempie i nawet nie potrzeba je doić. Wystarczy im narwać trochę trawy i liści."

"Chętnie to zrobię", powiedziała Dominika. "Ten duży będzie nazywał się Pucuś, a te dwa mniejsze Trusio i Dusio."

I od tego dnia chodziły po mieszkaniu na siódmym piętrze trzy ślimaki. I nawet kiedy nie były większe niż pudełko od zapałek, nie trudno było je znaleźć. Wszędzie bowiem pozostawały za nimi błyszczące, lepkie ścieżki. Dzięki temu Dominika zawsze umiała je znaleźć, aby je mogła zanieść na obiad lub kolację do pokrywki z pudła od butów.

Dominice podobała się hodowla ślimaków, ale mamie ich pełzanie porządnie działało na nerwy. Za każdym razem chodziła na czworakach za Pucusiem, Trusiem i Dusiem. Tata najpierw myślał, że mama ze ślimakami rywalizuje, ale potem zauważył w jej ręku mokrą ścierkę. Zrozumiał, że mama tylko stara się zetrzeć ślimacze ścieżki z podłogi i dywanu. Twarz chętnie ukrył po cichutku za gazetą, aby nie musiał też pomagać ze ścierką.

Mama całymi dniami wycierała ślimacze ścieżki, a tata tymczasem ukrywał się za gazetą, wygodnie leżąc na tapczanie. Pewnego dnia tata jednak zdrzemnął się i gazeta wypadła mu z rąk. Zauważył ją Pucuś, który do niej pomału przypełznął. Oczami na różkach zbadał sportową stronę, na której byli biegacze-atleci nad przeszkodami. Pucusiowi się spodobali, bo pobiegł stosunkowo szybko, właściwie rozpełznął na wprost tapczanu, na którym oddychał tata. Za kwadrans był już na tapczanie i pełzał po tacie, którego wybrał jako najodpowiedniejszą przeszkodę. Za pół godziny pokonał też tapczan taty, co było dla ślimaka rekordowym wyczynem. Kiedy mama potrząsnęła tatę za ramię, Pucuś był już poza zasięgiem wzroku.

"Co... co się stało?" tata pomału budził się z drzemki.

"Śniły ci się jakieś smaczne delicje?" spytała mama.

"Dlaczego tak myślisz?" dziwił się tata.

"Bo wyglądasz jakby ci ciekła ślinka na jakiś smakołyk", oznajmiła mama.

"Ślinka...?" Tata przesunął ręką po twarzy i powątpiewająco namacał lepką substancję. "Fuj, bezczelne ślimaki, człowiek nie może nawet pospać, aby po nim nie pełzały jak po dywanie! Ale z tym już koniec!"

Tata wziął pusty słoik po ogórkach i wyśledził Pucusia, Trusia i Dusia. Włożył ich do słoika na warstwie nazrywanych liści, potem słoik zamknął pokrywką, w której zrobił dziurki, aby ślimaki nie udusiły się.

"A więc od teraz to będzie wasz hotel", oznajmił Pucusiowi, Trusiowi i Dusiowi przez szkło od słoika. Postawił go na szafce w pokoju dziecięcym. Na małej przestrzeni już żaden ze ślimaków nie mógł spróbować rekordu szybkości, więc nigdzie się nie spieszyły. Dominika uważnie je obserwowała każdego dnia i ulegała zwolnieniu razem z nimi. Z początku zupełnie niepostrzeżenie, tylko trochę dłużej trwało, zanim zjadła śniadanie i ubrała się do szkoły. Po powrocie z lekcji nie miała zadań zrobionych już w ciągu pół godziny, ale męczyła się z nimi aż do wieczora. Naleśniki, które mama przygotowała raz na kolację, nie zjadła na chybcika z szybkością błyskawicy jak kiedy indziej, ale zimne przeżuwała całe dwie godziny.

Tacie spowolnienie córki rzuciło się w oczy pośrodku nocy. Właśnie kończył oglądanie zajmującego filmu dokumentalnego o produkcji masła z mleka słonia w południowym Senegalu. Oczy zamykały mu się już sennie i wyłączył telewizor, wybrał się do łazienki, aby przed spaniem wyczyścić przednie siekacze i tylne zęby trzonowe. Jakie było jego zdziwienie, kiedy odkrył tam Dominikę, która pomału szorowała szczotką zęby.

"Jeszcze nie śpisz, serdeńko?" spytał tata.

Dominika wolno wyjęła szczotkę z ust i jeszcze wolniej powiedziała: "Myyyję zęęęby, tatooo..."

"Jasny gwint!" załamał tata ręce. "Przecież mama kazała ci to zrobić już dwie godziny temu. Miałaś już dawno spać pod kołdrą! Śmigaj do łóżka."

Dominika śmigała do łóżka rozpaczliwie pomału. Tata miał zęby już dawno umyte, a Dominika była wciąż przed drzwiami pokoju. Tata wreszcie stracił cierpliwość, wziął córkę na ręce i zaniósł ją do łóżka.

Rano tata chciał porozmawiać z mamą o dziwnym nocnym zachowaniu ich ukochanej córki, ale na koniec nie było ku temu okazji. Mama bowiem przez cały czas ponaglała Dominikę, która jadła śniadanie rozpaczliwie pomału. Ugryzła rogalik tylko dwa razy, a już mama ciągnęła ją do szkoły, aby nie spóźniła się na początek lekcji.

Na przekór dążeniu mamy Dominika spóźniła się na początek lekcji. Do ławki dowlokła się po dzwonku w tempie ślimaka. A to był tylko początek. Zanim Dominika zdążyła na matematyce wybrać długopis z piórnika i otworzyć zeszyt, inne dzieci miały już policzone wszystkie przykłady, zaś na lekcji języka słowackiego z dyktanda zapisała tylko dwa słowa. Najgorzej wypadła gimnastyka, w czasie której uczniowie ćwiczyli skok w dal. Kiedy przyszła kolej na Dominikę, wzięła ona rozbieg tak pomału, że niektórzy uczniowie spoglądając na nią zasypiali na trawniku obok toru rozbiegu. Kiedy wreszcie Dominika upadła na piasek, dawno już była przerwa. Pani nauczycielka obudziła śpiących uczniów i Dominice do dzienniczka wpisała uwagę: Państwa córka spóźnia się na lekcje, jest chorobliwie powolna i przez to źle wpływa na uczniów.

W domu rodzice spojrzeli do dzienniczka ucznia i tata zaraz wspomniał dziwne zachowanie Dominiki. Zawołał: "Nasza córka jest opóźniona nie tylko w szkole, ale i w domu! Musimy to rozwiązać."

Rodzice w przyspieszonym tempie wybrali się do pokoju dziecięcego, aby porozmawiać ze zwolnioną córką.

Dominikę znaleźli siedzącą nieruchomo na krześle. Oczy miała skupione na słoiku ze ślimakami. Picuś, Trusio i Dusio pełzały pomału po szkle i od czasu do czasu badały jakiś zielony listek.

"Ślimaki – próżniaki! One spowolniły naszą dziewczynkę!" zawołała mama.

"I dlatego wypuścimy je z powrotem do przyrody!" zdecydował tata, wziął słoik z powolną trójką i wybiegł z mieszkania.

"Aleee tooo sąąą moiii przyjaaaacieleeeeeee", starała się szybko powiedzieć Dominika, ale zanim dokończyła, tata wrócił już z powrotem z pustym słoikiem.

"Skarbie", pogładził Dominikę po włosach, "te ślimaki spowalniały twój zdrowy rozwój. Ja ci załatwię żywsze zwierzątko."

"Więęęc dooobrze", wyszło pomału z Dominiki i tata zaczął się zastanawiać, jak spełnić obietnicę.



         Małpa na siódmym piętrze



   W następnych dniach tata chodził po sklepach z domowymi i egzotycznymi zwierzętami i szukał pupila według swojego wyobrażenia. Musi to być zwierzę żywe i wesołe, aby przywróciło do życia moją zwolnioną córkę, zastanawiał się tata. Chodził, obserwował i rozmyślał. Sprzedawcy proponowali mu najróżniejsze zwierzęta, ale tacie wydawały się bądź za duże, za hałaśliwe albo zbyt wolne.

Tatę bolały już nogi jak konia, gdy na skraju miasta wszedł do następnego sklepu. Na klatki, woliery i teraria nawet nie zdążył popatrzeć, bo zaraz zajęła go małpka siedząca sprzedawcy na ramieniu. Była mała, sinoniebieska i pewna siebie szczerzyła zęby tacie w twarz.

To by było wesołe zwierzątko dla Dominiki! Pomyślał tata i zapytał sprzedawcy: "Ile kosztuje ta małpka?"

"Ta małpa nie jest na sprzedaż", odburknął sprzedawca nieuprzejmie.


"Naprawdę?" tata był trochę rozczarowany. "A nie ma pan jakiejś podobnej?"

"Nie mamy", powiedział sprzedawca już przyjaźniej. "Ale możemy ją panu podarować, jak pan pisemnie zapewni, że ona nie wróci."

Małpa wdrapała się sprzedawcy na głowę, zsunęła się mu na drugie ramię i mrugnęła figlarnie do taty.

"Z radością", zgodził się tata, ciesząc się, że zaoszczędzi korony.

Sprzedawca przesunął po ladzie papier i podał tacie długopis. Tata raz dwa podpisał deklarację, że małpy już nigdy nie zwróci do sklepu.

"Berta, to jest twój nowy pan", zamruczał sprzedawca do małpy. Małpa Berta jakby zrozumiała, skoczyła na ladę i zaraz usiadła obok ucha taty. Potem postukała tatę po głowie długopisem, który zwędziła z lady, jakby chciała dać znak, że mogą już iść.

"Wzięła pana długopis", powiedział tata i spróbował wyjąć go z łapy Berty.

"W porządku, niech pan zostawi sobie też długopis", sprzedawca pomachał rękami. "Tylko niech pan już idzie!"

Tacie nie trzeba było dwa razy mówić. Spieszył się wyjść, aby sprzedawca przypadkiem nie rozmyślił się. Małpa trzymała się niego jak rzep, zanim doszli do kamienicy, która miała stać się jej nowym domem. Zanim tata wszedł po schodach, małpa pomazała mu nos długopisem. Zanim wygrzebał z kieszeni klucze od drzwi wejściowych, małpa Berta ponaciskała kilka dzwonków. Tata z przestrachem wbiegł z małpą do windy.

"Oszalałaś?" ofuknął Bertę, jak tylko drzwi windy zamknęły się za nimi. "Do sąsiadów nie wolno dzwonić! Nie zdajesz sobie nawet sprawy, jaką są w stanie zacząć strzelaninę wymówek, skarg i gderania!"

Berta tylko uśmiechnęła się i położyła kciuk na przycisk siódmego piętra. Tata nie wychodził ze zdziwienia, jak to małpa zgadła. Winda zaczęła się wznosić.

"Tym razem ci to wyszło", powiedział tata. "W domu zapoznam cię z moją córką Dominiką. Zachowuj się wobec niej grzecznie. I daj tu długopis!"

W przedpokoju Berta zeskoczyła z ramienia taty i wybrała się na poszukiwanie Dominiki. Znalazła ją w dziecięcym pokoju, Dominika właśnie pomału pakowała zeszyty i książki do teczki.

"Ojeeej, małpka!" krzyknęła Dominika prawie w normalnym tempie.

Berta zamiast pozdrowienia podała jej podręcznik do języka słowackiego.

"Będzisz mi pomagać?" ucieszyła się Dominika. "Dziękuję."

Berta w uśmiechu wyszczerzyła zęby i podała jej poduszkę. "Jej do szkoły nie możemy zabrać", powiedziała Dominika. "Podczas lekcji mamy surowo zabronione spać."

Berta odłożyła poduszkę, wskoczyła Dominice na ramię i śledziła, jak zapełnia się szkolna teczka.

Na drugi dzień przed początkiem lekcji Dominika otworzyła oczy ze zdziwienia. W teczce oprócz przyborów szkolnych odkryła drewnianą łyżkę wazową, skarpetkę i skórkę od banana.


"Co mi zapakowałaś do torby?!" upomniała Bertę po powrocie do domu, mimo że właściwie się na nią nie gniewała. Małpa uśmiechnęła się do niej, jakby wiedziała, że wszystko się jej wybaczy. Dominika dzięki niej ożywiła się, a rodzice z zadowoleniem śledzili, jak ich córka znowu normalnie rośnie. Cierpliwie znosili też niektóre wybryki. Tata nie policzył nawet do dziesięciu, kiedy Berta zwędziła mu sprzed nosa pilot do telewizora i uwiesiła się z nim na karniszu. Mama tylko cicho przewróciła oczami, kiedy Berta podczas gotowania przywłaszczyła sobie pokrywki i zaczęła nimi tłuc jakby grała na czynelach. Oczami wtedy przewracali też sąsiad Klejący i sąsiadka Gustuszna, którzy przypuszczali, że tata rozbija kuchnię, bo mama ugotowała bardzo niesmaczny obiad. Anastazja Gustuszna nawet zadzwoniła po policyjny patrol, który jednak ustalił, że rodzice wciąż się kochają i żadne urządzenie nie jest rozbite. I tak na koniec za fałszywy alarm policjanci pogrozili sąsiadce Gustusznej palcem.

Wybryku Berty podczas uroczystości urodzinowej taty jednak nie dało się tak łatwo odpuścić. Na uroczystość przyszedł też dziadek z babcią i mama przygotowała dla solenizanta i gości duży czekoladowo-orzechowy tort. Słodkie dzieło przyniosła do pokoju i postawiła na stole. Małpa Berta zeskoczyła z ramion Dominiki prosto na żyrandol, żeby miała na smakołyk lepszy widok. Tata schylił się i zdmuchnął świeczki na torcie. Dym ze świeczek podniósł się pod sufit i dostał też do wybałuszonych oczu Berty. Zaczęły Bertę oczy szczypać, a Berta niespokojnie podskakiwała i jazgotała na żyrandolu. Zanim zdążyli ją zdjąć i uspokoić, żyrandol urwał się i razem z Bertą uderzył prosto w środek czekoladowo-orzechowego tortu.

"To był taki piękny tort", klasnęła w ręce babcia.

"Wreszcie oryginalny tort. Oprócz świeczek ma żyrandol", próbował uratować sytuację tata.

"Zwierzę jest nerwowe, potrzebuje ruchu, trzeba je zabrać na powietrze", zarządził dziadek.

Mama nie mówiła nic, tylko wytrwale mrugała, aby zatrzymać łzy nad zniszczonym smakołykiem.

"Chodź, Berta, idziemy na dwór", Dominika wyciągnęła małpę z rozgniecionego tortu. Berta nie broniła się, bo właśnie zlizywała krem i bitą śmietanę z palców łap i nóg, a nawet i z ogona.


Dominika wyszła z Bertą na boisko. Tam obstąpiły je bawiące się dzieci, którym małpka bardzo się podobała.  Berta przez chwilę skakała im po głowach, a potem wskoczyła na drabinkę. Dzieci zaczęły bawić się z nią w berka. Bertę gra bawiła, póki nie zauważyła dziadka Lomitka na ławce.


Dziadek spokojnie wygrzewał się w popołudniowym słońcu i pykał z dymiącej fajki. Berta naraz przypomniała sobie dym ze świeczek, doskoczyła do dziadka i wyrwała mu fajkę z ręki. Potem przybiegła do samochodu, który właśnie ruszył i wsadziła fajkę do rury wydechowej. Zdziwiony dziadek tylko bezradnie patrzył, jak jego fajka znika razem z samochodem. Kierowca, który w lusterku wstecznym zauważył, jak za bardzo dymi z rury wydechowej w nowym samochodzie, tylko westchnął.


"Nowy samochód i już muszę z nim jechać do serwisu", gderał nie wiedząc, jaką nową część dodała mu do samochodu psotna małpa.


"Potwór piekielny!" groził małpie dziadek Lomitko. Berta go nie zauważała, a uciekając przed Dominiką i dziećmi dobiegła po ścieżce aż do sąsiada Klejącego, który właśnie wracał z zakupów. Sąsiad miał na głowie brązową czapkę, która Bercie wydawała się czekoladową polewą na torcie. Berta wskoczyła mu na ramię, pochwyciła czapkę i ugryzła ją. Sąsiad Klejący nie bronił się, dlatego, że w rękach miał torby z zakupami.

Berta stwierdziła, że smakiem czapka sąsiada ani trochę nie dorównuje tortowi mamy, ale szybciej skarpetkom taty. Przybiegła do kontenera i wrzuciła ją do środka pomiędzy śmieci. Przy kontenerze Dominika wreszcie ją złapała i wyruszyła z nią do domu na siódme piętro.

"Dzisiaj już było dość wybryków", oznajmiła. Małpa na zgodę wyszczerzyła zęby. Ale czego diabeł nie chciał, do windy wsiadła sąsiadka Gustuszna.

"Co to masz za skrzata, dziewczynko?" sąsiadka z niedowierzaniem mrugała spoza grubych szkieł.

Berta, która nie była żadnym skrzatem, ale psotną małpą, pomyślała, że sąsiadka źle widzi. Ściągnęła sąsiadce z nosa okulary, napluła na szkła i zaczęła nimi pocierać o sierść na pępku, żeby je wyczyścić.

"Moje okulary!" wrzasnęła sąsiadka.

"Wróć cioci okulary!" przykazała małpie Dominika.

Berta posłusznie zwróciła sąsiadce okulary. Ta je włożyła, ale widziała tylko małpie kudły, zlepione śliną i resztki czekoladowego tortu, którego nie udało się Bercie zlizać z brzucha.

"Tak twoi rodzice nie będą się z tym obnosić", wybuchnęła sąsiadka. "Taki diabeł w naszym domu! Poskarżę się!" I tak zrobiła. Poskarżyć się przyszedł i sąsiad Klejący, i dziadek Lomitko. Tata przeprosił i wynagrodził sąsiadom szkody, spowodowane przez małpę. Potem oznajmił rodzinie: "Małpa popsuła mi urodziny po raz pierwszy i ostatni. Drugi raz to się nie stanie, bo będzie zatruwać życie komuś innemu."

Mamie i teraz wpadły łzy do oczu, ale tym razem były to łzy radości. Dominika też zgodziła się, żeby małpa Berta odeszła. Nie życzyła sobie, żeby Berta znowu komuś popsuła obchodzenie urodzin.

Dominika pożegnała się z Bertą, a tata zaczął szukać sklepu ze zwierzętami, gdzie by się nią zainteresowali.

Z początku tacie nie wiodło się. Bertę znali sprzedawcy w całym mieście. Tylko ją zauważyli, zamykali drzwi albo chowali się pod ladą. Na koniec tata wziął Bertę do dalekiego miasta na drugim końcu republiki. Tam małpę Bertę przyjęli w jednym sklepie z radością, ale tylko dlatego, że jej nie znali.



                Żółw na siódmym piętrze


   "Słuchaj, nie chcielibyście żółwia?" spytała raz mamy jej przyjaciółka. Siedziały w cukierni przy kawie i zjadały ze smakiem francuskie kremówki. "Jak byście go chcieli, chętnie go podarujemy".

Mama zamyśliła się. Od kiedy pożegnali się z małpą Bertą, w mieszkaniu na siódmym piętrze nie było żadnego zwierzęcia. Żółw jest odpowiedni do bloku, a Dominika na pewno przestanie wspominać psotną małpę, zastanawiała się mama.

"A w go dlaczego nie chcecie?" wypytywała mama przezornie, aby przypadkiem nie wpuściła do mieszkania niebezpiecznego stworzenia.

"Naszego Igorka żółw już nudzi", przyznała się przyjaciółka. "Teraz chce nilowego krokodyla. Albo przynajmniej aligatora."

Lepszy nudny żółw niż zabawna małpa albo krokodyl nilowy, pomyślała mama i powiedziała: "Więc dobrze, weźmiemy go. Ale jak twojego syna zacznie nudzić i krokodyl, na nas nie licz."

Drugiego dnia żółw chodził już po mieszkaniu na siódmym piętrze. Dominika biegała wokół niego z radością i od czasu do czasu też kucnęła, aby mogła pogłaskać żółwia po pancerzu.

"Nazywa się Wilma", przedstawiła go mama Dominice i tacie.


"Jest jakiś powolny", tata powątpiewająco pokręcił nosem. Co się stanie, jak będzie miał spowalniające oddziaływanie na naszą córkę? Pamiętasz ślimaki?"

"To jest żółw, nie może być szybki jak śmigłowiec", powiedziała mama. "Jak będzie Dominikę spowalniać, podarujemy go rodzicom jakiegoś chorobliwie przyspieszonego dziecka."

"Nie będę powolna, obiecuję", szybko powiedziała Dominika w obawie, że straci nowe zwierzę. "Z tego już wyrosłam".

"Oby tylko", zamruczał tata i przez następne dni uważnie śledził, czy córka nie zacznie poruszać się z żółwią prędkością.

Żółw Wilma od tej chwili maszerował po mieszkaniu na siódmym piętrze pod opieką taty. Kiedy właśnie nie odpoczywał w pokoju Dominiki, powoli spacerował po dywanie w salonie, po parkietach w sypialni i po wykładzinach w kuchni, a przy tym posłusznie jadł porcje warzyw i gotowanego kurczaka. Dominika często oprowadzała Wilmę w czasie wędrówek po mieszkaniu, kiedy jednak zachowywała się normalnie i żywo, jak wypada uczennicy, tata przestał cichego i niewidocznego żółwia zauważać. Możliwe, że był to błąd.

Stało się to wieczorem, kiedy tata spieszył się do telewizora, żeby nie uciekły mu telewizyjne wiadomości. Zmierzał na fotel strzelając oczami po pilocie, kiedy pod nogi zaplątała mu się niewidoczna Wilma. Tata najpierw lewą nogą kopnął w jej pancerz i zaraz szukając straconej równowagi uderzył kciukiem prawej nogi o fotel.

"Auu!" zawył podskakując na jednej nodze. "Oby cię pokręciło, co się tu plączesz po nogami?!"

Żółw Wilma, który podczas kopnięcia taty ze strachu schował się do pancerza, potem tylko obrażony wysunął głowę i dostojnie odszedł z pokoju.

Od tej chwili żółw schodził tacie z drogi i więcej wałęsał się po kuchni, gdzie była też lodówka skrywająca rozmaite smakołyki, które Wilma lubiła.

W kuchni kręciła się przed bożonarodzeniowym południem, właśnie kiedy mama kończyła przygotowania do obiadu. Rodzinie już ciekła ślinka na pieczoną gęś z knedlikami i duszoną kapustą, smakołykiem, który miał już już znaleźć się na uroczyście nakrytym stole. Mama wzięła łapki kuchenne, otworzyła piekarnik i wyjęła z niego gorącą brytfannę ze złociście przyrumienioną gęsią. Tylko że nie zdążyła zrobić ani kroku i kopnęła w żółwia Wilmę, którego do kuchni przywabił wspaniały zapach.

Wtedy stał się cud. Mimo że pieczone gęsi latają tylko w bajkach, pieczona gęś mamy wyleciała z brytfanny, przeleciała wzdłuż kredensu i przystanęła na podłodze pod stołem w kuchni jak w hangarze na lotnisku.

"Oby cię ta pieczona gęś kopnęła!" wpadła w złość mama przez żółwia. "Zniszczyłaś mi bożonarodzeniowy obiad! Precz mi z oczu!"

Dominika wybiegła zza stołu i odniosła nieszczęsnego żółwia do swojego pokoju. Potem wróciła do kuchni pomóc tacie pocieszyć mamę. Wspólnie sprzątnęli kuchnię, a kiedy przekonali mamę, że będzie im smakować i pieczona gęś, która lata przez kuchnię i parkuje na podłodze, zabrali się z umiarkowanym opóźnieniem do obiadu. A smakowało im chyba bardziej niż zwykle, może dlatego, że byli już wygłodniali, a może też dlatego, bo przy jedzeniu latającej, pieczonej gęsi bawili się.

Żółw Wilma jednak nie bawił się. Znowu na niego krzyczeli, nawet wyrzucili z kuchni! Wilma zdecydowała, że w mieszkaniu na siódmym piętrze nie będzie się już nikomu plątać pod nogami.

Na drugi dzień Dominika na darmo chodziła po mieszkaniu i szukała swojego żółwia. Wołała go, obiecywała smakołyki, ale Wilma dobrze się skryła. Za chwilę na pomoc przyszedł tata z mamą. Wspólnie szukali żółwia całe dwie godziny, ale na darmo. Na koniec mamie przyszło na myśl spojrzeć do schowka pod małżeńskim łóżkiem. Żółw spokojnie tam podrzemywał na małej poduszce.

"Tak się ukryć..." kręcił tata głową ze zdziwienia. Dominika z radością wzięła żółwia na ręce i zaniosła do swojego pokoju.
 
"Prawie cię nie znaleźliśmy", upominała Dominika żółwia, kiedy położyła go na podłodze w pokoju dziecięcym.

Żółw jednak o jej upominanie nie dbał, dlatego, że nie chciał przeszkadzać. Za dwa dni zniknął znowu. Rodzice przeszukali całe mieszkanie. Żółwia znaleźli dopiero, kiedy odsunęli wszystkie szafy w pokoju.

"Ten żółw nam daje w kość", westchnął tata, który z tak dużego przesuwania mebli był już zmęczony.

"Wilma, dlaczego nam to robisz?" zapytała Dominika żółwia. "Zobacz, teraz tata nie ma siły."

Żółw nie odpowiedział, ale myślał chyba swoje, dlatego, że niebawem znowu zniknął.

"Ja już na tego żółwia kicham!" zdenerwował się tata. "Mam to zupełnie w nosie, gdzie jest!"

"To mamy szukać to nieszczęsne stworzenie same?" spytała mama. "Nie dziw się, że się ukrywa, kiedy tak na nie nakrzyczeliśmy..."

"Tato, proszę..." tarła rękami prosząco Dominika.

"Dobrze, poszukam go, ale to będzie ostatni raz", podkreślał tata. "Potem tego nieszczęśnika zwrócisz swojej przyjaciółce i jej synowi."

Mama i Dominika zgodziły się. Rodzina znowu zabrała się do wielkiego śledzenia. Przy tym tylko trzaskali i dudnili, aż sąsiadka Gustuszna w mieszkaniu pod nimi zaczęła radośnie zacierać ręce w przypuszczeniu, że rodzina się dokądś przeprowadza. Nareszcie będzie spokój, cieszyła się sąsiadka. W mieszkaniu nad nią tymczasem wysuwali szuflady, patrzyli pod łóżkiem, odsuwali szafy, nawet i lodówkę, ale żółwia nigdzie nie było. Zamiast tego jednak znaleźli dawno zgubioną głowę lalki Dominiki, złoty kolczyk mamy, taty otwieracz do butelek, pięć nakrętek od butelek po piwie i sztuczną szczękę babci, która zniknęła trzy lata temu.

Zmęczeni i spoceni na koniec późno wieczorem skończyli bezowocne poszukiwanie.

"Idę spłukać z siebie pot i brud", rzuciła mama i weszła do łazienki. Za trzy sekundy wybiegła z niej i skoczyła tacie w ramiona.

"Ojej, mamy tam mysz!" krzyknęła przestraszona.

"Mysz?" tata ze zdumieniem podniósł brwi. "Jak na to wpadłaś?"

"Coś skrobie pod wanną!"

Tata od razu wiedział, co jest na rzeczy. "Żadna mysz, ale żółw przeklęty" zajęczał biorąc do ręki kieszonkową latarkę. W łazience położył się na podłodze i zabrał do badania ciemnej przestrzeni pod wanną.

"Tam jest, potwór", powiedział po chwili. "Ale nie może wyjść. Porządnie się tam zacięła!"

"Co teraz?" spytała mama.

"Wannę trzeba wynieść, a do tego potrzebny jest fachowiec", oznajmił tata. "Musimy to zostawić do jutra. Ja bym teraz nie ruszył nawet pudełkiem na mydło."

Rano zadzwonili po hydraulika. Ten fachowo wymontował wannę, uwolnił żółwia, a potem z powrotem fachowo wannę zamontował. Na koniec poprosił o wynagrodzenie za pracę godne fachowca. Zanim zamroczony tata zapłacił, mama włożyła żółwia Wilmę do pudełka z papieru, do którego dała trochę startych warzyw.

"Uważaj, aby się z tego pudełka nie zgubił!" ostrzegał tata mamę.

"Ma tam jedzenie, więc szybko nie zginie", powiedziała mama. Poczekała, aż Dominika ostatni raz pogłaszcze żółwia na pożegnanie po pancerzu, a potem wybrała się do przyjaciółki.

Przyjaciółka ucieszyła się z żółwia.

"Jestem zadowolona, że Wilma jest z powrotem", powiedziała do mamy. " Wiesz, tego krokodyla Igora musieliśmy się pozbyć. Był bardzo żarłoczny. Najpierw nam pogryzł stołek, potem zasmakował w skórzanych botkach Igora, a na koniec chciał zjeść też naszego listonosza. Zanim po niego przyszli opiekunowie zwierząt drapieżnych z ogrodu zoologicznego, ten nikczemnik jeszcze zdążył pożreć skórzaną torbę listonosza z listami. Nie ma nic ponad takiego miłego żółwia."

Mama chętnie przygody z zagubionym żółwiem pozostawiła dla siebie. Nic nie zdradziła nawet sąsiadce Gustusznej. Ona jeszcze nie mogła zrozumieć, jak to możliwe, że rodzina na siódmym piętrze wciąż mieszka, chociaż wyraźnie słyszała, jak się przeprowadza...



        Kameleon na siódmym piętrze



    "Chyba nie rozbiłeś swojego nowego samochodu?!" przeraził się tata jednego późnego popołudnia w maju, kiedy zaterkotał dzwonek i do mieszkania na siódmym piętrze wszedł stryjek Karol. W rękach trzymał kierownicę z kawałkiem deski rozdzielczej samochodu, a na twarzy zagadkowy uśmiech.

"Mój samochód parkuje na dole i jest w porządku", powiedział stryjek Karol i sięgnął do dna. "To wprawdzie wygląda jak kawałek mojego samochodu, ale w rzeczywistości to podarunek dla Dominiki.

Wtedy deska rozdzielcza nieoczekiwanie zamrugała na tatę. Ten do niej też zamrugał, bo nie był pewny, czy to mu się nie wydaje. A potem przyjrzał się lepiej i sprawdził, że to, co uważał za świetlną tablicę kontrolną na desce rozdzielczej, jest to duże, zielone oko, a to, co wyglądało jak kawałek kierownicy, to ogon jaszczura.

„Patrzysz na to, co? To jest kameleon - jak go tutaj wiozłem, dostosował się do wnętrza mojego samochodu. Ale już zauważył, że wysiedliśmy. Obserwujcie, jak zmienia się jego ubarwienie.”

Tata z przerażeniem śledził przemianę niezwykłego stworzenia w rękach stryjka Karola. Usta ze zdziwienia otwierały mama i Dominika, które przyszły do przedpokoju, aby przywitać gościa. Ciało kameleona nabrało siwego koloru, tylko pośrodku ciągnął się mu niebieskoczarny pas. Teraz wyglądał dokładnie jak siwe ubranie stryjka i jego niebieskoczarny, pasiasty krawat.

„Nie jest niebezpieczny?” dla pewności wypytywała się mama.

„Skądże”, odpowiedział stryjek. „Właśnie na odwrót. Jest pożyteczny. Łowi muchy, komary i inne owady. Przez całe lato będziecie mieć spokój od latających stworów”.

„Jak je łowi?” spytał się tata.

Odpowiedź przyszła szybko, ale nie wyszła z ust stryjka Karola. Jaszczurczy pysk, podobny do ptasiego dzioba, nieoczekiwanie otworzył się i wyleciał z niego długachny język. Tata poczuł na brodzie lepkie plaśnięcie.

„Jej!” wystraszył się tata. „Zaatakował mnie!”

„Ale gdzie tam!” roześmiał się stryjek Karol. „Miałeś tam jakiś okruszek i on tylko myślał, że ci na brodzie siedzi mucha. Łowi je językiem, żebyś wiedział.”

Mama odezwała się ze śmiechem: „Tak jest, został ci tam kawałek czekoladowego keksu, który właśnie skończyłeś jeść. Kameleon zauważył go wcześniej, zanim zdążyłam ci powiedzieć.”

Dominika wzięła kameleona z rąk stryjka. „Pomylił ci się keksik z muszką?” zagadnęła do niego. „Chodź, pójdziemy do mnie do pokoju, na oknie widziałam tam kilka much.”

Dominika zniknęła z kameleonem za drzwiami pokoju. Stryjek Karol uśmiechnął się złośliwie do rodziców, do których dotarło, że egzotyczne stworzenie już u nich zostanie.

Skończył się maj, zapach wiosennych kwiatów zastąpiły letnie upały, a rodzina na siódmym piętrze coraz bardziej oceniała obecność kameleona w gospodarstwie. Po raz pierwszy bowiem nie zamęczały ich męczące latające owady. Wystraszone muchy omijały łukiem otwarte okno mieszkania, a roje komarów pod światłem brzęczały o niebezpiecznym stworzeniu na najwyższym piętrze bloku. Jak jakiś głupi uskrzydlony zabłądził na siódme piętro, jego lot nie trwał długo. Z któregoś kąta zawsze z szybkością błyskawicy rzucił się długi, lepki język i zaskoczony owad kończył w brzuchu kameleona.

Ale trzeba też przyznać, że w życiu rodziny były czasem chwile, kiedy jaszczur w mieszkaniu utrudniał im życie. Kameleon maskujący się za część szafy, doniczkę albo lampę stołową czatował niepostrzeżenie w pobliżu ludzi na zdobycz. Tata nieraz zerwał się ze strachem, kiedy z drzemki ocknęło go nieoczekiwane plaśnięcie lepkiego języka po nosie. Działo się to tak zawsze, kiedy jakaś niezorientowana mucha wybierała nos taty jako miejsce lądowania. Jeszcze bardziej przestraszyła się ciotka Eleonora, kiedy przyszła w odwiedziny. Zanim zdążyli ją ostrzec przed egzotycznym zwierzęciem, w jej pobliżu nieoczekiwanie poruszył się jakiś niezwykły wazon, który od razu długachnym językiem oblizał cioci policzek. Wrzeszczącej cioci nie mogli potem uspokoić, kiedy na darmo starali się jej wyjaśnić, że to tylko biedny kameleon pomylił cioci pieprzyk z muchą. Sąsiad Klejący i sąsiadka Gustuszna z przestrachem słuchali pod drzwiami wrzasku cioci, myśląc, że w mieszkaniu na siódmym piętrze miała miejsce jakaś straszna zbrodnia.

Kilka razy jaszczur zupełnie pomylił też mamę. Najczęściej się zdarzało, że maskował się w kuchni za jakimś kuchennym sprzętem. Raz wyglądał zupełnie jak mikser i mama przez pomyłkę wlała do niego surowe jajka, z których chciała zrobić omlet. Innym razem zaś zamaskował się za mikrofalówkę tak doskonale, że mama włożyła hot-doga prosto do pyska. Pomyłkę odkryła w momencie, kiedy zobaczyła, że kameleon zadowolony odszedł z hot-dogiem. Następującego potem zalewu wymówek jaszczur nie zauważył, zadowolony przełknął nieoczekiwany kąsek i równocześnie udawał jak gdyby nic. Na koniec długim językiem oblizał sobie lewe oko, a prawe wybałuszył dokądś na sufit, czy gdzieś nie krąży zabłąkana muszka.

Rodzina żyła z kameleonem w nieustannej zabawie w chowanego. Czasem trwało to całymi godzinami, zanim spostrzegli, że są z nim w jednym pomieszczeniu. I stało się tak, że nawet nie zauważyli, jak i kiedy kameleon po cichu zniknął z mieszkania. Jego zniknięcie wyszło na jaw dopiero, kiedy tata zatrzymał przy windzie sąsiada Klejącego, który z wytrzeszczonymi oczami opowiedział o straszliwym przeżyciu.

„Niech pan sobie wyobrazi”, głos sąsiada drżał, a worki pod oczami miał trochę ciemniejsze, „rano szykuję się na zakupy, idę do przedpokoju założyć buty, a tam zamiast dwóch butów brązowych stoją trzy. Chcę obejrzeć je z bliska, schylam się, a nagle mnie jeden but smagnie sznurówką po ciele!”

„I co się stało potem?” wypytywał się tata, bo już przeczuwał, co to był za but.

Sąsiad Klejący kontynuował: „Krzyknąłem, uciekłem do kuchni i uzbroiłem się w tłuczek do mięsa. Podkradłem się z powrotem do przedpokoju, ale tam już były tylko dwa buty. Dla pewności trochę je ostukałem tłuczkiem, aby się upewnić, że są w porządku, zanim je potem założyłem.”

„To dziwna historia”, powiedział tata. O kameleonie chętnie nie powiedział ani słowa. Zamiast tego poprosił sąsiada: „Gdyby się panu coś podobnego przytrafiło, proszę zastukać w drzwi. Kiedykolwiek - obiecuję, że przyjdę pomóc.”

Kameleon jednak nie ukrywał się już w mieszkaniu sąsiada Klejącego. Tata przekonał się o tym już w następnej minucie. Z parteru aż do niego na siódme piętro niespodziewanie doleciał przestraszony krzyk. Tata z sąsiadem wbiegli do windy.

Na parterze zderzyli się z wrzeszczącą sąsiadką Gustuszną. Stała przed skrzynkami pocztowymi, ręce z rozpostartymi palcami, podniesione nad głową, jakby chciała robić tajemnicze zaklinanie i z naciskiem wyrzucała z siebie dźwięki lęku: „Jaj! Fuj! Och! Ach!”

Chwilę im zabrało, zanim ją uspokoili i sąsiadka opowiedziała, co się stało.

„Chciałam tylko zajrzeć do skrzynki, czy nie mam poczty”, wyjaśniała zadyszana Anastazja Gustuszna. „A zamiast do zamku wkładam kluczyk do pyska jakiegoś potwora. No i nie uwierzycie mi, ale wyglądał właśnie jak moja skrzynka pocztowa. A potem zauważyłam, że ma straszliwe oko i ogon jak diabeł!”

„Zaatakował panią?” spytał się sąsiad Klejący. „Zadzwonimy po policję, wojsko i straż pożarną!”

„Właściwie ten potwór wypluł mój kluczyk na ziemię, a potem uciekł wejściowymi drzwiami. Musiał to być jakiś mały demon! Albo zagubiony kosmita. Niedawno pokazywali ich w telewizji.”

To rzeczywiście wiąże się z moim niezwykłym butem”, powiedział sąsiad Klejący. „Może kosmici są tu na zwiadach. Trzeba wezwać kosmonautów, astronomów i płetwonurków !”

„Raczej nie dzwońmy po nikogo”, przerwał mu tata. „Jak nie mamy dowodu, nie mamy nic. Będą nas uważać za wariatów albo będą myśleć, że robimy z nich kpiny i dadzą nam mandat.”

Wzmianka o mandacie odebrała sąsiadowi Klejącemu chęć gdziekolwiek dzwonić.

„Hm, ma pan rację”, powiedział do taty. „Niech tego kosmitę ścigają panowie z urzędu do spraw pozaziemskiej cywilizacji. I tak tam nic nie robią. Najważniejsze, że zniknął z naszego wejścia.”

Po tym zdarzeniu już nikt z rodziny z siódmego piętra nie widział kameleona. Tata wprawdzie jeszcze przez kilka dni niepostrzeżenie przeszukiwał okolice kamienicy, ale po jaszczurze ani śladu. Jedno było jednak pewne: przez kolejne letnie popołudnia ludzie z osiedla podczas przesiadywania na ławkach chwalili sobie, że komary nareszcie gryzą jakoś mniej.



             Prosiątko na siódmym piętrze



   Tylko mało kto wierzył, że zwierzę można znaleźć podczas takiego towarzyskiego wydarzenia, jakim jest bal. Nie myślał o tym nawet tata, gdy w czasie przerwy w tańcu kupił dwa bilety na loterię fantową. W duszy już się cieszył, że wygra butelkę pięciogwiazdkowego koniaku albo przynajmniej opakowanie francuskich kosmetyków dla mamy. Jakie jednak było jego zdumienie, gdy wylosowali numer, który miał na bilecie, a on uradowany przedarł się przez wystrojony szereg ludzi do stolika z nagrodami.

„Prosiątko?!” zajęczał zaszokowany tata, kiedy stwierdził, jaka wygrana go tam czeka. Z wiklinowego koszyka kierowało na niego błyszczące oczka różowe prosiątko i niepewnie marszczyło ryj. Obecni goście oklaskami gratulowali tacie wygranej, ale on tylko rozczarowany wziął koszyk i wyruszył do stołu, gdzie czekała na niego niecierpliwie mama.

„Jednak są to francuskie perfumy…” mama nie mogła usiedzieć na krześle.

„Perfumy by inaczej pachniały”, powiedział tata i wetknął jej pod nos koszyk z żywą zawartością.

„Kwik”, pozdrowiło grzecznie prosiątko.

Zdumionej mamie wyrwał się z ust dźwięk bardzo podobny do pozdrowienia prosiątka. Szybko usiadła z powrotem na krześle, bo nogi miała znowu ciężkie, ale tym razem nie tylko od tańca.

„Co z nim zrobimy?” rozmyślał tata głośno po powrocie z balu, kiedy nad ranem położył koszyk w przedpokoju mieszkania na siódmym piętrze.

„Na kotlety i kiełbasy jest jeszcze zbyt małe, chude…” mama była tak samo bezradna.

Ich rozmowę usłyszała też babcia, która w nocy pilnowała Dominikę. Schyliła się, aby lepiej obejrzeć właściciela ryjka, sterczącego z koszyka.

„Do domu go nie zabiorę”, ostrzegła wcześniej rodziców, zanim przyszła im podobna myśl. „Mamy pełny chlew. Nasze dwie świnki są już duże, mogłyby to biedactwo przygnieść.”

„Kogo babcia nie chce przygnieść?” W drzwiach pokoju pojawiła się Dominika w piżamie i przecierała ze snu sklejone powieki.

„Kwik - kwik”, odezwało się prosiątko, jakby chciało podać do wiadomości, że właśnie decyduje się o nim.

„Jeeej!” Dominika w jednej chwili kucała przy koszyku i delikatnie drapała jego różowego mieszkańca za uszkiem. „Na pewno jest głodne… Mogę je nakarmić?”

Nie czekała na odpowiedź i uciekła do kuchni, aby do butelki ze smoczkiem nalać mleko, jakby chciała nakarmić niemowlę.

Rodzice westchnęli.

„Chwilę z tym prosiątkiem chyba wytrzymamy”, powiedziała mama.

„Wszystko mi jedno, czy będzie robić kłopoty, a Dominika zacznie chodzić umorusana jak prosiątko”, zgodził się tata.

Tata jednak niepokoił się niepotrzebnie, a i tak planowana chwila z mamą porządnie się przeciągnęła. Prosiątko bowiem przypadło do serca każdego członka rodziny. Było zadowolone z imienia Lola, które wymyśliła mama i słuchało się wszystkich poleceń bez nieposłusznego kwiczenia czy chrumkania. Zjadło wszystko, co mu dali do miski, smakowały mu też resztki z obiadu, które czasem pozostawały na talerzach. Raz nawet tak doskonale wylizało talerze, że mama nie zauważyła, że nie są umyte i położyła je pomiędzy czyste naczynia.

Dominika wyprowadzała Lolę na dwór. Dzieci z Dominiki najpierw się śmiały, dlatego, że jeszcze nie widziały prosiątka, które chodzi za człowiekiem jak wierny pies, ale wkrótce się do tego przyzwyczaiły i zaprzyjaźniły z prosiątkiem. Przynosiły mu z domu smakołyki i grały z nim w piłkę. Prosiątko wprawdzie nie umiało kopać piłki, dlatego, że miało krótkie nóżki, ale czasem ryjem dawało nieoczekiwane gole.

Do obecności prosiątka przywykli też sąsiedzi przy drzwiach wejściowych, gdy tata ich zapewnił, że nowy mieszkaniec nie będzie ani głośny ani brudny. Sąsiadce Gustusznej i sąsiadowi Klejącemu, którzy najwięcej spoglądali z ukosa, tata półszeptem, aby Dominika nie słyszała, obiecał też kiełbasy i kaszanki.

Sąsiedzi naprawdę nie mieli z Lolą kłopotów, tak jak tata obiecał. Przynajmniej na początku. Lola spędzała większość czasu w pokoju Dominiki, gdzie z zainteresowaniem oglądała podręczniki i czasopisma, które Dominika często miała porozrzucane po podłodze. Innym razem spędzała czas z rodzicami i jak ją o to poprosili, zawsze posłusznie przyniosła w zębach kapcie, upadnięty spinacz do bielizny albo porzucony młotek.

Dobrze wychowanie zachowywała się też po powrocie ze spaceru. Kiedy na dworze ubrudziła się, zawsze na wycieraczce porządnie wycierała kopyta i cierpliwie czekała, zanim jej ktoś wilgotnym ręcznikiem nie wytarł ryja. Najbardziej jednak lubiła kąpiel. Niecierpliwie spacerowała zawsze po łazience i czekała, zanim wanna napełni się wodą. Kiedy ją wreszcie włożyli do ciepłej kąpieli, Lola spokojnie chrumkała i sapała.

Komplikacje jednak zaczęły się pojawiać, bo Lola rosła i zdecydowanie przybierała na wadze. Winda była już ciasna, więc przestała chodzić na spacery. Mniej ruchu jednak sprawiało, że Lola przybierała na wadze jeszcze bardziej. Tata odmówił zwolnienia sypialni dla prosięcia, jak przedtem zrobił z powodu krowy Maliny. Skrycie tęsknił za pozbyciem się Loli do dziadków, u których zwolniło się miejsce w chlewie, ale Dominika nie chciała o tym nawet słyszeć. Mama też nie umiała się z Lolą rozstać, chociaż zabierała ona dużo przestrzeni w mieszkaniu i często musiała ją omijać. I tak Lola spędzała najwięcej czasu w przedpokoju, skąd mogła przez otwarte drzwi obserwować Dominikę w pokoju albo oglądać telewizję w salonie. Najchętniej śledziła Toma i Jerrego i komedie, przy których wesoło pochrumkiwała.

Duża Lola była wciąż zadowolona z ograniczonych warunków i nawet nie zauważała powątpiewających spojrzeń ludzi, którzy czasem przyszli do rodziny z wizytą, a którym wydawało się bardzo dziwne, że w przedpokoju muszą się otrzeć o dobrze utrzymane prosię. Jedyne, czego się domagało, była kąpiel raz w tygodniu.

Tata nie był jej schludnością zbyt zachwycony. Do kąpieli zawsze musiał wzywać silnego Macanego z trzeciego piętra, który z zapałem i chętnie ćwiczył z hantlami. Zanim woda naleciała do wanny, a Lola niecierpliwie chrumkała w łazience, tata wspólnie z sąsiadem stukali się w kuchni kieliszkami śliwowicy. Wzmocnieni śliwowicą wybrali się do łazienki, aby dużą i ciężką Lolę przenieść do wanny. Kiedy wreszcie w łazience ucichło chrumkanie, pluskanie, sapanie i bojowe okrzyki, tata mógł odetchnąć, że ma to za sobą. Przynajmniej pocieszał się myślą, że dzięki dużemu ciału Loli dużo wody nie zmieści się do wanny, a więc coś też zaoszczędzi. Sąsiada Macanego oprócz śliwowicy pocieszało zadowolenie, że poćwiczył sobie z bardzo nietradycyjnym chrumkającym ciężarkiem.

Jednego letniego popołudnia jednak kąpiel nie skończyła się tak, jak oczekiwali. Początek był zwyczajny - tata otworzył w kuchni butelkę śliwowicy, a sąsiad Macany wciągnął głęboko jej zapach. Mama napuściła wody i poszła do kuchni skończyć kolację. Dominika wrzuciła do wanny pływającą plastikową kaczkę i poszła obejrzeć wieczorną bajkę. Kaczka, którą Lola podczas kąpieli pchała ryjem, kołysała się na gładkiej powierzchni, a Lola przytupywała przy wannie. Właśnie skończył się szczególnie ciepły, sierpniowy tydzień, a ona miała uczucie, że jest bardzo spocona. Nie mogła już doczekać się orzeźwiającej kąpieli i szorowania gąbką po grzbiecie.

Trudno powiedzieć, czy to stało się dlatego, że Lola była zbyt ciężka i ciągle podskakiwała w jednym miejscu albo spowodowała to fuszerka budowniczych, w każdym razie stało się to szybko i nieoczekiwanie. Najpierw coś lekko zazgrzytało, potem coś silnie zagrzmiało, Lola nagle zniknęła, a na jej miejscu została tylko duża dziura, nad którą podniósł się tuman kurzu.

Huk przywołał do łazienki całą rodzinę i sąsiada Macanego. Zgubione prosię spowodowało u wszystkich w mgnieniu oka utratę mowy. Pierwszy po chwili ciszy zdobył się na słowo sąsiad Macany. Powoli podszedł do nieregularnego otworu w podłodze, który oprawiały popękane płytki.

„Z tej wizyty sąsiadka Gustuszna nawet się nie ucieszy”, sąsiad oszacował kataklizm. „Wyłączcie wodę, póki na dół nie spadnie też wanna.”

Te słowa zmusiły rodzinę do działania. Mama rzuciła się do kranu wodociągu, a tata z Dominiką uciekli na szóste piętro do sąsiadki Gustusznej. Wrzask z mieszkania sąsiadki odezwał się wcześniej, zanim zdążyli do niej zadzwonić.

Anastazja Gustuszna tego popołudnia myła okna. Uderzenie i głośne pluśnięcie oderwało ją od pracowitego polerowania okiennych szyb. Gderając wrzuciła ścierkę do wiadra i poszła zajrzeć do łazienki, gdzie miała w wannie namoczone firanki. W wannie czekało na nią usadowione, duże różowe zwierzę, które z firanką na łbie przypominało spasioną pannę młodą w ślubnym welonie. Kiedy wzrok sąsiadki spotkał się z małymi oczkami szczerzącego zęby prosięcia, ze strun głosowych wydarł jej się dźwięk, który zagłuszył też dzwonek taty do drzwi.

Może i krzyczałaby tak i do Bożego Narodzenia, gdyby sąsiad Macany nie spuścił się na dół przez dziurę w podłodze łazienki. Mama mu potem podała butelkę śliwowicy i kieliszek. Macany szybko wlał do otwartych ust sąsiadki dwa pełne kieliszki ostrego napoju. Sąsiadka z trudem złapała powietrze, rozkasłała się i naraz zamilkła. Sąsiad Macany wykorzystał chwilę ciszy i wpuścił do mieszkania tatę z Dominiką. Kiedy rozplątywali Lolę z firanek i wyciągali ją wspólnymi siłami z wanny, Anastazja Gustuszna stała tylko jak posąg. O tym, że sąsiadka jest wciąż żywa, świadczyła tylko czerwień, wracająca na policzki i coraz bardziej błyszczące spojrzenie za szkłami okularów. Niedługo potem zupełnie ożyła, schwyciła do ręki mokrą firankę i zaczęła nią walić nieoczekiwanych gości.

Plask! - uderzyła firanka, a tata z sąsiadem uchylali się ze zmiennym sukcesem. Przed sobą pędzili wykąpaną Lolę z mieszkania Anastazji Gustusznej, a potem też na dole na dwór przed kamienicę. Dominika uciekała przed nimi i otwierała im drzwi. Tam, na ławce na placu zabaw w bezpiecznym miejscu z daleka od firanki sąsiadki, wreszcie odetchnęli.

„Pobiegnij na górę do mamy”, poprosił tata Dominikę zdyszanym głosem, „i przekaż jej, niech natychmiast zadzwoni po dziadka, aby przyjechał po to czyste prosię.” „Szkoda, że ta butelka śliwowicy została u sąsiadki”, powiedział smutno sąsiad Macany, „poczekałbym tutaj z wami.”

„O tej śliwowicy możemy zapomnieć”, powiedział tata. „Zaproszę pana kiedyś następnym razem. Na razie dziękuję panu, że stał pan przy mnie. Od tej chwili potrzebuję pomocy murarzy, tapeciarzy i malarzy, a do tego górę pieniędzy.”

„I jeszcze szybkie nogi albo silne mięśnie, żeby obronił się pan przed sąsiadką Gustuszną”, dodał sąsiad przed odejściem.

Na koniec okazało się, że pokój z sąsiadką Anastazją Gustuszną da się zawrzeć stosunkowo szybko. Kilka dni potem, jak dziadek zawiózł czyste prosię zwane Lolą, a panowie majstrowie skończyli usługi w obu łazienkach, tata nieśmiało zapukał do drzwi sąsiadki z dużą paczką. Co skrywała, to zdradził szeroko rozprzestrzeniający się zapach kiełbasek, kaszanek i domowego salcesonu. Musiała go poczuć też sąsiadka Gustuszna, dlatego, że tym razem otworzyła drzwi z uśmiechem i tata nie musiał przed nią uciekać.





                                                    Papuga na siódmym piętrze



   Sąsiadkę Gustuszną tata udobruchał, ale na darmo gonił za receptą na zły humor córki Dominiki. Loli już nie było, a rodzice w ogóle nie tęsknili za obecnością jakiegoś nowego zwierzęcia, nawet gdyby było małe i ciche jak pchełka. To jednak nie podobało się Dominice, która zaczęła upierać się i przestała rozmawiać z rodzicami. Rodzice pierwszego dnia chwalili sobie milczenie córki, drugiego dnia go nie zauważali, a trzeciego dnia zaczęło im działać na nerwy. Na darmo córkę zagadywali, ani miłe słowo, ani polecenia nie otworzyły ust Dominice.

„Dobrze”, czwartego dnia tata zrezygnował z tego. „Kupimy ci jakąś mówiącą papugę, niech zapali tę męczącą ciszę. Mówiący ptak być może rozwiąże naszej córce język, ona już bez zwierzęcia w mieszkaniu nie może nawet wytrzymać.”

Mama odznaczyła tatę pochwalnym pocałunkiem za wspaniały pomysł i pochwalony tata wybrał się do sklepu z egzotycznym ptactwem.

W sklepie pomiędzy klatkami z gołębiami, papużkami falistymi, kanarkami, papugami i innymi skrzydlatymi stworzeniami czekała tatę trudna decyzja. Ze wszystkich stron rozlegało się gruchanie, szorstkie skrzeczenie czy delikatne tryle, przy którym w ogóle nie dało się skupić. Na koniec tacie wpadła w oko piękna niebieskożółta papuga, która milcząco mierzyła tatę wzrokiem ze swojej klatki.

„A ta dlaczego jest taka cicha? Jeszcze nie nauczyła się mówić?” chciał wiedzieć tata.

„O, to jest wyjątkowa papuga”, powiedział sprzedawca. „Mówi wspaniale, ale ma też najwięcej rozumu. Odzywa się tylko, kiedy inni są cicho, aby ją było słychać. Niechętnie kogoś przekrzykuje, jest to poniżej jej poziomu.”

„Super!” ucieszył się tata. „Właśnie takiej potrzebujemy. Inteligentnej papugi, która mówi, gdy jest cisza. Diabeł maczałby w tym palce, gdyby nie zmusiła do mówienia mojej upartej córki!”

Tata dalej nie wahał się, zapłacił za papugę i nową klatkę i pospieszył z zakupami do domu. W domu powiesił klatkę pod sufitem w pokoju Dominiki, a potem z mamą w napięciu czekali, kto wcześniej odezwie się: Dominika czy papuga.

Dominika nowego współmieszkańca obejrzała ze wszystkich stron i naburmuszona kreska jej ust pomału zmieniła się w uśmiech. Papuga przechyliła głowę i jednakowo uważnie śledziła dziewczynkę chodzącą wokół klatki.

„Szkoda, że nie mówi”, po czterech dniach z ust Dominiki wyszło pierwsze zdanie.

„Ona mówi, ale tylko kiedy jej się chce i kiedy ktoś ją słucha”, szybko powiedział tata, chociaż w duszy zaczął się obawiać, czy sprzedawca go nie oszukał.

Niepokój taty przerwała papuga. Dużym, zakrzywionym dziobem podrapała się pod skrzydłami, a potem skierowała na rodzinę mądre spojrzenie.

„Korrunczo - murrunczo - papaja!” zaskrzeczała nieoczekiwanie, aż mamą zatrząsło ze zdumienia.

„Dobry wieczór”, powiedziała Dominika.

„Borrongo - sarrongo - karrriii!”, odpowiedziała papuga.

„No to cześć!” mama wzruszyła kącikami ust. „Sprzedawca zapomniał ci powiedzieć, że nasz ptak mówi tylko zamorską i bardzo egzotyczną mową.”

„Przypadkiem coś zrozumiałem”, bronił tata papugę. „Na pewno mówiła o jedzeniu.”

„Myślisz, papugo, o curry?” mama popatrzyła na tatę surowym wzrokiem, który oznaczał, że dzisiaj nie będzie na niego czekała ciepła kolacja, ba, może nawet i nie zimna papaja. „Może to w jej języku znaczy zupełnie coś innego - na przykład mała dziewczynka albo to oznacza opitą pijawkę.”

„Nie szkodzi.” Dominika przerwała rodzący się spór. „Będziemy z nią wciąż rozmawiać i może słuchać też radia albo oglądać telewizję. Na pewno nauczy się też słowackiego.”

„Carrramba!” zgodziła się papuga.

Dominika przestała z uporem milczeć, a zaczęła uczyć papugę języka słowackiego. Kiedy nie było jej w domu albo spała, tata włączył papudze radio albo postawił klatkę w pokoju na szafie, aby papuga śledziła telewizję i uczyła się poprawnej wymowy. Papuga uważnie słuchała i coraz mniej mówiła egzotycznym językiem macierzystym. Z drugiej strony było dziwne, że wciąż nie powiedziała po słowacku nawet jednego słowa.

Tatę zaczynało to już irytować. Najpierw milczała moja córka, a teraz mamy tutaj milczącą papugę, rozmyślał tata. „Po to kupowałem cię za mnóstwo pieniędzy, żebyś mi teraz siedziała jak grzyb pod dębem?” wytknął tata papudze z nosem prawie włożonym do klatki.

Pewnego wieczoru, kiedy tata znowu przemawiał ptakowi do ptasiej duszy, wziął go też z klatką do sypialni.

„Będę jej trochę czytał przed spaniem”, oznajmił mamie, która leżała już w łóżku. „Może czymś przesiąknie.”

„Dobrze”, zgodziła się mama, „tylko nie czytaj jej horroru, bo będzie się w nocy bała, a my razem z nią.”

„Nie ma obawy”, powiedział tata. „Teraz czytam powieść historyczną o słowackiej wsi. Po kilku stronach wszyscy będziemy spać jak niemowlę.”

Tata otworzył książkę i przytłumionym głosem zabrał się do czytania. Po dwóch stronach zaczął ziewać, a po trzeciej upuścił książkę i ze sklejonymi powiekami zgasił nocną lampkę. Mama już dawno spała i wydawało się, że papuga też się zdrzemnęła.

Po spokojnej nocy przyszedł ranek, a na nocnym stoliku zadźwięczał budzik. Tata szybko pomacał ręką i wyłączył męczący dzwonek. Mama wciąż spała i on też jak zawsze chciał jeszcze porozkoszować się chwilą pod kołdrą, zanim obudzi mamę i córkę Dominikę i zacznie się bieg roboczego dnia.

W ciszy sypialni zabrzmiał wtedy nieoczekiwanie śpiew:

„Luuulaj że mi, luuulaj, tylko się nie dąąąsaj…”

Tata nie potrzebował więcej słuchać. Kołysanka brzmiała tak przekonywująco, że tata znowu zaspał jak niedźwiedź w środku zimy.

Rodziców obudziła dopiero Dominika, której wydawało się dziwne, że na stole nie ma jeszcze śniadania i nikt jej nawet nie pogania do szkoły. „Czy dzisiaj jest jakieś święto?” spytała się po wejściu do sypialni, a rodziców to głośne pytanie wygoniło ze snu i z łóżka.

„Oszaleć można, zaspaliśmy do pracy, a Dominika opuści lekcje!” zawołała mama. „Jak to, budzik nie dzwonił?”

„Dzwonił, nawet mnie obudził…” odpowiedział tata, ubierając się w pośpiechu. „Ale potem mnie uśpił…” Do taty naraz dotarło, kto mu zaśpiewał kołysankę. „Ten nicpoń!” pogroził w kierunku klatki. „Ona śpiewała nam słowacką kołysankę. Właśnie tę, którą jej wczoraj czytałem! Piszą o niej na trzydziestej szóstej stronie, śpiewa ją tam mama Kostka synowi!”

„Przestań bredzić!” ofuknęła go mama. „To ci się na pewno przyśniło. Dobrze wiesz, że po słowacku nie zna nawet słowa!”

„Naprawdę! Nie zmyślam”, bronił się tata i zachmurzył się. „Przyznaj się, ty małpiszonie!”

Papuga zatrzepotała skrzydłami i zamiast odpowiedzi pokazała tacie niebieski ogon. Ciągle milczała przez cały dzień i wieczór, nawet kiedy do niej zagadywali. Na noc tata dla pewności umieścił ją z klatką w salonie, chociaż mama z Dominiką wciąż nie wierzyły, że ich ptak potrafi śpiewać słowacką kołysankę.

„Tu możesz sobie rano śpiewać kołysanki, ile ci się zechce”, powiedział tata do papugi i zgasił światło.

Nocna cisza trwała w mieszkaniu tylko kilka godzin, gdy rodzinę wyrwał ze snu przenikliwy krzyk z salonu.

„Alaaarm! Ugaście pożarrr na drrugiim pokłaaadzie!” skrzekliwy głos brzmiał w mieszkaniu tak, aż mamie zjeżyły się włosy, a tatę podrzuciło w łóżku. Wystraszonej rodzinie zajęło chwilę, zanim wszyscy przekonali się, że to tylko ich papuga przypomniała sobie filmowy dramat o zatopieniu parowca, który niedawno nadawali w telewizji.

Pierwszy uspokoił się tata. „Więc widzicie, co mówiłem? Ona już bardzo dobrze włada językiem słowackim, tylko że chwali się tym w najmniej odpowiednim momencie.”

„W taki sposób sobie z nas żartuje”, mama pełna wyrzutu patrzyła na papugę, która nagle udawała, że bardzo chce jej się spać.

Do drzwi ktoś zadzwonił i tata poszedł zobaczyć, kto chce ich odwiedzić w środku nocy.

Przed drzwiami stała sąsiadka Anastazja Gustuszna, oczy za okularami miała duże ze zdenerwowania jak jajka sadzone na patelni. Na sobie miała różowy szlafrok, w ręku pełne wiadro wody. Chlup! Gustuszna nieoczekiwanie chlusnęła całą zawartością wiadra w tatę.

„Słyszałam, że gasicie tu jakiś pożar”, wyjaśniła tacie dygocąc. „Przyszłam pomóc. Trzeba zadzwonić po straż?”

Tata w piżamie, z której kapała zimna woda, odetchnął głęboko. Podniósł spojrzenie znad kałuży, w której znalazły się jego bose nogi i powiedział: „Nie potrzeba, pani sąsiadko, to była tylko nasza prywatna, przeciwpożarowa próba. Po straż nie musi pani dzwonić.”

Sąsiadka Gustuszna z gniewem szarpnęła ręką z wiadrem. „Kiedy robi pan takie próby, niech pan to robi tak, aby porządni ludzie nie zrywali się ze snu!” i obróciła się plecami.

„Dziękujemy za zwrócenie uwagi, będziemy o tym pamiętać”, powiedział tata i zatrzasnął drzwi.

W podobnych nieodpowiednich chwilach papuga nadal okazywała znajomość języka słowackiego. Rzadko mówiła. Ale jak odezwała się, zazwyczaj było to nieoczekiwane i zwykle był z tego mniejszy kataklizm. Na przykład cioci Eleonorze, która przyszła do rodziny z wizytą, papuga oznajmiła zaraz przy wejściu: „Operację plastyczną pani nosa zrrrobiiimy za pół ceny…” Ciocia Eleonora obraziła się, chociaż prawda była taka, że jej nos nie należał ani do małych, ani do prostych. W kłopotliwej sytuacji znalazł się też stryjek Wiktor, który starał się zjednać papugę ziarnami słonecznika, gdy papuga zaskrzeczała mu spoza krat klatki na waflu: „Smród pana nóg usunie specjalny środek!”

Kiedy do drzwi mieszkania zapukał sąsiad Klejący, aby zaprosić rodziców na zebranie mieszkańców kamienicy, klatka z papugą stała właśnie na szafce z butami. Drzwi otworzyła Dominika. Spojrzenie sąsiada Klejącego ześlizgnęło się z Dominiki na niebieskożółtego ptaka. Zanim Klejący zdążył otworzyć usta, papuga zadała mu pytanie: „Chcesz strrraaacić też drrrugie oko, pirrraaacie?”

Przestraszony sąsiad Klejący, który nie chciał stracić nawet pierwszego oka, zapomniał, co miał na końcu języka i szybko wycofał się do bezpiecznego miejsca w swoim mieszkaniu.

Papuga zaskakiwała rodzinę mową, bawiła i dodawała kłopotów chyba aż do tej pory, kiedy pewnego dnia przyszła babcia, aby obejrzeć tego interesującego ptaka. Taty jeszcze nie było w domu, a mama z Dominiką przygotowywały dla babci kawę i ciastko.

Babcia, która została w pokoju sama z papugą, podeszła do klatki. Papuga skierowała na nią wzrok i naśladując głos bohatera z historyczno-przygodowego filmu poprosiła przytłumionym głosem: „Oswobodźcie mnie z łłłańcucha, pppięęękna hrrraaabianko!”

Babcia obejrzała się wokół siebie, jakby chciała się upewnić, czy słowa papugi należą do niej, a potem oszołomiona tytułem, którym ją uhonorowała papuga, otworzyła drzwiczki od klatki. Papuga na to tylko czekała. Frrr i już siedziała na żyrandolu. Frr, zamachała skrzydłami i przeleciała na karnisz.

Do pokoju weszła Dominika z mamą. Mama szybko popędziła do otwartego okna, aby go zamknąć, ale papuga była szybsza.

„O revoar”, pożegnała się bezbłędną francuszczyzną i wyleciała z mieszkania.

W ten sposób rodzina straciła egzotycznego, skrzydlatego członka. Na darmo wyglądali go na zewnątrz, na darmo dawali ogłoszenia do gazet. Zabłąkanej żółtoniebieskiej papugi, mówiącej po słowacku nikt nie widział.

Babcia chciała kupić Dominice innego ptaszka, ale nieszczęśliwa Dominika o innym nie chciała nawet słyszeć. Jej smutek jednak pewnego dnia zakończył się zupełnie nieoczekiwanie, kiedy tata zawołał ją do telewizora.

„Zobacz, wygląda zupełnie jak ta nasza!” tata wskazał na ekran telewizyjny. W telewizji właśnie nadawali reportaż o zawodach żaglówek na morzach południowych. Jedna z żaglówek właśnie dotarła do portu na odległej wyspie. Na jednym z masztów odpoczywała żółtoniebieska papuga.

„Myślisz, że podróżuje do domu?” spytała się Dominika.

„Na pewno”, powiedział tata i poklepał Dominikę po ręku.

Papuga podrapała się zakrzywionym dziobem pod skrzydłem, a potem w dalekim porcie, na egzotycznej wyspie zabrzmiał słowacki język literacki: „Kalafiorrr z leczo, to jest coś!”



                                                      Ryby na siódmym piętrze



   Papugi nie było, a ponieważ Dominika nie okazywała na zewnątrz tęsknoty za nowym domowym ulubieńcem, życie rodziny na siódmym piętrze mogło dalej płynąć bez komplikacji. Spokój jednak nie trwał długo. Wymyślać zaczął tata, któremu już brakowało, że nie ma o kogo się troszczyć.

„A co, gdybyśmy załatwili ryby?” napomknął podczas niedzielnego obiadu.

Dominika dla pewności zaraz się odezwała: „To nie jest mój pomysł.”

„Smażone ryby mieliśmy w zeszłym tygodniu”, przypomniała mama.

„Wiesz, o jakich myślę…” powiedział tata. „O takich żywych rybkach w akwarium, są dla was piękne. Jest to różnokolorowy obrazek, który nigdy nie jest jednakowy. Akwarium pełne rybek, roślin, muszli i kamieni ożywiłoby nasz pokój, byłoby na co popatrzeć.”

„To byłoby super, każdemu by się podobało”, poparła go Dominika.

„Więc dobrze”, zgodziła się mama. „Możemy tego spróbować. Ryby są nieme, nie będą mieć głupich uwag w obecności gości, a z akwarium nie uciekną. Co prawda, jeśli przypadkiem nie przytaszczysz do domu jakichś latających ryb.”

Tata obdarzył ją uśmiechem znawcy. „Będę dobrze uważał, żeby nasze ryby nie miały skrzydeł…”

Minął tydzień i pokój mieszkania na siódmym piętrze zmienił się wyraźnie. Telewizor znalazł się w rogu pokoju, a jego honorowe miejsce pośrodku ściany pokoju zajęło akwarium pełne życia. Za jego szklanymi ścianami pomiędzy wodnymi roślinami i pęcherzykami powietrza przelatywała ławica srebrzystoniebieskich rybek.

„To jest sugestywne”, oceniła mama.

„Wspaniałe”, cieszyła się Dominika.

Tatę rozsadzała duma: „Takie akwarium jest dla was gotowym, artystycznym dziełem. A jeszcze lepiej to pokaże, jak ryby trochę podrosną. Kupiłem je ze zniżką, bo są jeszcze małe.”

Ryby taty zadomowiły się szybko w swoim wodnym domu. Żywo przedzierały się między roślinami i skałami w akwarium, z apetytem zjadały suchy pokarm i spoza szkła patrzyły na rodzinę, która na zmianę obserwowała je z suchego miejsca w pokoju.

„Tato, nie wydaje ci się, że te nasze rybki mają jakieś głodne spojrzenie?” spytała mama po jednym takim oglądaniu.

„Nie mogą być głodne. Jedzą nawet częściej niż my…” oponował tata.

Rybom rzeczywiście chęci do jedzenia w którykolwiek dzień czy noc nie brakowało. I tak jak pilnie jadły, tak też w sposób godny uwagi szybko rosły. Dwudziestolitrowe akwarium zaczęło być dla nich za ciasne. Tata na koniec musiał przytaszczyć do domu dwustulitrowe akwarium, do którego przełożył rybki. Mama tylko kręciła głową.

„To niesprawiedliwe. Ryby mają ogromne akwarium, a my mamy wciąż małą wannę”, skarżyła się mama pewnego wieczoru.

„Jeśli chciałabyś się kąpać w akwarium, możemy je na ten czas przełożyć do wanny”, zaproponował tata i zaraz mu na głowie wylądowała ścierka.

„Tato, nie wydaje ci się, że te rybki mają jakieś duże i ostre zęby?” odezwała się Dominika obserwując, jak rybkom wiedzie się w ich nowym, przestronniejszym domu.

Tata ściągnął z głowy ścierkę do wycierania kurzu. „Wybiera się do nas z wizytą stryjek Karol. Zna się na egzotycznych zwierzętach i dokładnie ustali, jakie ryby właściwie hodujemy.”

Stryjek Karol przyszedł drugiego dnia. Wszedł do pokoju, przycisnął nos do szyby akwarium i skierował spojrzenie znawcy na zębate piękności.

„Czy macie w domu kawałek szynki?” po chwili przerwał ciszę panującą w pokoju.

„Zaraz przygotuję kanapki”, podniosła się mama.

„Nie chcę kanapek, chcę tylko coś sprawdzić”, zatrzymał ją stryjek Karol.

Mama przyniosła mu więc na talerzu plasterek szynki. Stryjek Karol oderwał od niego kawałek, odsunął pokrywkę akwarium i jego ręka z wędliną przybliżyła się do lustra wody.

Reszta doświadczenia stryjka Karola rozegrała się w błyskawicznej sekundzie. Ławica ryb skierowała się do powierzchni, woda zapluskała i stryjek naraz nie trzymał szynki, ba, odwrotnie - jedna z głodnych rybek trzymała w ostrych zębach jego palec, podczas gdy inne ryby w dzikiej walce dzieliły kawałek wędzonego mięsa.

„Auuu”, zawył stryjek, strząsł napastnika z powrotem do wody i odskoczył od akwarium, tak jakby go kopnął prąd elektryczny. Przestraszona rodzina patrzyła na przemian raz na cichnącą walkę o szynkę w akwarium, raz na stryjka Karola dmuchającego na pogryziony palec.

„Więc do czego doszedłeś?” zapytał tata stryjka Karola, kiedy mama obwiązała mu skaleczony palec wskazujący.

„Po pierwsze, boli mnie palec”, oznajmił stryjek Karol i zabrał się do kanapek, które mama mu przygotowała. „A po drugie”, stryjek zamilkł wieloznacznie i ostrzegawczo podniósł obwiązany palec wskazujący, „w akwarium hodujecie drapieżne piranie, gatunek niebezpiecznych mięsożernych ryb.”

„Mogłam tak myśleć!” głos mamy zaczął sięgać nieprzyjemnie wysoko. „To już jest powoli tradycja, że musimy mieć w domu straszliwego zwierza!”

„Póki są w akwarium, nic wam nie grozi”, uspokajał ją stryjek Karol. „Tylko trzeba je częściej karmić surowym mięsem, a one będą zadowolone!”

„Nie jestem taka pewna! Jak znam tatę, tym piraniom czy jak się te małe rekiny nazywają, wyrosną i skrzydła. A my skończymy jako rybi pokarm!”

„Nie bój się, skarbie, kiedy skrzydła nie urosły im do tej pory…” tata wreszcie odważył się odezwać.

„Te ryby trzeba zabrać!” mama nie zamierzała ustąpić.

Tata skierował błagalne spojrzenie na stryjka Karola. On natychmiast przecząco pomachał ręką. „Ja ich sobie nie wezmę. Daję pierwszeństwo bożonarodzeniowym karpiom w czerwonym winie.”

„Może by i te ryby smakowały, gdybyś je przyrządził według jakiejś receptury…”

„Na pewno! Przecież one zasmakowały we mnie, a byłem zupełnie surowy!”

Tata westchnął: „Więc dobrze. Dam ogłoszenie do gazet. A do tego czasu będziemy kupować im mięso, aby na nas nie rzucały głodnego spojrzenia.”

Tata zaczął więc przynosić do domu mięso nie tylko na niedzielne kotlety, ale i dla mięsożernych mieszkańców akwarium. Póki Dominika bawiła się obserwowaniem opychających się pirani, mama nie mogła się doczekać, kiedy pojawi się jakiś kupiec, który wreszcie odwiezie drapieżniki gdzieś daleko.

Piranie taty było jednak trudniej sprzedać niż wszyscy myśleli. Z ogłoszenia pokazało się tylko kilku zainteresowanych, ale każdy na koniec odszedł na darmo. Pierwszego zdenerwowało spojrzenie rybich oczu, drugi wytłumaczył się, że nie zna żadnego rybiego dentysty, który troszczyłby się o tyle ostrych zębów. Trzeci kupiec był nawet tak bezczelny, że chciał zabrać ryby tylko pod warunkiem, że tata będzie im regularnie posyłał porcje mięsa.

Tymczasem tata bezskutecznie starał się pozbyć akwarium z piraniami, mama zaczęła gotować bezmięsny, jarzynowy posiłek, dlatego, że mięso zazwyczaj kończyło w brzuchach żarłocznych ryb. Tata i Dominika stracili już apetyt na następne porcje jarzynowego risotta i zasmażanej fasoli, gdy w mieszkaniu na siódmym piętrze zadzwonił telefon. Tata podniósł słuchawkę, a póki rozmawiał, na jego twarzy osiadł szczęśliwy wyraz.

„Juchuu!” tata podskoczył z radości, ledwo co skończył rozmowę. „Naszych łakomczuchów chce kupić sławny naukowiec, ichtiolog, który bada właśnie takie ryby, jakie mamy w domu! Musimy to uczcić!”

„Wkrótce pożegnamy się z wami”, oznajmił tata rybom. „A ja wreszcie będę jadł na obiad smażony kotlet!”

Piranie, które właśnie trawiły obfite porcje surowego mięsa, wiadomość przyjęły spokojnie. Spoza szyby obserwowały tatę, który z barku wyjął butelkę musującego wina.

„Mama, chodź się ze mną stuknąć, aby nam to tym razem wyszło!” zawołał mamę, męcząc się z korkiem.

Mama stała właśnie w drzwiach, kiedy porządnie zabrzmiało bum! i z niewychłodzonej butelki musującego wina do sufitu wystrzelił korek, odbił się i bum! uderzył nagle w ścianę akwarium i potem stąd doleciał aż do kciuka taty u nogi.

„Ojej!” zachmurzyła się mama z powodu mokrej plamy, która pojawiła się na dywanie po pieniącym się winie.

„Ach!” odezwał się przestraszony tata. Jego strach jednak nie spowodowało spojrzenie na mokry dywan ani uderzony kciuk, na którym wylądował plastikowy korek. Tata wytrzeszczał oczy na szklaną ścianę akwarium, na której pojawiła się delikatna pajęczyna pęknięcia. Puk, puk, delikatnie trzasnęło szkło i sieć pęknięć zwiększyła się w jednej chwili. Mama już złapała za rękę Dominikę, która pojawiła się w pokoju i uciekła z córką do łazienki.

Zadźwięczało, szkło akwarium zupełnie pękło, rozsypało się i na dywan wyleciał silny prąd wody razem z ławicą mięsożernych ryb. Tata wreszcie ocknął się i w ostatniej chwili wskoczył w kapciach na stolik pośrodku pokoju. Póki obok niego pluskała woda i pokój zmieniał się w mokre bagno, tata schwycił telefon komórkowy, który na szczęście leżał na stoliku przy jego nogach.

„Halo, straż? Potrzebujemy szybko pomocy, jesteśmy zalani wodą, w której są mięsożerne ryby!” wołał tata do ratowników.

Strażacy myśleli najpierw, że ktoś stroi sobie z nich żarty, ale w końcu przekonał ich błagalny ton głosu taty.

„Dobrze, wyruszamy na odsiecz…” odezwało się z telefonu i tata westchnął.

Kilka minut później odezwało się wycie syreny strażackiej, które zaraz zagłuszyło zawodzenie sąsiadki Gustusznej z mieszkania na szóstym piętrze. Anastazję Gustuszną, która zdrzemnęła się w fotelu przed telewizorem, obudziły bowiem krople wody. Kap, kap, spadły jej na oprawkę od okularów i zaspana sąsiadka najpierw myślała, że zaspała na ławce w parku podczas deszczowego popołudnia. Potem jednak uświadomiła sobie w przerażeniu, że deszcz pada u niej w domu, prosto z sufitu na dywan, meble i włączony telewizor.

„Ratunku! Potop! Koniec świata!” klasnęła w ręce. Dalsze lamenty sąsiadki zaraz zagłuszył huk telewizora, którego elektroniczne części nie były nieprzemakalne.

Strażacy wkrótce stwierdzili, że nikt nie stroi sobie z nich żartów. W mieszkaniu na siódmym piętrze zaraz przekonała ich o tym pierwsza ryba, która zaatakowała z mokrego dywanu, a jednemu ze strażaków wgryzła się w czubek skórzanego buta, a na szóstym piętrze znów udowadniał dym ciągnący się z mieszkania przestraszonej sąsiadki Gustusznej. Harmider wypłoszył też na korytarz sąsiada Klejącego, który usiadł przed swoimi drzwiami na krześle i z tego miejsca obserwował, jak strażacy jednocześnie likwidują potop i gaszą dymiący telewizor. Sąsiad jednak z przyglądania się pracy bohaterskich strażaków nie cieszył się długo. Kiedy stwierdził, że w mieszkaniu naprzeciwko z dywanu zbierają i wrzucają do blaszanej beczki z wodą mięsożerne piranie, z których już jedna spróbowała buta ratownika, natychmiast zniknął w mieszkaniu i zamknął się na dwa zamki. Potem długo w nocy chodził po mieszkaniu w kaloszach, w jednej ręce z tłuczkiem do mięsa, w drugiej z siatką na motyle, w obawie, że jakaś zębata ryba rzuca się na jego podłodze.

Drapieżne piranie jednak u sąsiada Klejącego nie znalazły się. Strażacy je wszystkie złapali do beczki i zawieźli do sławnego naukowca, który miał z nimi przecież większe doświadczenie. Jedyną zdobyczą sąsiada Klejącego była mucha utopiona w kubku, która w nim skończyła podczas nieszczęśliwej próby napicia się wystygłej herbaty z miodem i cytryną. Strażacy też pomyślnie ugasili pozostałości telewizora i potem szklankami zimnej wody studzili jego właścicielkę, która właśnie zaczynała się niebezpiecznie rozgrzewać.

Tata z siódmego piętra zniósł i podarował sąsiadce rodzinny telewizor, aby złagodzić jej gniew. Jednocześnie jej obiecał, że pomaluje pokój i kupi nowy dywan. Dopiero potem sąsiadka Gustuszna zaczęła wreszcie stygnąć. Zupełnie uspokoiła się dopiero wtedy, gdy tata jej przysiągł, że w ciągu najbliższych dziesięciu lat rodzina nie będzie hodować żadnych zwierząt, nawet nie będzie tolerować moli, gdyby przypadkiem pojawiły się w mieszkaniu na siódmym piętrze.

A jak rodzina żyła dalej? Tata jak prawdziwy mężczyzna obietnicy dotrzymał, a Dominika przyzwyczaiła się, że nie mają w domu żadnego zwierzęcia. Smutno jednak im nie było i nawet nie nudzili się, raczej odwrotnie, jak mijały miesiące rodzina na siódmym piętrze żyła w radosnym oczekiwaniu. Pewnego wieczora w mieszkaniu zadzwonił telefon…

„Masz małego braciszka, juchuu!” radośnie pokrzykiwał tata pełnymi płucami, położył słuchawkę i ze szczęśliwym wydechem objął dużą córkę Dominikę. „Trzeba iść do szpitala!”

Pokrzykiwanie taty było tak głośne i nieoczekiwane, że sąsiad Klejący w mieszkaniu naprzeciwko dał do herbaty zamiast cukru dwie łyżeczki czarnego pieprzu, a sąsiadka Anastazja Gustuszna w mieszkaniu pod nimi tak się zatrzęsła, że z naleśnika spadł jej dżem prosto na szlafrok. Ale o tym tata z Dominiką już się nie dowiedział. Dla rodziny na siódmym piętrze zaczęła się zupełnie inna bajka…








 




 







                                                           

                                 

                           Barbora Škovierová





                                  Piżamowy tydzień

                                                  The week of the pyjamas






©Wydawnictwo Kontakt 2012, Bratysława


Slovenský literárny klub v ČR


EAN 9788097105914


Ilustracje: Katařina Ilkovičová


Przekład na język czeski: Marek Sečkař


Z języka słowackiego tłumaczyła ©Magdalena Budkowska, Warszawa 2014









                                        - 1-





                           JAK LEKARZ CHMURKA


              TRZYKROTNIE TRAFIŁ W SEDNO





   Kiedy Agatka się ocknęła, stwierdziła, że leży w zacisznym, białym pokoju. Miała uczucie, że żelazne, na niebiesko pomalowane łóżko pod nią jest jakoś za wysokie, jakby znalazła się na statku. Łóżko stało bezpośrednio pod oknem bez firanek i z zewnątrz do pomieszczenia wkradał się zmrok. Padał śnieg. Przy drzwiach zobaczyła takie samo łóżko i w nim dziewczynkę z jasnymi włosami, krótko obciętymi. Dziewczynka jej nie zauważała, w skupieniu coś rysowała w zeszycie. Na ścianach wisiały piękne, kolorowe obrazki. Agatka wyostrzyła wzrok na metalowej szafce z kółkami przy swoim łóżku, która służyła jako stolik. Była na niej tylko pomarańczowa, plastikowa szklanka z herbatą.


Nagle otworzyły się szklane przesuwalne drzwi. Stała w nich mama i kiedy zobaczyła, że Agatka obudziła się, szybko do niej podeszła i mocno ją objęła.


"Cześć, kochanie." Pogłaskała ją po włosach. "Dobrze się czujesz? Wyspałaś się?" Agatka przytaknęła. "Jesteś w szpitalu. W szkole zrobiło ci się niedobrze i zemdlałaś. Pani dyrektor wezwała pogotowie. Będziesz musiała zostać tu kilka dni, żeby cię zbadali."


"Ja tu też muszę być", odezwała się dziewczynka z łóżka przy drzwiach. Mamusia się do niej odwróciła. Agatka przetarła oczy i ziewnęła.


"Jak się nazywasz?" zapytała mama dziewczynkę przy drzwiach.


"Lucka Fojtíková", powiedziała blondynka i dodała: "Ja jestem tu już dwa dni."


"A więc", przytaknęła mamusia z aprobatą. "A więc trochę się tu już orientujesz, prawda?"


Lucka wzruszyła ramionami.


"Oczywiście. A jak ona się nazywa?" Dziewczynka skierowała fioletową kredkę w Agatkę.


"Agatka", odpowiedziała mamusia.


"Agatka? O takim imieniu jeszcze nie słyszałam", potrząsnęła głową.


Milczały przez chwilę. "A ile ma lat?" zapytała jeszcze Lucka.


Skoro Agatka nic nie mówiła, odpowiedziała mama: "Sześć. A ty?"


"Osiem. Chodzę do drugiej klasy."


"A co to rysujesz?" Mamusia wstała i zerknęła jej do zeszytu.


"Szpital. To jest nasza sala i my obie", kiwnęła głową w kierunku Agatki. "A to siostra, która rozdaje lekarstwa".

"Aha. Wygląda, że ją to naprawdę bawi, kiedy się tak śmieje", porozmyślała mamusia głośno.

Drzwi znowu się przesunęły i do środka wszedł wysoki, młody lekarz. Agatce wydawało się, jakby rozwiany biały fartuch przyleciał do sali dopiero chwilę po nim.

"Cześć, dzieci, dzień dobry", pozdrowił energicznie i zaraz zrobił krok do Agatki.



"Cześć, Agatka. Jestem doktor Chmurka." Patrzyła na niego uważnie i w mgnieniu oka, kiedy się przedstawił, na jej ustach po raz pierwszy zagrał łobuzerski uśmiech. "Jak się czujesz?"

"Dobrze", zaszeptała dziewczynka.

"Ty się na pewno uśmiechasz dlatego, że nazywam się Chmurka, prawda?" powiedział lekarz żartobliwie i palcem wskazującym postukał w tabliczkę z nazwiskiem na kitlu.

Agatka pochyliła głowę, aby ukryć uśmiech, ale było też widać, że trafił w sedno.

Doktor Chmurka był z całą pewnością wesołym facetem. Odetchnął i oznajmił: "Wiesz, Agatko, doktor Chmurka niechętnie się chmurzy. Ale będę się gniewać, kiedy usłyszę, że rozumna, mała dziewczynka jak ty nie chce jeść mięsa i jajek, i nad mlekiem kręci nosem. Na pewno dużo już słyszałaś o witaminach i minerałach. Twoja mamusia martwi się, że mogło ci się zrobić niedobrze właśnie dlatego, że jesz jak ptaszek."

Agatka nie patrzyła na niego, ale słyszała każde słowo. "Jest przecież możliwe, że straciłaś przytomność z innego powodu. Byłaś już kiedyś w szpitalu?"

Agatka pokręciła głową. Pamiętała tylko, jak była z wizytą w izbie porodowej, kiedy urodziła się jej kuzynka. No ale nie jej oczywiście, ale cioci Ewie. Nie o tym przecież myślał doktor Chmurka.

"Chcemy zbadać wszystkie możliwości, które nam przyjdą do głowy. Dlatego czeka na ciebie kilka badań. Zostaniesz tu i my zbadamy twoje oczy, serce i głowę. Dobrze? Jest ważne, żebyś z nami współpracowała, żebyś nam na to pozwoliła. Rozumiesz wszystko, Agatko?"

Dziewczynka przytaknęła.

"Chcesz się jeszcze o coś zapytać?" Kiedy Agatka pokręciła głową, dodał: "Za chwilę przyjdzie siostra i pobierze ci krew. Potem razem porozmawiamy o szczegółach."

Agatka przytaknęła. Mama chwyciła ją za rękę i kciukiem pogłaskała po palcach. Doktor Chmurka strzelił jakąś śmieszną minę i kiedy Agatka przymknęła oczy, jego głowa z kręconymi, czarnymi włosami wyglądała naprawdę jak deszczowa chmurka.

Była jeszcze zmęczona i trochę zmieszana. Wiedziała, że coś się stało, ale nie było jej zupełnie oczywiste, co to było. Wydarzenia minionych godzin stały się za szybko. Pani nauczycielka wzięła ich na dwór. Wracali ze spaceru i było jej zimno. Chłód jakby wychodził od środka i najbardziej czuła go na czubkach palców u rąk i nóg. Już nie mogła się doczekać, kiedy z powrotem dotrą do szkoły. A potem ją nagle ogarnęła ciemność. Nie przypominała sobie nic, dopiero to, że leżała na podłodze w wejściowym holu szkoły, ktoś ciągle powtarzał jej imię i delikatnie klepał ją po twarzy. "Agatko, Agatko, obudź się", powtarzał ten głos. Może to był tylko sen, w którym dwóch mężczyzn załadowało ją do karetki, pani dyrektor i pani nauczycielka stały przed bramą szkoły tylko w krótkich rękawach poważne i blade jak ściana, a z nieba padał gęsto śnieg.
Niewyraźne wspomnienia przerwała udająca energiczną pielęgniarka, która pojawiła się jak gdyby nic z niczego prosto nad Agatką.
"Cześć, Agatko, jestem siostra Monika i pobiorę ci trochę krwi. Z morfologii krwi potrafimy mianowicie stwierdzić, czy w organiźmie jest infekcja – epidemia. I mnóstwo innych pożytecznych rzeczy, które nam pomagają leczyć. Dlatego jest to niezbędne badanie. Poczujesz słabe ukłucie, ale potem już nie będzie bolało", powiedziała spokojnie. Pokazała Agatce, jak ma poćwiczyć z ręką zamkniętą w pięść, ramię owinęła opaską i palcami namacała żyłę. Potem miejsce w dołku łokcia oczyściła roztworem, wprawnym ruchem ukłuła strzykawką w żyłę i ostrożnie wciągnęła potrzebną ilość krwi. Agatka najpierw się bała, ale naprawdę to nic nie bolało i zanim się spostrzegła, było po wszystkim. Pielęgniarka ją pochwaliła, jak opanowała pobranie, w miejscu ukłucia przyłożyła tamponik, przytrzymała go tam i zręcznie zalepiła plastrem. Mamusia stała cały czas tuż przy Agatce, aby mogła pomóc, gdyby była potrzebna. Sama była zdziwiona, jaka Agatka była dzielna. "Za dziesięć minut odprowadzę cię do gabinetu doktora Chmurki", powiedziała pielęgniarka. Agatka wyciągnęła rękę w kierunku mamy. Niechętnie rozmawiała przy obcych. Przecież sama nigdzie nie chciała iść.
"Oczywiście, pójdę z tobą", szepnęła mama.
Kiedy mamusia i Agatka za nią zapukała do otwartych drzwi gabinetu, doktor Chmurka szybko podniósł wzrok od ekranu komputera, wstał i poprosił mamę z córką do środka. Zamknął drzwi, zaproponował im miejsce na wolnych krzesłach, a potem przysunął jakieś formularze. Zaczął wypytywać o wszystko, co możliwe – od urodzin Agatki przez choroby, szczepienia i urazy aż do alergii członków rodziny. Kiedy zapytał o coś Agatkę, dziewczynka odpowiadała płochliwie, jednym wyrazem i równocześnie mocno ściskała rękę mamy.
"Agatko, Agatko", lekarz pokręcił głową. "Taka panna i trzyma się mamy jak rzep psiego ogona. Ty z obcymi dużo nie porozmawiasz, prawda?"
Agatka zawstydzona pochyliła głowę, żeby nie musiała odpowiadać, ale doktor Chmurka po raz drugi trafił w sedno. Westchnął, popatrzył na mamę Agatki i dodał:
"Moja mama mawiała, że niemego dziecka nawet własna matka nie rozumie." Potem zamyślił się przez chwilę i dokończył rozważanie:
"Ale przecież to nie jest prawda. Dobra mama rozumie swoje dziecko w każdej sytuacji, też kiedy milczy, prawda?" Uśmiechnął się i Agatka wiedziała, że znowu trafił w sedno. Jej mamusia zawsze wiedziała, jak Agatka się czuje i czego potrzebuje.


Na koniec lekarz poprosił dziewczynkę, aby położyła się na kozetkę, rozmaicie ją ostukiwał i obmacywał. Potem dziewczynka musiała przejść kilka kroków po podłodze, trafić palcem wskazującym w czubek nosa i obojgiem oczu śledzić palec lekarza, którym jej przejeżdżał przed oczami. Agatce wydawało się to interesujące i trochę śmieszne. Nie miała jednak czasu zastanawiać się nad tym, bo pielęgniarka chciała ją jeszcze zmierzyć i zważyć. Wszystko było dla niej nowe – i chyba też lepsze niż oglądać jakiś film.


Była to przygoda jej własnego życia!

                     
                                             - 2 -



JAK LUCKA WCHODZIŁA AGATCE DO KAPUSTY






    Jak już wiecie, Agatka ma sześć lat. Gdybyście ją zapytali, kim chce być, kiedy dorośnie, chyba by nie odpowiedziała – nie dlatego, że nie wiedziała, to na pewno nie! Ta dziewczynka przecież z obcymi ludźmi nie rozmawia. Poważnie. W tym Agatka jest zasadnicza. Ale gdyby was trochę poznała albo może gdybyście byli dobrymi kolegami, bez wahania odpowiedziałaby na to pytanie – chciałaby być księżniczką. Mamusia już jej wyjaśniła, że bycie księżniczką to nie jest zatrudnienie i do tego jest mało prawdopodobne, żeby spotkała księcia, a więc Agatka ma przygotowaną jeszcze jedną odpowiedź. Kiedy ją po raz pierwszy przedłożyła mamie, trochę ją zaskoczyła.



"Bawiłoby mnie... wykopywać kości. Otwierać grobowce."



"Chcesz być grabarzem?" spytała mama powoli, z nieukrywanym zdziwieniem i intensywnie rozmyślała, gdzie Agatka mogła się spotkać z takim zawodem.



"Nieeeee. Chcę być a... arche... archeologiem", Agatka niezdecydowanie wydobyła z siebie to skomplikowane słowo, bo nie była pewna, czy pamięta je poprawnie.



"Aha. To jest naprawdę ciekawa praca." Ale mamusia widzi w niej, że w rzeczywistości chce być też księżniczką. To prawda, że jest do księżniczki podobna: ma długie, proste, kasztanowe włosy, które jej sięgają aż do łopatek. Każdy, kto zajrzy w jej duże, błękitne oczy, dziwi się, jakie ma gęste i ciemne rzęsy.

"Ona nie będzie musiała się malować", mówią sprzedawczynie, sąsiadki i mamusie z okolicy. "Jest jak mrugająca lalka. Chyba po tacie, prawda?"

Ale mamusi i taty tam nie było. Agatka leżała w szpitalnym łóżku. Był nowy poranek. Powódź lśniących włosów była rozłożona na poduszce. Najchętniej cała by się w nich opatuliła i schowała. Chciała się przytulić do mamy i taty, przytulić policzek do policzka swojej siostry Emy.

W pobliżu panował jeszcze półmrok, ale słyszała, że oddział ożywa. Jeszcze w półśnie pielęgniarka rozdaje dzieciom termometry. Kiedy je za dziesięć minut pozabiera, dzieci idą do łazienki umyć się, te starsze przypominają też sobie, że mogłyby się uczesać. Młodszym pomagają wszędobylskie pielęgniarki. A potem śniadanie! Jest naraz na oddziale wrzawa. Długi korytarz jest idealnym miejscem do berka, którego pielęgniarki zaraz przerywają. Agatka dopiero w drodze na stołówkę widziała, ile jest pokoi na oddziale – siedem albo osiem? I w każdym przynajmniej po cztery łóżka, gdzieniegdzie też małe, żelazne dziecięce łóżka dla niemowląt, nad którymi czuwają mamusie. I są tam też zabawki! To dobrze. Pośrodku długiego, prostokątnego korytarza stoi olbrzymi, biały pulpit w kształcie litery C. Tak jak w budce strażniczej siedzą pielęgniarki, odbierają telefony, stukają w komputer i mają rozeznanie o wszystkich wydarzeniach. Za pulpitem są jeszcze dwa pomieszczenia, w których kręcą się pielęgniarki i lekarze. Tę część oddziału już zna, wczoraj była w jednym pomieszczeniu na badaniu u doktora Chmurki.

Agatka wszystko to tylko odnotowała szybko, bo Lucka poganiała do stołówki za rogiem. Było to kwadratowe pomieszczenie z białymi ścianami, udekorowane obrazkami dzieci. Przez okienko dzieciom wydawały śniadanie następne pielęgniarki. Ile jest ich tutaj? Dziwiła się Agatka w duchu. Usiadła przy stole z Lucką i napchała w siebie rogalik z kakao. Ledwo skończyła jeść, zobaczyła w drzwiach zatroskaną mamę z ojcem. Przyszła nawet też Ema.

"Agatko, moja mała, cześć! Dobrze się wyspałaś?" objął ją tata.

"Uhm", cicho przytaknęła Agatka.

"Dzisiaj czeka cię pierwsze badanie – EKG. Tak nam powiedział doktor Chmurka. I jeszcze mówił, że w całym województwie szaleje grypa i od jutra wszystkie wizyty w szpitalu są zabronione. Nie będziemy mogli z tobą chodzić", powiedziała mama poważnie.

"A dlaczego?"

"Do szpitala wpuszczają tylko ludzi, którzy tu pracują. Nikomu z zewnątrz tu nie wolno wchodzić, aby przypadkiem nie zaraził dzieci, które się tu leczą."

"To będę tu sama?" Agatce zadrżała dolna warga. Mamusia wiedziała, że ma łzy na brzegu.

"Jest mi bardzo przykro. Uwierz, że gdybym mogła, byłabym tu z tobą przez cały czas. Jest to przecież zarządzenie i wszystkie dzieci zostaną tu same – tylko te najmniejsze, które jeszcze nie chodzą i nie rozmawiają, mają tu mamusie też do spania".

Nawet nie zauważyli, że słucha ich młodsza, życzliwa pielęgniarka. Chwyciła Agatkę za ramię i powiedziała rodzicom: "Państwa córka to na pewno da radę, przecież jest to już panna! Będzie to nowe doświadczenie!" Uśmiechnęła się do obojga zachęcająco i odeszła.

Rodzice odprowadzili Agatkę do pokoju i pokazali jej wszystko, co przynieśli – oczywiście ulubione zabawki, kilka kaset DVD i smakołyki. Na koniec Agatkę mocno objęli i powiedzieli, że będą codziennie telefonować do szpitala, aby stwierdzić, jak jej się powodzi.

Kiedy odeszli, Agatkę ogarnął smutek. Stanęła przy oknie i czekała, kiedy zobaczy ich wychodzących ze szpitalnego budynku. Wiedziała, że to przez chwilę potrwa – muszą jechać windą aż na parter, przejść długi korytarz i recepcję – i aha, naraz tam byli, tak blisko i tak daleko! Agatka przylepiła nos do okna i szyba zamgliła się natychmiast. Ema wesoło podskakiwała jak na sprężynach, a mama, która już była na chodniku, jakby czuła wzrok Agatki, odwróciła się, popatrzyła do góry i kiedy zobaczyła w oknie postać swojej córki w piżamie, podniosła obie ręce i pomachała jej. Zaraz przyłączyli się tata i Ema. Było to miłe. Po chodniku za bramą szpitala przechadzał się elegancki staruszek w garniturze. Podpierał się laseczką. Kiedy zobaczył, jak rodzina żegna się z dzieckiem w oknie, zatrzymał się, uważnie przyjrzał się oknom nad sobą i całkiem nieoczekiwanie pomachał dziewczynce w oknie.

Agatka wróciła do łóżka i położyła się. Na ręku, w miejscu, skąd pielęgniarka pobierała jej krew, wciąż miała plaster. Dziewczynka czasami go dotknęła, aby się upewnić, że jej się to wszystko nie śniło.

"Chodź się bawić", odezwała się Lucka.

Agatka milczała i nawet nie popatrzyła w jej kierunku. Było jej smutno za mamą, tatą i małą siostrzyczką.

"Słyszysz? Chodź się bawić!" powtórzyła Lucka głośniej.

Agatka nie miała ochoty na zabawę. Nie interesowała ją ta bredząca, obca dziewczynka.

"Dlaczego wciąż nie mówisz? Nie umiesz rozmawiać?" dokuczała Lucka. Agatka nawet się nie poruszyła, tylko cicho oddychała z oczami skierowanymi w sufit. Co ją ta Lucka męczy! Lucka usiadła, zeskoczyła z łóżka i podeszła do niej. Nachyliła się nad nieruchomą twarzą Agatki.

"Dają na suficie jakąś dobrą bajkę?" droczyła się z nią Lucka. "Ja tam w takim razie nic nie widzę. Heeej, spójrz na mnie!" Otwartą dłonią zamachała Agatce przed oczami, ale ta się nawet nie poruszyła. "No, dobrze, kiedy ty się nie interesujesz, więc ja też się nie interesuję. Ale przynajmniej popatrzę, co masz do zabawy." Lucka otworzyła szufladę nocnego stolika i zaczęła w niej przerzucać.

W tej chwili Agatka błyskawicznie usiadła i zasyczała: "No wybacz! To są moje rzeczy! Nie wtykaj do nich nosa! Nie uczyli cię, że się ludziom nie wchodzi do kapusty?!"

Lucka znieruchomiała i potem parsknęła: "Do kapusty?! Co masz na myśli?"

"Zostaw moje rzeczy w spokoju!"

"Oczywiście, oczywiście, rozumiem. Zostawię twoją kapustę w spokoju", śmiała się Lucka. "Przynajmniej wiem, że umiesz mówić. A więc przepraszam, nie powinnam wtykać nosa. Chodź się lepiej bawić."

"Teraz nie mam nastroju."

"Tęsknisz za rodzicami, prawda? Moi rodzice mieszkają sześćdziesiąt kilometrów za miastem, a więc nie mogą tu przyjeżdżać codziennie. Jest to jeszcze gorsze, ale o tym nie myślę. I cieszę się, że nie będę tu już sama. Głównie w nocy", dodała Lucka.

"A dlaczego tu jesteś?" zapytała Agatka.

"W szkole zaczęła mi się trząść ręka, kiedy pisałam na tablicy. Nie mogła przestać. I drugiego dnia stało się to znowu. A więc mama mnie tu przywiozła. Ale nie musisz się bać, jest tutaj całkiem dobrze. Też mi pobierali krew i robili badanie oczu – tylko oglądasz balony na komputerze. I jeszcze mi robili ekagie."

"Co to jest? Dzisiaj mnie to już czeka."

"Aaale, trochę nudne. Chi-chi", zaśmiała się Lucka serdecznie. "Najpierw myślałam, że jest to po angielsku – że mają na myśli egg. Wiesz, znaczy to po angielsku jajko, tak mówiłam, że ekagie będzie jakimś specjalnym badaniem za pomocą jajka."

"Za pomocą jajka?" pokręciła głową Agatka. "Masz na myśli kurze?"

"Tak. Przyszło mi na myśl, że jest to badanie, kiedy ci jajkiem przejeżdżają po ciele, a kiedy trafią na chorobę, jajko pęknie..."

"Surowe czy gotowane?" nie mogła zrozumieć Agatka.

"No, to wszystko jedno. Na koniec nie ma to nic wspólnego z jajkiem. Może tylko to, że głowa, którą przy tym badają, trochę jest podobna do jajka. To słowo jest skrótem. Odprowadzą cię do specjalnego gabinetu lekarskiego, gdzie na włosy nakładają trochę żelu, a potem przymocują na głowę taką czapkę z ssawkami. Ty się położysz na łóżku i pielęgniarka będzie ci mówić, jak masz oddychać, kiedy masz mieć zamknięte oczy, czasami będą ci świecić migającą lampą i komputer będzie notować pracę twojego mózgu... A potem ci dadzą lizaka. Sielanka."

"Uhm", przytaknęła Agatka.

"Wiesz, co jest dobre w szpitalu?" rzuciła Lucka i wepchnęła sobie do ust garść cukierków.

Agatka pokręciła głową.

"Możesz być cały dzień w piżamie!"

Agatka uśmiechnęła się. To jej poważnie nie przyszło do głowy. Do pokoju wszedł doktor Chmurka z pielęgniarką, którą już widziała przy śniadaniu. Na tabliczce na płaszczu miała napisane Nela. Kiwnęła do Agatki i powiedziała jej, aby założyła buty, że ją odprowadzi na badanie. Doktor Chmurka zatrzymał ją i życzliwie powiedział: "Codziennie z dziećmi chodzi pani wychowawczyni i nosi im różne książki, malowanki i gry. Ucieszyłoby cię coś?"

Agatka milczała i dopiero po długiej chwili cichutko powiedziała: "Puzzle." Lekarz przytaknął i dodał: "Twoja mamusia mówiła, że znasz czeski i słowacki. I że lubisz słowne gry, żarty językowe i językowe łamańce." Agatka przytaknęła. Doktor Chmurka uśmiechnął się: "A więc jest to apel też do mnie! Kocham słowne gry!"

"Chodźmy na EKG", powiedziała pielęgniarka do Agatki. "Nic nie bierz, nie będzie to trwać długo."

"Nie bój się, nie jest to badanie jajkiem", przypomniała jej Lucka z rozbawieniem.

Pielęgniarka otworzyła kartą szklane drzwi prowadzące na oddział i wezwała windę, którą podjechały na drugie piętro. Tam przekazała Agatkę innej pielęgniarce, której jednocześnie przekazała dokumentację zdrowotną.

"Żadnej Agatki długo już tutaj nie mieliśmy", powiedziała pielęgniarka, kiedy przeczytała imię dziewczynki. Wybrała czapkę odpowiedniej wielkości, nałożyła jej ją, przymocowała ją pod brodą, zacisnęła pas na piersi, a potem zaczęła wstrzykiwać żel do otworów w czapce. "Nie masz się czego obawiać", uspokoiła Agatkę. "Jest to tylko trochę zimne, ale nie boli."

Potem pokazała Agatce, aby się położyła, skontrolowała podłączenie elektrod i ostatecznie poinstruowała dziewczynkę. Lucka miała rację, było to proste. W pomieszczeniu panowała cisza, tylko pielęgniarka czasem zwróciła uwagę Agatce, co ma robić. Momentami miała oddychać głęboko i nie otwierać oczu, potem jej światło migało w oczy. Na koniec dostała upragnionego lizaka, pielęgniarka dodała, że włosy sklejone żelem musi umyć porządnie i mogła wrócić na oddział. Wychodziła w dobrym humorze i przecież tylko trochę bała się badania, ale oprócz tego uświadomiła sobie, jak bardzo bawi ją obserwacja pracowników służby zdrowia przy pracy.
 
         - 3-
JAK AGATKĘ I LUCKĘ COŚ GRYZŁO

Lucka siedziała na łóżku, majtała nogami i słuchała piosenek z odtwarzacza. Ledwo c zauważyła Agatkę, która wróciła z łazienki, zdjęła słuchawki z uszu.
"Mam pomysł!" ogłosiła energicznie.
"A jakbyśmy wyruszyły na zwiad?"
"Na zwiad? Jaki zwiad?"
"Normalnie na korytarz. Przecież jeszcze tego tutaj nie znasz porządnie, a ja ci wszystko pokażę. Właśnie jest już popołudniowy odpoczynek i musimy być cicho jak myszki."
"A kiedy nie będziemy?"
"Siostra Monika będzie gderać. A więc chodź!"
"Dobrze", zgodziła się Agatka po krótkim wahaniu. Lucka zsunęła się z łóżka i założyła kapcie. Odsunęły drzwi i Lucka wystawiła głowę na zewnątrz. "Powietrze jest czyste", zaszeptała. Cały oddział odpoczywał jak duże, rozłożyste zwierzęta. Małe dzieci spały w łóżeczkach, większe czytały lub oglądały bajki na przenośnych odtwarzaczach. Korytarz był oblany światłem i czyste linoleum błyszczało jak gładka powierzchnia rzeki.
"Spójrz", zaszeptała Lucka. "Tu jest komórka, w której ma rzeczy sprzątaczka."
"Hm", zareagowała Agatka. Co jest ciekawego w wiadrze, ścierkach, miotle i środkach czystości?
"Zawsze dwa pokoje mają wspólną łazienkę i ubikację, to już chyba zauważyłaś. Dzieci dzielą tu przeważnie według wieku, jak jest miejsce. To znaczy, że niemowląt zwykle nie dają do jednego pokoju ze starszakami."
"Wszystko to zaobserwowałaś w ciągu tych kilku dni, co tu jesteś?" zapytała Agatka z podziwem.
"Oczywiście. Tu się tego nie da dużo zrobić, to szybko ustalisz. Bez zgody pielęgniarek nie możesz wyjść z oddziału, to tylko też z rodzicami. Przez cały dzień tylko czekasz, na jakie badanie cię wezwą. Oprócz tego mamy tu kilka godzin szkoły".
"Naprawdę? Jak to?"
"Uczniowie schodzą się po śniadaniu na stołówce i jedna wychowawczyni rozdaje im według wieku zadania i przykłady. Ja też tam chodzę. Kolejne wychowawczynie chodzą codziennie z młodszymi dziećmi i bawią się z nimi. Jest to fajne. Inaczej musisz sobie sama znaleźć zabawę."
Agatka przytaknęła.
"A tu jest recepcja", kontynuowała Lucka poważnie. Pokazała na małe pomieszczenie z dwoma krzesłami i stołem. "Kiedy przyjdzie nowy pacjent, tutaj pielęgniarka z jego rodzicami wypełnia papiery."
"Uwaga, ktoś idzie", syknęła Agatka. "Schowajmy się!"
Dziewczynki błyskawicznie przebiegły kilka metrów do białego pulpitu. Wlazły pod niego i skuliły się w kącie pod stołem. Za chwilę zobaczyły nogi w białych skarpetkach i leczniczych trepkach. Lucka położyła palec wskazujący na ustach. "To siostra Monika", szepnęła. Agatce zakołatało serce, ale Lucka uśmiechnęła się do niej zachęcająco. "Będziemy według nóg zgadywać, kto właśnie idzie", zaproponowała wesoło.
"Psssst", szepnęła Agatka.
Pielęgniarka Monika przeszła ze stołówki do biura, gdzie siedziały pozostałe pielęgniarki, piły kawę i rozmawiały. Położyła na stół lekarskie listy, skontrolowała jakieś wyszczególnienie na ekranie komputera i westchnęła: "Nareszcie kilka minut na odpoczynek."
Agatka i Lucka przycisnęły się do siebie. Były całkiem z boku pod pulpitem, a więc widok na biuro miały częściowo zasłonięty przez jego jedną ścianę. Gdyby jednak wyszły i chciały przebiec do swojego pokoju, pielęgniarki by je na pewno zauważyły.
"To był więc pomysł", zauważyła Agatka. "Co będziemy robić?"
"Poczekamy na odpowiednią okazję i wrócimy do pokoju. Siostra Monika potrafi być bardzo surowa, gdy dzieci nie dotrzymują reguł", odpowiedziała Lucka.
"W taki sposób widzą świat małe dzieci – same nogi", zauważyła jeszcze.
Agatka dodała: "A my weźmiemy nogi za pas, i tylko, jak będzie to możliwe, będziemy uciekać, aż się za nami kurzy, prawda?"
"A więc, takiego długiego zdania jeszcze, zdaje się, nie powiedziałaś", Lucka pokiwała głową z aprobatą.
"Wiesz, moja mama uczy języka słowackiego w szkole średniej. Bardzo ją to bawi. Kiedy byłam mała, dla żartu przed spaniem czytała frazeologizmy", Agatce naraz rozwiązał się język.
"Frazeo – co?" Lucka potrząsnęła głową. "O tym jeszcze nie słyszałam. Brzmi to dziwnie, jak nazwa loda na patyku."
"Jest to stały związek wyrazowy, który ma trwałe znaczenie, właśnie w tej postaci, w jakiej jest", wyrecytowała Agatka. "Dorośli takie wyrazy często używają, ale nie możesz je brać dosłownie – jest to tylko takie obrazowe wyrażenie."
"No, kapelusze z głów!" Lucka zrobiła usta w ciup.
"Właśnie tak! To też jest frazeologizm. W rzeczywistości żadnego kapelusza nie zdejmujesz z głowy, ale kiedyś ludzie w ten sposób przejawiali uznanie i szacunek."
"Aha. Ty jesteś poważnie samą niespodzianką."
"Na pewno takich wyrazów znasz sama wystarczającą ilość. Moja mama często mówi, że nie wie, do czego ma ręce włożyć i że ma ręce pełne roboty. Kiedy to sobie wyobrazisz dosłownie, jest to super zabawa."
Pielęgniarka Monika popatrzyła na zegar na ścianie i powiedziała: "Możemy obudzić dzieci, wkrótce będzie podwieczorek."
Pielęgniarka Nela dopiła kawę i wstała. Stopniowo wchodziła do każdego pokoju i mówiła dzieciom miło, że popołudniowy odpoczynek kończy się. Popodnosiła żaluzje, pogłaskała po policzku śpiące dzieci, zostawiła pootwierane drzwi. Oddział zaczął znowu brzęczeć jak ul. Tylko Agatka z Lucką nadal kuliły się pod pulpitem, czasami wymieniały spojrzenia i nie wiedziały, co robić.
W tej chwili Nela weszła do ich pokoju i zobaczyła puste łóżka. Zakłopotana stanęła w drzwiach, porozglądała się wokół siebie, czy dzieci nie przebiegły obok niej. Potem zajrzała pod łóżka, za drzwi, ale w pomieszczeniu oprócz niej nikogo nie było.
Przyszła do białego biurka, gdzie tymczasem zmieniły się następne dwie pielęgniarki i powiedziała: "Lucki i Agatki nie ma w pokoju. Czy ktoś je widział?"
Pielęgniarka Monika podniosła brwi. Popatrzyła w księgę zapisów na pulpicie, czy dziewcząt ktoś nie odprowadził na jakieś badanie. Niczego jednak nie znalazła. Bez słowa wyruszyły z Nelą do ubikacji i łazienek. Wszystko dokładnie przeszukały, zajrzały za drzwi, do pryszniców, pod umywalki. Dziewczynki jakby się pod ziemię zapadły. Zbadały komórkę środkami czyszczącymi i izbę przyjęć. Znowu nic. Wtedy już Monika zdenerwowała się. "Musimy przejść przez wszystkie pokoje. Przecież nie mogły zniknąć."
Lucka i Agatka siedziały pod pulpitem jak mysz pod miotłą i nawet się nie poruszyły. Czekały, jak sytuacja się rozwinie.
Nela wzięła pokoje z jednego końca korytarza, Monika z drugiego. "Dzieci, kto widział Agatkę i Luckę?" spytała energicznym głosem pielęgniarka Monika. Nikt jednak nie przypominał sobie, żeby je widział od obiadu. Agatka czuła, że mogłaby się odezwać, ale jakby jej język zdrętwiał. Pielęgniarki przypominały jej parę wytrwałych detektywów, wszystko krok po kroku przeszukiwały i wyglądały na coraz bardziej zaniepokojone. Weszły na stołówkę, poprzesuwały stoły i krzesła, ale dziewczynek nie znalazły. Sprawdziły okna, szafy, nawet też blaszane szafki. "Szuflad chyba nie musisz przeglądać", zauważyła z rozdrażnieniem pielęgniarka Monika.
"Tu jest gęstoooo", odetchnęła Lucka. "Normalnie zabawa w chowanego. Myślisz, że nas znajdą?"
Agatka nie odpowiedziała.
"Mamy kłopot", stwierdziła Nela, kiedy z Moniką wróciły do pulpitu. W ogóle nie przeczuwały, jak blisko są te dwie filozofki!
"Kto je widział po raz ostatni?" zapytała Monika. Już sobie wyobrażała, jak postawią na nogi cały szpital i bardzo się chmurzyła.
Wtem otworzyły się drzwi gabinetu lekarskiego i na korytarz wyszedł doktor Chmurka z naręczem pełnym papierów. Kiedy zobaczył stroskane twarze pielęgniarek, zapytał, co się dzieje.
"Szukamy dwoje dzieci", wyjaśniła rzeczowo pielęgniarka Monika.
"Które dzieci?" głos doktora Chmurki trochę się zaostrzył.
"Luckę i Agatkę", westchnęła pielęgniarka Nela. "Na pewno były w pokoju, leżały na łóżkach, Agatka poszła rano na EKG, ale wróciła, umyłam jej włosy, a potem leżała w łóżku i rysowała..."
Pielęgniarka Monika otworzyła okno w biurze pielęgniarek i wyjrzała na zewnątrz, na park przed szpitalem – tylko aby się upewnić, że dziewczynki się tam nie włóczą.
Nagły przeciąg uniósł papiery w naręczu doktora Chmurki i te całkiem na górze rozleciały się i powoli zgrabnie spadały na ziemię. Doktor Chmurka położył pozostałą stertę na biały pulpit i przykucnął, aby pozbierać rozlatujące się dokumenty. Tylko co kucnął, spotkał się z dwoma parami dziecięcych oczu, które śledziły go w skupieniu.
"Popatrzymy", powiedział doktor Chmurka podnosząc brwi. "Kogo tutaj coś gryzie? Kogo roznosi?"
Dziewczynki się jeszcze bardziej skuliły pod biurkiem. Co jeśli je lekarz ukarze? Kiedy jednak widziały, że w oczach świecą mu figlarne ogniki i nie gniewa się, odprężyły się i zaczęły się śmiać. Agatka poza tym oceniła w duchu, że doktor Chmurka o frazeologizmach wie przynajmniej tyle, co jej mama.
"My prawie za wami ogłosiliśmy śledztwo!" powiedział doktor Chmurka poważnie. "Tego już nie wolno powtórzyć. Kiedy widzicie, że was szukamy, musicie się odezwać. Jesteśmy za was tutaj odpowiedzialni, dlatego że nie ma tutaj waszych rodziców. Co tam właściwie robicie?" zapytał doktor Chmurka.
"My tylko odkrywałyśmy oddział", szepnęła Lucka. "Chciałam to tutaj pokazać Agatce".
"Uhm", zrobiła kwaśną minę pielęgniarka Monika. "A co odkryłyście pod biurkiem?"
"Dwa upadnięte ołówki, okruchy i kurz", powiedziała Agatka ze skruchą.
"A więc wyjdźcie już i chodźcie na podwieczorek", Nela zakończyła jednomyślnie.
"I niech się to nie powtórzy!" dodała Monika z podniesionym palcem wskazującym.
Doktor Chmurka tylko się zaśmiał, mrugnął do dziewczynek i odszedł wcześniej, zanim byście zliczyli do trzech.


                                        - 4 -
JAK DZIECI ROBIŁY Z IGŁY WIDŁY
 
"Co będziemy robić?" zapytała znudzona Lucka po porannej wizycie. Tu jest nudno..."

Agatka dotychczas się nie nudziła. Podeszła do okna. Szpital otaczał duży park, ale za nim szybko płynęło powszednie życie. Widziała kobiety na wysokich obcasach i z telefonami komórkowymi przy uchu przedzierały się między przechodniami jak akrobatki, dwie babcie z torbami na kółkach zatrzymały się przed sprzedawcą grilowanego mięsa, dzieci z teczką na przystanku tramwajowym. Znowu ten starszy pan w garniturze i kapeluszu utykał na jedną nogę i opierał się na lasce. Jakby czuł wzrok Agatki, mimowolnie popatrzył na szpital i uśmiechnął się. Lucka podeszła do Agatki, śledziła jej wzrok i zauważyła:

"Ten dziadzio mieszka gdzieś w pobliżu. Już go widziałam kilka razy... Zawsze, kiedy idzie wokół, zatrzyma się przed bramą szpitala i uśmiechnie się. Wygląda jak jakiś stary szlachcic..."

"Masz na myśli: stary książę?"

"Tak, takie coś."

"Dzisiaj idę na badanie okulistyczne", powiedziała Agatka.

"To nic takiego, zobaczysz", zapewniła ją Lucka.

Agatka nie przyznała się, że w rzeczywistości jest bardzo ciekawa badania. U pediatry przeżyła całkiem niedawno czytanie liter z tablicy z jednym okiem zakrytym i drugim otwartym. Tu w szpitalu badanie trwało tylko kilka minut. Na ekranie komputera śledziła poruszające się, kolorowe balony. Wytrzymałaby też dłużej, ale lekarzowi to wystarczyło, a więc znowu wróciła z pielęgniarką na swój oddział.

Kiedy weszła do pokoju, przy Lucce stało dwoje dzieci, których nie znała – starsza dziewczynka i chłopiec. Nie udawali przyjacielskiej miny.

"Wciąż wymyślasz", ofuknął chłopiec Luckę. "Opowiadasz same bzdury."

Agatka znieruchomiała – nie lubiła kłótni. Lucka wzruszyła ramionami. "No i co? Przynajmniej jest zabawa."

"Niektóre dzieci jednak mogą ci uwierzyć i bać się", nie zgadzał się chłopiec.

"O co chodzi?" Do pokoju wszedł nagle doktor Chmurka. Usłyszał podniesione głosy i kawałek rozmowy, która mu się ani trochę nie podobała.

Dzieci przez chwilę milczały, ale potem chłopiec prychnął: "Lucka dzieciom wciska kalarepy do głowy. Opowiada im różne wstrząsające historie jakby to była rzeczywistość."

"I też kiedy ją pan zapyta o normalną rzecz, wymyśla. Kłamie, że aż uszy więdną", dodała dziewczynka ze wzburzeniem.

Lucka całą tę wymianę poglądów słuchała z naburmuszoną miną i nic nie mówiła, tylko coraz bardziej się chmurzyła i dąsała się. Wyglądała gniewnie, ale Agatka dobrze znała tę minę i przeczuwała, że ma łzy na skraju. Wiedziała, że czuje się sama i nikt nie stanie w jej obronie. Podeszła do Lucki i złapała ją za rękę. Ona jej w rewanżu z wdzięcznością uścisnęła dłoń.

"Myślę, że nie jest to takie poważne", powiedział doktor Chmurka zgodnie. "Jakie są to historie, które opowiadasz dzieciom?" zapytał Lucki.

Ona nie patrzyła na niego – i Agatka znowu wiedziała, dlaczego. Kiedy nie jest wam lekko, to prostsze patrzeć tępo przed siebie niż na ludzi – spojrzenie w oczy kogoś uprzejmego może szybko doprowdzić do płaczu.

Chłopiec był jednak wystarczająco wymowny. "Jedna historia jest o starej, kulawej kucharce, która kiedyś pracowała na oddziale", wyjaśniał ochoczo. "Lucyna mówi dzieciom, że kiedy w nocy nie mogą spać i usłyszą posuwiste kroki na korytarzu, na pewno będzie to baba kulawka, która obchodzi oddział i zabiera dzieciom z szuflad słodycze."

"A dlaczego miałaby to robić?" zapytał doktor Chmurka i tylko z trudem ukrywał uśmiech.

"Lucyna twierdzi, że kiedy kucharka była mała, nigdy nie dostawała cukierków, a więc teraz kradnie dzieciom w szpitalu".

Doktor Chmurka usiadł na łóżku Agatki, podrapał się po brodzie i powiedział: "O ile wiem, na naszym oddziale nigdy żadna kuśtykająca kucharka nie pracowała. Jedzenie wozimy z wydziałowego szpitala. Chwilowo mamy tu w kuchni do pomocy dwie bardzo miłe ciocie, za które stuprocentowo ręczę, że dzieciom cukierków nie kradną. Jest to tylko straszliwa bajka i macie rację, zdecydowanie nie jest odpowiednia dla małych dzieci. Wierzę jednak, że Lucka opowiadała ją tylko dla żartu tym, którzy umieli ocenić, co jest prawdą, a co nie." Badawczo spojrzał na Luckę i ona milcząco przytaknęła. "Przecież nikomu się nigdy żadne słodycze nie zgubiły", dodała półgłosem.

"Oczywiście, że nie, większość dzieci zjadła je szybko dla pewności, aby je nie wzięła kuśtykająca kucharka!"

"Ale no tak", powiedział doktor Chmurka uspokajająco. "Nie róbmy z igły widły. Kiedy byłem mały, też z kolegami opowiadaliśmy horrory: krwawe kolano jeszcze śpi... i o odciętej ręce, która pojawiała się w nieoczekiwanych miejscach. Lucka będzie uważać i poskramiać swoją fantazję – i szczególnie nie będzie tych historyjek szerzyć przed małymi dziećmi. To nakaz", dodał surowo. "Rozumiem, że możliwości zabawy w szpitalu są ograniczone, ale strach ma wielkie oczy i dziewczynka jak ty na pewno by nie chciała, aby młodsze dzieci bały się niepotrzebnie. I tak jest już im ciężko, że nie mają tu rodziców i rodzeństwa, muszą chodzić na rozmaite badania i słuchać obcych ludzi. A kiedy ci tak dobrze idzie wymyślanie historii, mogłabyś im raczej opowiadać bajki, co ty na to?"

Lucka przytaknęła zawstydzona. Doktor Chmurka wstał. Przyjacielsko uśmiechnął się do Agatki i bez dalszych słów wyszedł. Chłopiec odwarknął, skinął na dziewczynkę, na Luckę nawet nie popatrzyli i zniknęli.

Agatka o nic nie dopytywała się. Zamiast tego powiedziała: "Wydawało mi się, że czuję zapach kotletów. Będą chyba dzisiaj na obiad. To by było wspaniale, nieprawdaż?"

Lucka nareszcie się rozchmurzyła i oblizała się.

"Mniam! Chodź, zapytamy pani kucharki! I nie bój się, nie jest to żadna kulawka, tę wymyśliłam..."

Kiedy skończył się popołudniowy odpoczynek, z głośnika odezwał się głos pielęgniarki Neli.

"Drogie dzieci, przyszli do was błazen, iluzjonista i królewna. Za chwilę wystąpią przed gabinetem pielęgniarek."

"Jeeeee", wykrzyknęła Lucka radośnie. "Chodź, zajmiemy dobre miejsca!" Schwyciła Agatkę za rękę i ciągnęła ją na zewnątrz tak szybko, że dziewczynka musiała podbiec. "Przyspiesz", poganiała ją Lucka.

Korytarz był szeroki i pielęgniarki przyniosły ze stołówki krzesła, a więc dzieci mogły usiąść w trzech rzędach. Wszyscy byli niecierpliwi, ponieważ czas w szpitalu płynie powoli i każda rozrywka ma odcień wyjątkowości.

Błazen, iluzjonista i królewna już czekali na dzieci. Królewna była przepiękna: miała długie, jasne włosy, na głowie srebrną koronę z błyszczącymi kamieniami i ciemnofioletową suknię, ozdobioną koronką na rękawach i spodniej lamówce spódnicy. Miło się uśmiechała i machała koszykiem. Iluzjonista miał nieprzenikniony wyraz twarzy. Stał prosto jak struna i cienką laseczką stukał w czubek buta. Za to błazen nie ustał w miejscu ani chwili, kręcił się niemrawo pomiędzy krzesłami, kopał też na prostej podłodze, już-już wyglądało, że spadnie, ale na koniec utrzymał równowagę, no przy tym dla odmiany spadł mu z głowy beret. Dzieci się śmiały.

"Cześć, dzieci", pozdrowił błazen. Królewna się ukłoniła, a iluzjonista dodał: "Życzymy wam pięknego dnia!"

"Dzień dobry!" pozdrowiło też kilkoro dzieci.

"Spójrzcie na naszego błazna", westchnął iluzjonista. "Chciałby dla was przećwiczyć numer z rzuceniem piłeczek w powietrze, ale jest jakoś rozkojarzony. To nie jego dzień. Wydaje mi się, że dzisiaj nie wie, która jest prawa, a która jest lewa ręka."

"Ja wiem!" krzyknął jeden chyba czteroletni chłopiec. "Aha, ta jest prawa!"

"To dobrze", pokiwał głową iluzjonista. "A umie ktoś z was, dzieci, żonglować?"

Dzieci kręciły głowami.

"Ja wam to chętnie pokażę", uśmiechnął się błazen szeroko, przygładził sobie rozwiane włosy i z dużych bocznych kieszeni wyciągnął pięć kolorowych piłeczek.

"Jeeee", znowu odezwał się chłopiec, który potrafił odróżnić prawą i lewą rękę.

Błazen podrzucił piłeczki w powietrzu i dziw się świecie, one dołączyły do grona jak na komendę jedna za drugą i pięknie się w powietrzu zmieniały. Było to doskonałe. Potem błazen zaczął je podrzucać tak szybko, że zmieniły się w kolorową smugę, prawie było niemożliwe je odróżnić. Wtem błazen zachwiał się, wydał śmieszny, gdakający dźwięk i piłeczki pospadały. Na próżno starał się je złapać, toczyły się dzieciom prosto pod nogi.

Błazen skoczył na cztery nogi jak pies, królewna pobiegła do niego, a on zębami pozbierał piłeczki i odniósł je królewnie do koszyka. Dzieci klaskały. Potem błazen wyciągnął jedną piłeczkę i na swoim ciele zmienił na drugą – piłeczka przesuwała się z wierzchołka głowy przez ucho na szyję i na plecy, potem po ręku do palców, z palców jednej ręki na palce drugiej i tak dalej, ślizgała się i ślizgała, jakby błazen miał na ciele tajemniczą drogę, po której piłka się tak doskonale toczyła.

"A ja co, a ja co?" wtem odezwał się nadąsany iluzjonista. "Mnie już nikt nawet nie zauważy?"

"Tak, my!" zawołało kilkoro dzieci.

Iluzjonista przytaknął z zadowoleniem, zastukał laseczką w cylinder i zaprezentował swoją sztukę. Wyciągał z rękawa monety, u dzieci znajdował za uszami kredki i cukierki, w kapeluszu odkrył uroczego królika.

Potem wezwał na pomoc królewnę. Związał jej ręce, nogi i dodatkowo przywiązał ją do krzesła. Poprosił najbliżej siedzące dziecko o skontrolowanie wytrzymałości uwiązania. Królewna się przez cały czas miło uśmiechała. Iluzjonista wyciągnął duże, białe prześcieradło, rozłożył je w powietrzu i przerzucił je przez królewnę.

"A teraz, dzieci, policzymy razem wspólnie do dwudziestu!" krzyknął głośno. Dzieci policzyły posłusznie. Przy cyfrze "dwadzieścia" iluzjonista ściągnął białe prześcieradło, królewna ze śmiechem i bez żadnych więzów wyskoczyła z krzesła i dodatkowo miała na sobie całkiem inną sukienkę!

Dzieci były oszołomione.

"A teraz potrzebowałbym jakiegoś małego pomocnika", powiedział na zakończenie. "Pokażę wam specjalną sztuczkę, którą na pewno znacie z bajek. Znajdzie się między wami ochotnik?"

Dzieci się kręciły, wstydziły i chichotały, ale nikomu się naprzód nie chciało. W końcu stanęła Lucka. "Ja spróbuję!"

Agatka popatrzyła na nią z podziwem – i nie była sama. Wszyscy byli ciekawi, co się stanie.

"Wspaniale, odważna mała panna!" krzyknął iluzjonista z zapałem. "Chodź do nas tutaj naprzód", wezwał ją jednym eleganckim ruchem. "Jak się nazywasz?"

"Lucka", przedstawiła się dziewczynka wyraźnym głosem.

"Witam cię w świecie sztuczek i iluzji, Lucka. Pokażę wam, dzieci, że Lucka będzie się wznosić w powietrzu – wprawdzie nie na latającym dywanie, tego tu nie mamy, ale na gładkiej, drewnianej desce."

"Ojej", cichutko westchnęły mniejsze dzieci.

Błazen i królewna w tym czasie przygotowali potrzebne rekwizyty: najpierw niską, długą, drewnianą ławkę, pośrodku na nią ogromną podstawę i na nią prostą, drewnianą deskę, którą jeszcze po bokach podpierały dwa krzesła. Iluzjonista złapał Luckę za rękę i poprosił ją, aby położyła się na górnej desce. Kiedy to zrobiła, iluzjonista zamruczał jakieś zaklęcie i królewna usunęła stojak. Potem razem z błaznem odsunęli na bok też krzesła. Iluzjonista wymówił kilka niezrozumiałych zdań, zaprezentował magiczne ruchy rękami i górna deska z Lucką naprawdę wznosiła się w powietrzu bez jednej podpory! Według logiki miała deska z Lucką natychmiast trzasnąć na ziemię. Zamiast tego wisiała nieruchomo w przestrzeni. Dzieci siedziały nadal z otwartymi ustami. Czegoś takiego nigdy nie widziały.

Kiedy iluzjonista ruchem wezwał królewnę i błazna, aby przysunęli krzesła i przynieśli podstawę, deska znowu mocno stała na swoim miejscu. Lucka usiadła i oczy jej świeciły.

"Parada!" powiedziała głośno. Dzieci zaklaskały.

"Jak to tylko zrobił?" niektóre kręciły głową.

"Że jeszcze nie spadła!" dodał czteroletni chłopiec.

Iluzjonista ukłonił się i obiecał, że za kilka dni wrócą i nauczą dzieci kilka prostych trików. Potem uchylił kapelusz, pokazał dzieciom, że jest pusty, włożył go na głowę, postukał w niego laseczką i kiedy znowu go odwrócił, był pełen różnorodnych piłeczek prosto na dłoń – skaczących. Każdemu małemu pacjentowi przypadła jedna.

I było to najpiękniejsze zakończenie, jakie dzieci mogły sobie wyobrazić.

"Jestem ciekawa, kto pierwszy coś rozbije", westchnęła pielęgniarka Monika.

 

                             - 5 -
 
JAK Z KOZŁA ZROBI SIĘ OGRODNIK
 
 
Przedpołudnie wlekło się ślimaczym tempem. Za oknami był pochmurny, zimowy dzień bez słońca, niebo siwe jak mysz i pod nim nieruchomo białe drzewa. Agatce nawet nie chciało się wyjść z łóżka. Kiedy sobie uświadomiła, że właściwie w ogóle nie musi wstawać, jeszcze bardziej jej to popsuło humor. Po śniadaniu najpierw z Lucką oglądały bajkę na notebooku. Potem je obie odprowadzili na badanie serca. Póki lekarz patrzył na ultradźwięk, przypominała sobie w duchu frazeologizmy związane z sercem – w tę grę często grali z mamą. Wiedziała, że właśnie o sercu istnieje ich naprawdę dużo: spadł mu kamień z serca, co na sercu, to na języku, mieć serce na właściwym miejscu, złamać komuś serce, mieć serce w gardle, z lekkim sercem, z ciężkim sercem, mieć złote serce...

"Serce ci bije jak dzwon. Wszystko jest tak, jak ma być", uśmiechnął się do niej lekarz-kardiolog, jakby jej czytał w myślach i podał jej papierowy ręcznik, aby sobie wytarła żel na piersi. Serce Lucki też było w porządku. Potem ją jeszcze odprowadzili na inne badanie, a więc Agatka pozostała sama w pokoju.

Aby nie musiała tylko leżeć w łóżku, przysunęła krzesło do okna. Uklękła na nim, łokciami oparła o parapet, a głowę położyła na dłoni.

Zimowe miejsce za oknem wyglądało jak z całkiem innego świata. Na zewnątrz było mało ludzi. Odzywało się turkotanie tramwaja i krakanie wron.

Czekała, czy przypadkiem nie pojawi się ten niezwykły dziadzio, ale do takiej niewesołej pogody na pewno nie chciało mu się wyjść.

Nawet nie zauważyła, że do pokoju ktoś wszedł i złapał ją delikatnie za ramię. Poderwała się. Był to doktor Chmurka i miał dobry humor.

"Cześć, Agatka", pozdrowił ją.

"Dzień dobry", odpowiedziała cicho.

"Co obserwujesz?"

"Hmmm... tylko tak patrzę na zewnątrz. Czasem chodzi tędy jeden dziadzio. Lucka mówiła, że wygląda jak stary książę. Chodzi w garniturze i ciemnym płaszczu, trochę kuleje i opiera się o laskę. A kiedy zatrzyma się przed bramą szpitala, popatrzy w okna i uśmiecha się. Jest to niezwykłe, prawda?" Agatka nagle uświadomiła sobie, że rozmawia z doktorem Chmurką jakby byli starymi przyjaciółmi.

Lekarz zaśmiał się serdecznie: "Stary książę? To na pewno!"

Agatka potrząsnęła głową: "Skąd pan wie? Zna go pan?"

"Myślę, że tak." Doktor Chmurka uśmiechał się nadal.

"A więc kto to jest?"

"Chyba w to nie uwierzysz, ale jest to mój dziadek."

"No, no!"

"Naprawdę. Mieszka niedaleko. Większość życia spędził w tym szpitalu. Był jednym z najlepszych lekarzy na dziecięcej onkologii. Leczą tam dzieci chore na raka. Ten szpital to jego życie."

"Ahaaa", powiedziała Agatka. "Dlatego zawsze się przed nim zatrzyma."

"Codziennie chodzi na zdrowotne spacery. Czasem do mnie podejdzie, ale nie często. Jest mu smutno, że już nie podoła młodym. Ma poczucie, że nie jest już pożyteczny – to jednak nie jest prawdą. Do dzisiaj wielu kolegów pyta go o zdanie. Wiesz, mój dziadek tak bardzo kochał medycynę, tak bardzo chciał pomagać innym, że zakładał, że lekarzem zostanie jego syn, a więc mój ojciec. Dziadek uważał to za rzecz oczywistą. Mojego ojca jednak medycyna nie kusiła. Zamiast tego został architektem – projektował budynki. Dziadek to najpierw ciężko znosił. Mówił, że jest to rodzinny zawód i że szkoda, że go nie kontynuował. Próbował nauczyć ojca czegoś z dziedziny medycyny, ale ojcu w ogóle to nie szło, męczył się i dziadek w końcu z tego zrezygnował. Powiedział, że gdyby ojciec został lekarzem, byłoby to tak, jakby z kozła zrobił się ogrodnik.

"Już to słyszałam", Agatka ożywiła się. "Raz to powiedział tata do mojej mamy. Zastanawiała się nad pracą dla firmy komputerowej. Tata na to, że jakby ją przyjęli, zrobiłby się z kozła ogrodnik."

"To znaczy, że komputery chyba nie będą najsilniejszą stroną twojej mamusi, nieprawdaż?"

"Tak normalnie. Ale grać ze słowami na pewno bawi ją więcej. A pana dziadek w końcu musiał być szczęśliwy, kiedy pan został lekarzem, prawda?"

"Wyobraź sobie! Ze wzruszenia rozpłakał się. Bardzo mnie wspierał i pomagał. Bez niego dzisiaj by mnie tu nie było. Zawsze, kiedy przechodzi obok, myśli o tym, że idę jego śladami."

"Chyba dlatego tak się uśmiecha", porozmyślała Agatka.

"Jednocześnie dobrze wie, jak monotonnie bywa dzieciom w szpitalu. I tak patrzy w okna, czy nie zobaczy tam jakiejś dziewczynki lub chłopca, aby im pomachać na zachętę", dodał doktor Chmurka. "Przyszedłem jednak dlatego, że dzwonili twoi rodzice. Chcieli się upewnić, czy z tobą jest w porządku, byli ciekawi, jak ci się wiedzie. Mam cię zawiadomić, że siostrzyczka często o ciebie pyta i codziennie rysuje dla ciebie obrazek."



Agatka uśmiechnęła się. Potrafiła to sobie wyobrazić energicznie.


"Już mamy prawie wszystkie badania gotowe", kontynuował doktor Chmurka. Zostaje nam rezonans magnetyczny i EKG po skroniowej deprywacji – to oznacza, że długo w nocy będziesz oglądać bajki i zamiast spania zrobimy ci EKG."


"Uhm", przytaknęła Agatka z zadowoleniem.


"To brzmi dobrze, prawda?" zaśmiał się doktor Chmurka.


"Tak. Rodzice mi nigdy na nic takiego nie pozwolili."


"Tego się im w ogóle nie dziwię. Po tych dwóch badaniach będziesz mogła wrócić do domu."


"Kiedy to będzie?"


"Za trzy dni. Dzisiaj w nocy pójdziesz na EKG, jutro na magnetyczny rezonans i potem hura do domu", wyjaśnił lekarz. "Już muszę iść. Bez pracy nie ma kołaczy. Powodzenia". Doktor Chmurka pomachał jej i odszedł za obowiązkami.

Kiedy wróciła Lucka, Agatka już czekała na nią niecierpliwie. "Mam pomysł", powiedziała konspiracyjnie.

"Nadstawiam ucha", odpowiedziała Lucka.

"Wiesz, chciałabym trochę wystrzelić z doktora Chmurki".

"Jak wystrzelić?" nie rozumiała Lucka.

"Zrobić sobie z niego żarcik."

"Aha. Super. Idę na to!"

"Właściwie to całkiem niewinny żart." Agatka nachyliła się do Lucki i coś jej długo szeptała do ucha.

Lucka zamyśliła się, przytaknęła i obie się do siebie uśmiechnęły po chuligańsku.

Kiedy po południu przyszła wychowawczyni z torbą pełną artykułów biurowych, dziewczynki poprosiły o tekturę, dwa zwykłe ołówki, nożyczki, akwarele, flamastry i taśmę klejącą.

Usiadły przy stoliku przy ścianie i pogrążyły się w pracy.

Niespodziankę, którą przygotowały, troskliwie schowały do szuflady nocnego stolika. Nie mogły się doczekać rana i długo, długo rozmawiały w łóżkach. Kiedy już Agatce chciało się najbardziej spać, przyszła po nią pielęgniarka Nela i odprowadziła ją do biura pielęgniarek. Tam dała jej herbaty, kawałek czekolady i puściła bajkę na komputerze. Razem z Agatką było tam jeszcze dwoje dzieci. Wszystkich czekało "nocne" EKG. Agatka była tak zmęczona, że ledwo postrzegała wytyczne pracownika służby zdrowia, jak ma oddychać i kiedy ma mieć zamknięte lub otwarte oczy. Tylko co badanie było gotowe, z radością podreptała za pielęgniarką z powrotem do swojego pokoju. Natychmiast zasnęła, bez względu na włosy posklejane żelem. "Umyjemy je jutro", pogładziła ją pielęgniarka po policzku.

Spała twardo i rano jakby z daleka przeniknęły pierwsze dźwięki budzącego się oddziału, mocno przymrużyła oczy i obróciła się grzbietem do drzwi. W półśnie opatuliła się w kołdrę. Ziewnęła. Noc była krótka i nie chciało się jej wstawać.

"Agi", szepnęła naraz Lucka. "Wstawaj! Nie zapomniałaś? Dzisiaj chciałaś wystrzelić z doktora Chmurki!"

"Aaaaaaa", Agatka wydała dźwięk jak zmęczony kot. "Oczywiścieeeee... już wstaję..."

Nawet się jednak nie poruszyła.

Ale już w drzwiach stała pielęgniarka Monika, która nie dbała o dyskusję na temat wstawania. Agatka pomyślała w półśnie, że brakuje jej już tylko gimnastyka w porannej rosie, a więc w porannym śniegu, o której jej kiedyś opowiadał tata.

Kiedy na obchód przyszedł doktor Chmurka i jego kilku innych kolegów, obie dziewczynki były już pełne energii. Umówiły się, że w tym czasie co wymowna Lucka zajmie lekarzy, Agatka zręcznie wykona to, co wspólnie zaplanowały.

"Panie doktorze, chcę pana o coś zapytać", zaczęła Lucka z poważnym wyrazem twarzy.

Agatka w tym czasie niepostrzeżenie przesunęła się prosto za lekarzem. W ręce za plecami schowała jakieś papiery z taśmą klejącą.

"Myśli pan, że dzisiaj z Agatką mogłybyśmy pójść do dziecięcego kącika na drugim piętrze?" Dzieci wiedziały, że jest tam małe pomieszczenie z drewnianym zamkiem wspaniałym do przełażenia i schowania się, na który dało się wdrapać i potem z niego ześlizgnąć po zjeżdżalni aż na ziemię pełną kolorowych piłeczek.

Agatka nawet nie słyszała, co doktor Chmurka odpowiada. Było prawie pewne, że je same nie puści, a pielęgniarki nie będą miały czasu je tam zabrać. Delikatnymi palcami przylepiła doktorowi Chmurce z tyłu na biały lekarski kitel kilka obrazków i już-już chciała błyskawicznie wrócić na swoje łóżko, kiedy doktor Chmurka zakręcił się i zapytał: "Co tam robiłaś, Agatko?"

"Wydawało mi się, że ma pan na plecach motyla", powiedziała Agatka szybko.

"Motyla?" pokręciła głową Lucka. "A więc to jest pomysł!"

"Była tam chyba tylko jakaś nitka", wzruszyła ramionami Agatka, ale w duchu śmiała się, aż się trzymała za brzuch.

Kiedy doktor Chmurka wychodził z pokoju, na plecach mu na różnych poziomach świeciły cztery piękne, brzuchate chmurki.

Pierwsza była zielona i było na niej: Doktor Chmurka wznosi się w chmurach!

Druga była różowa i było na niej: Z tej chmury nie popada!

Trzecia była pomarańczowa i było na niej: Nie chcę z deszczu pod rynnę!

Czwarta była niebieska i było na niej: Kiedy nie pada deszcz i wyschnie...

Skoro doktor Chmurka wychodził z pomieszczenia ostatni, nikt oprócz dziewczynek nie zauważył do tej pory dekoracji.

Już za kilka minut jednak z sąsiednich pokoi zaczęły odzywać się wybuchy śmiechu i pielęgniarki z całego oddziału zbiegły się zobaczyć, co się dzieje.

Kiedy popatrzyły na plecy doktora Chmurki, przyłączyły się do powszechnej wesołości.

Lekarz po obchodzie wrócił do Agatki i Lucki. Na twarzy drgał mu uśmiech i pokiwał głową z uznaniem: "A więc dziewczynki! To wam się udało! Agatko, cały zaszczyt, jak na dziewczynkę w twoim wieku masz zadziwiający zasób słów. Myślę, że mi spokojnie dasz w kość.

Agatka tylko się wstydliwie uśmiechała, ale było widać, że cieszy ją pochwała lekarza.

"I nawiasem mówiąc", dodał doktor Chmurka," przyszło mi na myśl, że podobnie mogłybyście ulepszyć też kitle pielęgniarek, niech im nie jest przykro. Co powiecie?"




                                 - 6 -
 
JAK PIELĘGNIARCE MONICE WPADŁA DO SZKLANKI 
 
                         OSTATNIA KROPLA
 
    Drugiego dnia czekało na Agatkę ważne badanie: magnetyczny rezonans. Pielęgniarka bezpośrednio przed spaniem powiedziała, że nie wolno już jeść i po północy nawet pić. Jeszcze dobrze, że badanie będzie zaraz rano, pomyślała Agatka. Ledwo rano wstała i połknęła tabletkę od pielęgniarki, już ją na wózku odprowadzili do pomieszczenia z przyrządem do magnetycznego rezonansu. Przenieśli ją na kozetkę w jakimś tunelu, dostała zastrzyk – i więcej nie pamiętała. Zasnęła.

Kiedy oprzytomniała, była trochę odurzona i strasznie spragniona. Wypiła całą szklankę herbaty, przygotowanej na nocnym stoliku i w ogóle jej to nie wystarczyło.

Lucka jakby umiała czytać jej w myślach, wyskoczyła i wróciła z całym dzbankiem.

"Nie wylej!" wołała za nią pielęgniarka Nela.

"Nie jestem mała", odburknęła Lucka po cichu i nalała koleżance.

  Tuż po obiedzie dotarli rodzice Lucki. To była radość! Gdyby nie przybiegła pielęgniarka Monika, Lucka jeszcze wciąż by skakała po łóżku. Podczas gdy czekali na wypis, odłożyli torbę w pokoju dziewcząt i zapakowali ubranie Lucki i przybory higieniczne.

"Jeszcze rysunki!" przypomniała Lucka i zgarnęła na stertę swoje plastyczne prace.

Agatka wszystko to obserwowała z mieszanymi uczuciami. Cieszyła się, że widzi Luckę taką szczęśliwą, a z drugiej strony uświadomiła sobie, że za chwilę zostanie sama... i z tego powodu prawie chciało jej się płakać. Ona też już chciała do domu.

Ponieważ doktor Chmurka z żalem przyznał, że wcześniej niż za pół godziny zwolnienia nie zdąży napisać, rodzice wzięli obie dziewczynki do dziecięcego kącika na drugim piętrze. Tam Agatka natychmiast zapomniała o smutku. Było to wspaniałe! Zabawa jaka ma być. Zagrały w bitwę na piłeczki, chodziły po drewnianych murach obronnych i ślizgały się głową w dół. Całe były zadyszane i rozszalałe.

Kiedy wrócili na oddział, odrazu zrozumieli, że coś się stało. Korytarz i większość pokoi były puste. Zatrzymali się przed pokojem obu dziewczynek. Na podłodze była kałuża. Chyba się coś rozlało. Albo nie? Pielęgniarki i dzieci stali całkiem cicho w otwartych drzwiach do biura pielęgniarek, upchnięci aż do białego pulpitu.

Agatka najpierw w ogóle nie rozumiała, co się przydarzyło. Ponieważ była drobna i ciekawa, przecisnęła się do przodu. Nawet sobie nie uświadomiła, że podświadomie złapała za rękę też Luckę, a więc obie znalazły się pośrodku pomieszczenia. Pierwsze, co zauważyła, był stół pielęgniarki Moniki. Stał na nim komputer. Zaraz tuż obok był przewrócony kubek z kawą. Jasnobrązowy płyn jeszcze kapał powoli na linoleum. Na ekranie komputera był jakiś tekst, pod nim duża szpara, a pod nią wiersze:



pkkkkkkkkkkkkkkkffffdoooooooooooooooooooooooraaaaaaaaaaaaaazzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzwwww!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!



Wzrokiem wróciła do kapiącej kawy. Na linoleum zauważyła drobniutkie jasnobrązowe ślady – chyba ślady jakiegoś zwierzęcia? Skąd by się tu jednak wzięło zwierzę?

Ślady prowadziły od stołu pielęgniarki Moniki do drzwi gabinetu lekarskiego doktora Chmurki. Tam naraz prędko skręcały w prawo pod oknem. I wierzcie lub nie, prosto pod oknem się kończyły!

Agatka potrząsnęła głową z zakłopotaniem. Nagle usłyszała błagalne miauczenie:

"Miaaaaaaaaauuuuuu..."

Podniosła głowę. Na drewnianym karniszu nad białą firanką i kilkoma gustownymi plamami kawy balansowało to najmilsze kocię jakie kiedykolwiek widziała. Było pstrokate i kudłate, i z całą pewnością wystraszone.

Dzieci nawet nie oddychały.

"To jest chyba tylko zły sen", westchnęła zaszokowana pielęgniarka Monika. "To jest już poważnie ostatnia kropla. Potrzebuję urlopu."

Pielęgniarka Monika jednak główną pielęgniarką nie została przez przypadek. Była to kobieta czynu, a więc odwróciła się do Neli i powiedziała: "Wytrzyj, proszę, tę rozlaną kawę."

Przez chwilę popatrzyła na komputer, westchnęła, przycisnęła dwa klawisze i potem ekran uśpiła. Do obu rąk wzięła krzesło i przeniosła je pod okno. Sprawdziła, czy stoi mocno i wylazła na nie.

"A więc chodź, kochanie, pomogę ci", zagadnęła życzliwie pstrokatą, włochatą kupkę nad firanką.

"Pierwszy raz słyszę, że zwraca się pani do kogoś "kochanie", koleżanko", wesoło zabrzmiał głos doktora Chmurki. Nikt nie zauważył, że pojawił się w otwartych drzwiach swojego gabinetu lekarskiego. Kiedy zrozumiał, co się dzieje, uśmiech zamarł mu na ustach.

Pielęgniarka Monika miała jednak sytuację pod kontrolą. Kocię wprawdzie rozpaczliwie miauczało, ale zdecydowało się uwierzyć tej obcej cioci, która po niego wyciągała ręce. Trochę się odbiło i skoczyło jej na ramię. Pielęgniarka Monika zachwiała się, ale nie spadła. Z kotem na ramieniu zeszła triumfalnie z krzesła. Stanęła twarzą w twarz przed swoim kolegą i gromadą dzieci, i zapytała surowym głosem:

"Czyje jest to zwierzę?"

Odpowiedzią dla niej było długie, długachne milczenie.


Monika spojrzała badawczo na pielęgniarki, na doktora Chmurkę i stopniowo przejeżdżała wzrokiem po twarzach dzieci. Kiedy już było długachno cicho, ktoś z tyłu odchrząknął:

"Nasze."

Wszystkie głowy odwróciły się w stronę nieznanego męskiego głosu. Był to tata Lucki i całe zamieszanie i uwaga w ogóle nie były dla niego przyjemne. Stanął do przodu i wziął kota z rąk pielęgniarki Moniki.

"Przepraszam. Jest mi bardzo przykro. Przepraszam. Kocura kupiliśmy jako niespodziankę dla Lucki za to, że tak dobrze pokonała pobyt w szpitalu. Już długo tęskniła za zwierzęciem", wyjaśnił tata Lucki.

Pielęgniarka Monika tylko przewróciła oczami. "Nie mam słów", powiedziała wreszcie.

"Najlepiej będzie jak już pójdziemy", dodał tata.

Monika tylko przytaknęła z trudem. "Żadnej dalszej kropli do szklanki już bym dzisiaj nie pokonała", zakończyła.

Lucce świeciły się oczy i zaraz rzuciła się do taty. "Dziękuję, dziękuję, dziękuję! Jest wwwwwspaniałyyyyy!" A ostatnie słowo zaśpiewała z rozbawieniem.


 
                                - 7 -
 
JAK AGATKA SPAKOWAŁA SWOJE SIEDEM ŚLIWEK


Przed odejściem Lucka na kawałku papieru dokładnie napisała swój adres i numer telefonu.

"Mam nadzieję, że kiedyś się zobaczymy. Spróbuję coś wymyśleć", powiedziała na pożegnanie. "Mogłybyśmy jechać razem na przykład na obóz, co powiesz?" zapytała.

Agatka przytaknęła i odłożyła troskliwie papierek: "To byłoby super. Umówię się z rodzicami. Napiszę do ciebie".



Kiedy Lucka odeszła, do pokoju Agatki przynieśli jeszcze jedno łóżko i zaraz tam ulokowali dwoje nowych dzieci – chłopca i dziewczynkę trochę młodszą od niej.

Agatka jednak nie chciała się z nimi zapoznawać. Jeszcze potrzebowała, aby ucichnęła obecność Lucki – dziewczynki, która była tak odmienna, a przecież tak się z nią dobrze rozumiała.


Agatka miała poczucie, że przez tych kilka dni w szpitalu przeszła spory kawałek drogi. Jeszcze nigdy i nigdzie nie była bez rodziców całkiem sama. Tak, oczywiście w czasie wakacji mieszkała u babci, ale to się nie liczy, babcię zna od urodzenia. Poczuła dumę, że to w nowym środowisku pokonała.


Podeszła do okna i patrzyła, jak po zaśnieżonym chodniku płyną ludzie, jak śnieg na drogach zmienia się w brzydką, czarną breję i jak kilkoro dzieci przy bramie z chęcią bawi się w śnieżki. Wiedziała, że już wkrótce dotrą jej rodzice, aby ją odebrać. Doktor Chmurka powiedział jej, że dzisiaj pójdzie do domu. Po porannym obchodzie mrugnął do niej:

"Spakuj swoje siedem śliwek i hura do domu!"

I tak do torby poskładała tych kilka rzeczy, które tu miała. Po tygodniu zdjęła piżamę, w której była dniami i nocami. Czuła radość i dużą tęsknotę, aby wyściskać całą swoją rodzinę – mamę, tatę i maleńką siostrę Emę, która jej zwykle wleci w ramiona jak strzała, z taką energią, że Agatka ledwie utrzyma się na nogach.

I naraz tu byli! W tym czasie co rodzice rozmawiali przy białym pulpicie, siostrzyczka Agatki wpadła jak wielka woda i od drzwi wołała:

"Cześć, Agi, pójdziesz z nami nareszcie do domu?" Wcześniej, zanim Agatka odpowiedziała, szybko kontynuowała: "Czy to jest twoje łóżko? Jest trochę dziwne." Chodziła wokół niego i badała je ze wszystkich stron.

"Wygląda jak statek, prawda?" przytaknęła Agatka.

"Uhm", zgodziła się siostrzyczka. "A da się na nim też pływać?"

"Nie da się, możesz sobie to tylko wyobrażać."

"Jak?" nie rozumiała siostrzyczka.

"Jakże jest to statek i płyniesz. Nie naprawdę."

"Hmmm... a co się tu w ogóle da robić?" chciała wiedzieć dziewczynka.

"Masz na myśli w szpitalu? Więcej niż byś myślała", powiedziała Agatka. "Znalazłam tu koleżankę i bawiłyśmy się w chowanego. Szukały nas wszystkie pielęgniarki. Albo powycinałyśmy chmurki z papieru i przylepiłyśmy na kitel doktora Chmurki. I przyjechał też iluzjonista!"
"Podoba mi się ten duży korytarz. Chodźmy się ścigać!" zawołała dziewczynka i radośnie zaklaskała za ten pomysł.
"Oczywiście, chodźmy", zgodziła się Agatka.
Wybiegły na korytarz i z głośnym piszczeniem zaczęły się ścigać. Ema kluczyła i śmiała się tak miło, że chciało się śmiać każdemu, kto ją słyszał. Nawet też pielęgniarce Monice, która natychmiast wyszła z biura, aby popatrzeć, co się dzieje na korytarzu.
"Agatko, Agatko! Czy jesteś z dzikich jajek? Dobrze wiesz, że u nas w szpitalu obowiązują pewne zasady. Kto ich nie przestrzega, tego wysyłamy do domu."
"Ale Agatka też już idzie do domu", powiedziała Ema stanowczo.
Pielęgniarka Monika zmieszała się i przez chwilę rozmyślała, co miałaby na to odpowiedzieć, ale nic nie przyszło jej do głowy.
"Zakaz biegania po korytarzu!" powiedziała tylko i odwróciła się energicznie.
Agatka uśmiechnęła się.
"Czy to jest wasza pani nauczycielka?" zapytała Ema.
"To jest siostra Monika. Jest trochę jak pani nauczycielka."
"A czyja to jest siostra? Twoja?" kręciła głową zakłopotana Ema.
"Emka, moją siostrą jesteś tylko ty. Wiesz przecież, że lekarzom pomagają siostrzyczki. Pielęgniarki."
"Aha, już rozumiem", przytaknęła Ema.

Doktor Chmurka wyszedł z gabinetu lekarskiego i zaprosił do siebie rodziców Agatki. Wezwali dzieci i usiedli

przed lekarskim stołem. Doktor Chmurka zamknął drzwi. Przez chwilę zajrzał do zapisów na komputerze i powiedział: "Dobrą wiadomością jest, że wszystkie wyniki Agatki są negatywne. 
Nie znaleźliśmy nic, dlaczego mieliby się Państwo niepokoić. Przy zaburzeniach świadomości jednym z naszych pierwszych podejrzeń jest epilepsja, ale EKG ani też magnetyczny rezonans nic takiego nie potwierdziły."

"Co to jest epilepsja?" zapytała cicho Agatka.

"Jest to choroba, która przypomina elektryczną burzę w mózgu. Najczęściej występuje u małych dzieci. Niektóre części mózgu jakby na chwilę się wyłączą i poszkodowany człowiek może dostać ataku. Kończyny mu się trzęsą aż dostanie skurczy, ma nieobecne spojrzenie, straci przytomność. Atak zwykle trwa od kilku sekund do kilku minut. Przez nasz oddział przechodzi dużo dzieci z różnymi formami epilepsji", wyjaśnił lekarz.

Rodzice słuchali bez żadnej przerwy. Za to mała siostrzyczka schowała się pod stół i jeździła po ziemi samochodzikiem.


"Myślimy", kontynuował doktor Chmurka, "że zaburzenia świadomości u Agatki łączyły się z zaczynającą się infekcją – w dniu, kiedy zemdlała, miała temperaturę. U dzieci do pięciu – sześciu lat są podobne zaburzenia z febrylnymi kurczami stosunkowo normalne i łączą się z niedostatecznie rozwiniętym układem nerwowym. To zjawisko naturalnie zabrzmi samo, jak dziecko będzie rosnąć i dojrzewać. Oczywiście jest za wcześnie na jakiekolwiek wnioski. Jakby sytuacja się powtarzała, musicie natychmiast przyjechać. Tymczasem jest ważne: obserwujcie Agatkę i temperaturę powyżej 37,5 stopnia Celsjusza natychmiast obniżcie lekami. Zostawcie dziecko, aby odpoczęło i nie pozwólcie gorączce, aby wybuchła.
Agatka tego wszystkiego nie rozumiała. Było tego za dużo zawiłych zdań i obcych wyrazów. Ważne jednak było, że mama trzymała ją za rękę, wszystko uważnie postrzegała i przytakiwała ze zrozumieniem.
"Niech Państwo się nie boją", doktor Chmurka uśmiechnął się zachęcająco. "Wierzę, że będzie w porządku. Jak się nic nie stanie, czego Państwu z serca życzę, zobaczymy się na kontrolnym EKG za pół roku".
"Naprawdę nic Pan nie znalazł, co miałoby nas niepokoić?" upewniał się tata Agatki.
"Jedna rzecz przecież jest tu tylko – analiza krwi pokazała, że Agatka ma bardzo niski poziom żelaza."
Poradził rodzicom, aby podeszli do pediatry, która przepisze dziewczynce żelazo w tabletkach. I jednocześnie zalecił artykuły spożywcze bogate w żelazo: mięso, warzywa, jajka, rośliny strączkowe, orzechy.
"Przypominam sobie dobrze, że nie chcesz jeść mięsa i jajek. Tu przed rodzicami podkreślam, że bez nich nie da rady, jeśli chcesz być zdrowa i silna. A to na pewno chcesz, prawda?" zapytał doktor Chmurka.
Agatka przytaknęła milcząco. Wiedziała, że lekarz ma rację.
Doktor Chmurka pożegnał się z rodzicami i jej też podał rękę: "Dużo szczęścia, Agatko. I bądź zdrowa", powiedział przyjaźnie.
"Ja też", odezwała się Ema i wyciągnęła rękę do niego.
"Oczywiście ty też", powiedział lekarz ze śmiechem i uścisnął jej małą dłoń.


Kiedy odchodzili, minęli się w szklanych drzwiach ze starszym panem w garniturze i ciemnobrązowym płaszczu. Na ramionach i gęstych, białych włosach miał kryształki śniegu, który szybko zmieniał się w krople.

Był to dziadek doktora Chmurki. Popatrzył na Agatkę mądrymi oczami z twarzą pełną drobnych zmarszczek i uśmiechnął się jakby się znali. Agatka też się uśmiechnęła i szepnęła "dzień dobry".

Powietrze było mroźne i na niebie świeciło zimne słońce. Wszędzie dookoła leżał świeżo opadły śnieg. Agatka mocno ścisnęła rękę taty i odetchnęła głęboko: jest to wspaniałe, znowu być na dworze! Cieszyła się z powrotu do domu, ze swojego łóżeczka, zabawek. Patrzyła wokół siebie jakby tego świata już dawno nie widziała i wydał jej się nowy, czysty i pełen rzeczy, które trzeba zbadać. Najchętniej z Lucką, pomyślała.

"Mamo", odezwała się nagle. "Wiesz, kim chcę zostać, jak będę duża?"

"Pewnie, że wiem. Księżniczką. Mówiłaś mi to już wiele razy."

"No..." Agatka zawahała się. "Myślę, że zmieniłam zdanie. Chcę być lekarzem!"
  






 
 
 
 
 
 




 
 
 

 



                         Koniec












 

 

 
                                             Spis treści



Spójrz, jak jest dzisiaj pięknie!...............................strona 2

Zwierzyniec na siódmym piętrze............................strona 11

Piżamowy tydzień..................................................strona 13